Psim i kocim śladem po Gdańsku. Wszystkie pudle Schopenhauera

Gabriela Pewińska
Artur Schopenhauer
Artur Schopenhauer Wikipedia
Artur Schopenhauer był niesympatyczny, trudny, robił publiczne awantury. Nienawidził kobiet, łatwiej było mu dogadać się z psem - mówi Anna Sadowska, przewodniczka spaceru „Psim i kocim śladem po Gdańsku”.

Filozof Artur Schopenhauer. Naprawdę nie miał nic przeciwko temu, by mówić doń: Ty psie!?
Uważał, że zwierzęta generalnie, z całą swoją naturą, stoją może nie tyle wyżej od człowieka, ale z pewnością są mu równe pod tym przynajmniej względem, że czują i cierpią jak my.

„Jest jeden aspekt, pod którym zwierzęta przewyższają człowieka - ich łagodne, spokojne cieszenie się chwilą obecną” - pisał.
Przełamał oświeceniową mentalność, że zwierzę to maszyna, mechanizm, który ponieważ nie ma świadomości, więc nic nie czuje. Był jednym z pierwszych filozofów, którzy uważali, że miarą człowieczeństwa jest stosunek do zwierząt. Każdemu ze swoich pudli, a miał ich wiele, nadawał imię Atma, czyli „dusza świata”. Tym samym przyznawał zwierzętom osobowość, uczucia wyższe. Był prekursorem takiego myślenia. Wcześniej filozofowie, choćby Kartezjusz, uważali, że zwierzę, nawet jeśli jest bite i krzyczy, tak naprawdę nic nie czuje, wydaje jedynie dźwięki, jak zepsuty zegar. Zmiana tej mentalności to dopiero XVIII wiek. A kwestia ochrony zwierząt to połowa XIX wieku, wtedy powstaje w Anglii pierwsze stowarzyszenie do walki z okrucieństwem wobec nich. Wtedy to pojawiają się pierwsi działacze na rzecz ochrony i egzekwowania praw zwierząt. Schopenhauer też do tej grupy należał.

Jego psy to były zawsze pudle?
Zawsze. Ale z pudlami po gdańskich ulicach nie spacerował, jego rodzina, gdy był jeszcze dzieckiem, opuściła Gdańsk po przejęciu miasta przez Prusy. To już nie było dla nich miejsce swobód obywatelskich. Podczas spaceru psim i kocim śladem po Gdańsku opowiem też o zwierzętach jego mamy, Joanny Schopenhauer. Artur odziedziczył swoją miłość do zwierząt po rodzicach. Mimo że z matką był w konflikcie, to dom rodzinny nauczył go szacunku dla zwierząt. Jego ojciec miał swojego ukochanego psa myśliwskiego, matka - i psy, i koty.

Nic dziwnego, że kochała zwierzęta, przyszła na świat w Domu pod… Żółwiem.
(śmiech) Tak, od dziecka była nim zafascynowana, zwłaszcza tymi pozłoconymi łapkami poruszającymi się na wietrze... Z jej wspomnień dowiadujemy się, że zwierzęta nie pełnią w jej domu funkcji czysto służebnej. Opisuje, jak ich rasowy kot angora wygrzewa się w słońcu na przedprożu kamienicy. To zatem nie jest już zwierzę, które goni się do łapania myszy, tylko istota, która odpoczywa, która jest najedzona, leniwa. Zwierzętom nadaje się imiona, często wymyślne i ambitne, jak na przykład Tamerlan, wschodni władca i wojownik - takie otrzymał kot ich sąsiada. Dużo miejsca w swoim dzienniku poświęca opisom popularnych wtedy psich ras.

Jakie rasy były w XVIII wieku modne?
Na pewno pieski bolońskie, wyżły, czyli psy myśliwskie, ale też inne, jak choćby popularne do dziś mopsy. To czas, gdy zauważa się inny stosunek do zwierzęcia, staje się ono domownikiem, członkiem rodziny. Kimś, komu poświęca się czas. Inaczej było z bezdomnymi zwierzętami. Te nie miały prawa istnieć na ulicach miasta. Podobnie jak dziś, z tą jednak różnicą, że bezdomne zwierzęta odławiano wtedy i uśmiercano. Nie wynikało to jednak ze szczególnego okrucieństwa, ale ze strachu przed panującą wówczas wścieklizną, która budziła przerażenie, a na którą nie było sposobu, bo szczepionka jeszcze wówczas nie istniała. W trakcie tak zwanych „psich dni” kat i jego pachołkowie odławiali zwierzęta. Te, które miały obróżki albo znaczek mówiący o tym, do kogo należą - a takie znaczki psy miały - były wyłapywane, ale potem, za odpowiednią kwotę, zwracane właścicielom. Psy myśliwskie, rasowe, nawet nieoznakowane, zatrzymywano, wiedząc, że na pewno ktoś się po nie zgłosi. Tylko wychudzone, zabiedzone kundle były bez szans, dziś jest inaczej - wszystkim bezpańskim zwierzętom zapewnia się tymczasowe schronienie, by potem znaleźć im dom.

Jakie zwierzęta wtedy trzymano w domach?

Heweliusz miał podobno papugę. Ptactwo było popularne. Joanna Schopenhauer opisuje sytuację, w której znajomy jej ojca spotkał na ulicy człowieka sprzedającego ptaki. Wykupił je za wszystkie pieniądze, jakie miał, i wypuścił. Zagroził, że jeśli jeszcze raz przyłapie handlarza na tym procederze, rozbije mu głowę, bo miejsce dzikiego ptactwa jest w lesie, na wolności, a nie w klatce. To czasy, gdy świadomość, że zwierzęta nie są niewolnikami człowieka, już staje się obecna. Tak myślał też Artur Schopenhauer.

Jego stosunek do zwierząt był, jak na owe czasy, dość nietypowy. Pisał: „Ileż to razy pies przykro człowieka zawstydza”.
Sam był niesympatyczny, trudny w kontaktach z ludźmi, robił publiczne awantury.

Krąży anegdota, jakoby karcił swoje psy, mówiąc: „Nie jesteś psem! Jesteś człowiekiem! Człowiekiem !”.
Nienawidził kobiet, co być może wynikało z rozczarowania matką, łatwiej było mu dogadać się z psem. Dziś też znamy takich ludzi. Ludzi, którzy uważają, że tylko na psie można polegać, bo jedynie on nas nie zdradzi, nie oszuka, nie wystawi do wiatru.

Podobnie Stanisława Przybyszewska. Jej przyjaciółmi były koty.
W ciągu kilku lat miała dwa. Lukę z powodu przeprowadzki musiała oddać. Bardzo zależało jej, by nowy dom Luki był domem, w którym nie ma dzieci. Uważała, że te - powodowane jedynie ciekawością - są w stanie skrzywdzić zwierzę. Swoją drugą kotkę wzięła z ulicy, widząc, jak bezdomną głaszcze jakiś kilkuletni chłopiec. Przeraziło ją, że może jej zrobić coś złego. Bardzo kochała tę kotkę. Ostatnie lata żyła w wielkiej biedzie i nie zawsze miała co jeść, ale dbała, by kot nigdy głodu nie zaznał. Jednak Przybyszewska nie była takim mizantropem jak Schopenhauer, sama na własne życzenie skazała siebie na osamotnienie.

Wystarczyło jej bogate życie duchowe.
W którego kultywowaniu kot nie przeszkadzał. Był niewymagającym towarzyszem, inaczej niż pies, który oczekuje uwagi.

I to kot obwieścił jej śmierć. Długie miauczenie zaniepokoiło żonę dyrektora szkoły, obok której, w wyziębionym baraku, mieszkała...
Tak, ta kotka była z nią do końca. Miauczeniem sprowadziła pomoc, która, niestety, przyszła za późno. Wisława Szymborska napisała poruszający wiersz „Kot w pustym mieszkaniu”, w którym mówi, że „umrzeć - tego nie robi się kotu”. Przybyszewska zrobiła....

Jaki był status kota w dawnym Gdańsku?

Plaga miasta to szczury i myszy. Dbano więc, by w każdym domu, w każdym spichlerzu koty były. Ale, podobnie jak dziś, nie cieszyły się one w miastach poważaniem, oskarżano je o czary, palono publicznie, znęcano się. Stosunek człowieka do kota podlegał wielu okrutnym rytuałom. To, przypominając kota Joanny Schopenhauer, wylegującego się na przedprożu kamienicy, się zmieniało. A wynikało z rozwoju cywilizacyjnego poszczególnych rodzin. Ta, w której wychowała się Joanna, była po pierwsze zamożna, po drugie - jej ojciec jeździł po świecie, był obyty, wykształcony, kulturalny, otwarty. Ale dom Joanny to z pewnością nie było zjawisko powszechne. Gdzieś na przedmieściach obowiązywało inne myślenie, zwierzęta traktowano bardziej instrumentalnie. Oczywiście nie bez znaczenia był tu status materialny, bieda, w określony sposób formująca mentalność. Zmiana stosunku do zwierząt zaczęła się w Gdańsku od bogatych mieszczan, uczonych. Ten oświecony mieszczanin i kupiec w jednym pokazuje, jak na wysokim stopniu to gdańskie mieszczaństwo funkcjonowało.

Gdańsk dziś jest przyjazny zwierzętom?
Coraz bardziej. Jest szereg fundacji, organizacji pomagających zwierzętom. Jest schronisko, gdzie działam jako wolontariuszka. Pracujący tu ludzie szukają swoim podopiecznym domu, wciąż starają się pokazywać, że te zwierzęta nie spadły do schroniska - jak mówi nasz koordynator - z deszczem. One są tutaj dlatego, że to człowiek zawiódł.

Czytaj też: Heweliusz, Uphagen, Fahrenheit i Schopenhauer patronami gdańskich tramwajów

Ale w Gdańsku koty nie wylegują się beztrosko po kawiarniach czy na parapetach okien jak w Grecji. Raczej przemykają chyłkiem.
Pamiętam hotel na Malcie pełen kotów, które spacerowały podczas śniadania po jadalni. Zachwyciło mnie to, choć siedzący obok Niemcy byli oburzeni. Dla nich to była egzotyka nie do przyjęcia, bo też na ulicach w Niemczech zwierzęta nie mają chyba aż takiej „wolności”. W krajach Zachodu zwierząt wolno bytujących na ulicach jest znacznie mniej. Wielu chętnych z zagranicy, na przykład z Norwegii, adoptuje zwierzęta właśnie z Polski. Wygląda na to, że u nas jest większy wybór, no i tam trzeba uiścić za psa większą należność niż w Polsce, gdzie opłata jest symboliczna.

Jakie jeszcze ślady zwierząt dawnego Gdańska pokaże Pani uczestnikom spaceru?
Pójdziemy na ulicę Ogarną, dawniej Psią, i opowiemy, skąd pochodzi ta nazwa, na ulicę Kładki, gdzie mieściło się w latach dwudziestych ubiegłego wieku jedno ze stowarzyszeń ochrony praw zwierząt, zakończymy na Starym Przedmieściu, gdzie stał kiedyś Bastion Kot, a jeszcze wcześniej Baszta Kocia, przejdziemy ulicą Kocurki, dawniej po prostu Kocurzą, nazwaną tak z uwagi na wyjątkową wąskość tej drogi. Odwiedzimy te miejsca, które z racji nazwy z obecnością zwierząt się łączą. Na Okopowej przypomnę legendę o psiej wierności. W tym miejscu, gdy jeszcze istniały tu fortyfikacje, stał domek strażnika wałowego, który kiedyś zaopiekował się porzuconą na ulicy chorą suką ze szczeniętami. Szczenięta były słabe, nie przeżyły, został tylko jeden pies. Strażnik go przygarnął i wychował. Po latach przyszła wielka burza, która zniszczyła domek tego człowieka, on sam znalazł się pod gruzami. Uratował go pies, który tak długo kopał, aż wydobył go spod zgliszcz domu. Sam jednak padł z wycieńczenia. Na pamiątkę tego wydarzenia w miejscu, gdzie przebiegała linia fortyfikacji, wybudowano kamienicę i pomnik psa. Zdjęcia wskazują, że nisza z najprawdopodobniej tą właśnie figurą była tam już na początku XX wieku. Według legendy, to właśnie strażnik ją wyrzeźbił...

Gdański pisarz Aleksander Jurewicz zadedykował książkę „Popiół i wiatr” swemu psu, Benkowi. „Za cierpliwą wierność” - czytamy . Zapytany o jedno prawdziwe zdanie o Benku powiedział: - Tak jak są słowa, które pozwalają żyć, jak są wspomnienia, które pozwalają żyć, tak są i te, od których człowiek, choćby chciał, się nie uwolni. Czasem gdzieś znajdę jego pogryziony ołówek... Boli. Ale spotkało mnie w życiu wielkie szczęście, że on był...
To po prostu miłość, która z nami zostaje.... Piękne słowa, wspaniała wrażliwość. Muszę przeczytać tę książkę.

Psim i kocim śladem po Gdańsku

Anna Sadowska będzie przewodniczką podczas spaceru „Psim i kocim śladem po Gdańsku” w sobotę, 10 września. Początek o godzinie 12 w okolicach fontanny Bremeńskiej na placu Kobzdeja. Wstęp wolny. Spacer organizowany jest pod auspicjami Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt „Promyk” w Gdańsku oraz grupy wolontariuszy placówki. Podczas spaceru będzie można wrzucić do puszki datek dla potrzebujących zwierząt oraz dowiedzieć się więcej o ogólnomiejskim projekcie nr 7 do budżetu obywatelskiego (modernizacja i rozbudowa schroniska)

[email protected]

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie