Prezydent na policyjnym dołku

RedakcjaZaktualizowano 
Karnowski: Stojąc w sali sądowej, zaobserwowałem, że pojawiło się światełko po drugiej stronie ulicy, w oknie szpitala. Ktoś mnie kamerował przez okno<br>
Karnowski: Stojąc w sali sądowej, zaobserwowałem, że pojawiło się światełko po drugiej stronie ulicy, w oknie szpitala. Ktoś mnie kamerował przez okno Grzegorz Mehring
O oczekiwaniu na decyzję sądu w sprawie swojego aresztowania i nocy w policyjnej izbie zatrzymań opowiada prezydent Sopotu Jacek Karnowski

Opiszmy teraz dzień, w którym zostaje Pan wezwany do prokuratury.

Samo wezwanie wyglądało tak, że po raz kolejny agenci CBA zawitali do sekretariatu. Chyba z dziesiąta ich wizyta. (...) Koniecznie chcą rozmawiać ze mną. Kiedy o tym usłyszałem, domyśliłem się, że chcą wręczyć mi wezwanie do prokuratury. Poprosiłem wtedy naczelnika Wydziału Organizacyjno-Prawnego i przy nim odebrałem pismo. Nazajutrz wysłałem list do pana prokuratora z prośbą, żeby wyjaśnił mi treść zarzutów. Bo były to tylko jakieś numerki, paragrafy, zupełnie dla mnie niezrozumiałe. Oczywiście dostałem odmowę (...). Szczęśliwie następnego dnia, kiedy już udawałem się do prokuratury, byłem w stanie zorientować się, przynajmniej mniej więcej, jakie będą zarzuty prokuratury, dzięki porannej lekturze dziennika "Rzeczpospolita". (...)
::: Reklama :::

Wchodzi Pan do budynku prokuratury i co się tam dzieje?

(...) Szedłem z nastawieniem, że złożę oświadczenie i raczej nie będę składał wyjaśnień. Tak też się stało: usłyszałem zarzuty (...). Wysłuchałem ich, składam krótkie oświadczenie. Prokurator mówi, żebyśmy wyszli na korytarz, bo on musi coś jeszcze załatwić. W tym momencie pani mecenas ostrzega mnie: Będą w takim razie nałożone dodatkowe sankcje. Musimy czekać, żeby dowiedzieć się, jakie. I prosi pana prokuratora, czy moglibyśmy zapoznać się z ekspertyzą fonoskopijną, która znajduje się w aktach. Dostajemy tę ekspertyzę. To było świadectwo dużej przytomności umysłu pani mecenas Grodzickiej. Bo pan prokurator powiedział, że coś tam musi jeszcze załatwić przez pół godziny. Wyszliśmy z pokoju, czytam te zarzuty. Dowiaduję się, że kupiłem za tanio samochód czy sprzedałem za drogo. W moim pojęciu zarzuty bezzasadne. (...) Zarzut o jakąś koparkę - jaką koparkę? O co w tym chodzi? (...) Po pewnym czasie wraca prokurator i tu dopiero przeżywam zdumienie, bo dowiadujemy się, że...

Zaprasza was do pokoju?

Tak, zaprasza, on siada, my siadamy. Bałem się, że zostanę pozbawiony prawa wykonywania zawodu, a dowiaduję się, że mam zostać tymczasowo aresztowany. (...)

Nie prosicie o wytłumaczenie, co się dzieje?

Pani mecenas prosi o uzasadnienie. (...) Ja zostaję poproszony do drugiego pokoju, gdzie muszę oddać wszystkie rzeczy - paski, zegarki, telefony. (...) Jest ze mną dwóch funkcjonariuszy. Pani mecenas pyta, czy będę prowadzony w kajdankach, czy bez kajdanek. Ma nadzieję, że bez kajdanek. Potwierdzają, że tak, nie założą mi kajdanek.
Co się dzieje w Pana głowie? Jakie myśli Panu przelatują?

Wstyd. Straszny wstyd. Prezydent Sopotu aresztowany. Jeszcze na podstawie takich zarzutów. Czuję też wściekłość, ale najbardziej wstyd. (...) Sprowadzili mnie na dół, zostałem wsadzony do opla, chyba astry, z tego co pamiętam. Przed budynkiem tłum dziennikarzy. Wtedy dopiero zaczyna się akcja pokazowa, bo poza tymi dwoma agentami CBA nagle przyjeżdża jeszcze trzech w kominiarkach. Koszmar. (...)

Rozmawialiście po drodze?

Rzuciłem taką ogólną myśl, że nie pierwszy raz odbywam drogę z Sopotu do Gdańska nieoznakowanym samochodem. Przypomniała mi się sytuacja sprzed ponad dwudziestu lat. Wtedy było trzech esbeków, którzy wieźli mnie dużym fiatem na Okopową. A teraz wiozą mnie agenci CBA. Tylko że wtedy było inaczej, bo człowiek walczył o niepodległość, więc paradoksalnie nie czuł się tak stłamszony. A tutaj wiozą jako podejrzanego prezydenta Sopotu, który przeżywa głównie wstyd i martwi się, co powiedzą dzieciaki. (...)

Dojechaliście do siedziby CBA.

Wchodzę, pytają, czy chcę się napić kawy, sadzają za biurkiem. Tutaj będę czekał na sprawę przed sądem, nie będą mnie zawozili na policyjną izbę zatrzymań. Mam jeszcze nadzieję, że wyjdę z sądu po rozprawie jako wolny człowiek. (...) Kawy nie dopijam, bo dowiaduję się, że jednak idziemy na policyjną izbę zatrzymań. Od tego momentu już przez cały czas towarzyszą mi ludzie w kominiarkach, czego nie mogę zrozumieć. Zapytałem ich w pewnym momencie: A po co wam te kominiarki? Bo my nie możemy się zdekonspirować. Nie mogłaby policja mundurowa wykonywać tej czynności? To decyzja z góry, zleca to nam Prokuratura Krajowa. (...) Trafiam do monitorowanej celi. Wcześniej zabierają mi sznurowadła, krawat. Miałem takiego małego pluszowego misia, którego mi córka włożyła do kieszeni, dzień wcześniej. Może coś przeczuwała? Bardzo się z tego jej prezentu ucieszyłem. Kiedy sprawdzili, że to, co mi sterczy w kieszeni, to pluszak, postanowili mi misia zostawić. Pytają jeszcze, czy chcę herbaty, kawy, może coś do jedzenia. Poprosiłem tylko o kawę. Czułem, że nie są to ludzie nieżyczliwi mi. (...) Cela, jak cela, pamiętała jeszcze czasy napoleońskie. Cztery betonowe łóżka z jakąś derką, koce, stół, krzesło. (...) Okna, przez które nie widać nieba. Toaleta na dzwonek, na zewnątrz. I straszny wstyd.
Zapytał Pan kogoś, jak długo będzie Pan trzymany?

Pytałem, kiedy ma się rozstrzygnąć sprawa aresztowania. Powiedzieli mi, że jeszcze dzisiaj. Czekam, powoli robi się ciemno i nic się nie dzieje. Czyli wszystko odwleka się do jutra? Ale nagle jestem wywoływany z celi, bo przyszli po mnie agenci CBA. Jest ich cała masa, oczywiście w kominiarkach. (...) Wydostajemy się od tyłu izby zatrzymań, bo przed budynkiem jest pełno dziennikarzy. Stojąc już w sali sądowej, zaobserwowałem, że pojawiło się światełko po drugiej stronie ulicy, w oknie szpitala. Ktoś mnie kamerował. Dowiedziałem się potem, że jedna ze stacji nadała taką relację przez okno. W sali zobaczyłem panią mecenas Wrońską (...). Jest też pani mecenas Joanna. Po raz pierwszy łzy stanęły w oczach, kiedy zostały przeczytane poręczenia - Michała Woźniaka, Olka Halla, Jacka Taylora. Poręczył za mnie arcybiskup Gocłowski. (...) Podejmuję decyzję, żeby tym razem składać pełne wyjaśnienia, tak by odpowiedzieć na pytania prokuratury. Ale prokuratura zadaje tylko jedno pytanie: Czy Groblewski to mój dobry znajomy? Tak, to mój dobry znajomy. I tyle. Jedno jedyne pytanie prokuratora. Pytań sądu jest więcej. (...) Moje wyjaśnienia trwały dość długo. I wreszcie sędzina, dość młoda pani, odracza decyzję. (...) Posiedzenie sądu trwało ponad półtorej godziny. Potem znowu ten sam cyrk - jestem wywożony w kominiarkach, trafiam do aresztu. Nie chce mi się jeść. Mam gazety, ale nie mam też ochoty na lekturę. (...)

To co Pan robi?

To, co robi każdy katolik w podobnym momencie - modlę się.

Jak trwoga to do Boga?

Modlę się regularnie, także samemu. (...)

Spał Pan?
Nie najlepiej. Co chwila kogoś przywozili. Krzyki, przekleństwa. Czym głębsza noc, tym bardziej pijanych transportują. Szczególnie niektóre nocne panie się awanturowały. Wszystko u mnie słychać.

Wiedzieli, że w celi obok siedzi prezydent?

Chyba nie. Dostałem "zestaw wypoczynkowy", jak to nazwali panowie opiekunowie z policyjnej izby zatrzymań. Składał się z dwóch poszewek, prześcieradła i jednej poszewki na poduszkę. Pożyczyłem sobie jeszcze drugi kocyk z drugiego, niezajętego posłania. (...) I udało mi się zdrzemnąć jakieś półtorej godziny. Rano znów pytają, czy chcę coś zjeść. Tym razem powiedziałem, że chętnie(...), bo jeśli jednak tutaj nie wrócę, czło-wiek będzie żałował, że nie posmakował więziennego chleba.

Smakowało?

Dostałem (...) cztery kawałki chleba i kawałek mortadeli. Na mortadelę się ucieszyłem, bo akurat bardzo lubię. Zjadłem taki półksiężyc - nie pokrojono jej normalnie w plastry, tylko w poprzek. Do tego masło, posłodzona herbata. To znaczy, pomyślałem, że to masło, ale kiedy je rozsmarowałem, okazało się, że margaryna. A, i jeszcze zestaw witamin, czyli jabłka. Zjadłem tę mortadelę, kawałek chleba, jabłko. Poprosiłem jeszcze o kawę, ale już jej nie zdążyłem dopić, bo przyjechali funkcjonariusze CBA. W kominiarkach. Co ciekawe, tym razem zostałem przeprowadzony podziemiami do sądu, przejściem, którym konwojuje się szczególnie niebezpiecznych przestępców. W moim przypadku chodziło raczej o dziennikarzy. (...)
Wchodząc na salę, myślał Pan, że będzie areszt, czy nie?

Miałem nadzieję, że nie będzie, ale przerażony byłem co niemiara. Na początku usłyszałem o następnych poręczeniach. Tu już w ogóle łzy stanęły mi w oczach, kiedy okazało się, że poręczyli i prezydent Wałęsa, i profesor Bartoszewski, Maciej Płażyński, Kazimierz Ujazdowski, Jarosław Sellin, profesorowie ASP Maciej Świeszewski, Henryk Cześnik i Józef Czerniawski, pisarz Paweł Huelle, aktorzy Krystyna Łubieńska i Ryszard Ronczewski, Jolanta Ronczewska, profesor Zbigniew Gruca, Maryla Hempowicz - pisarka, Krzysztof Skiba, Bożena Grzywaczewska - prezes Gdańskiej Fundacji Dobroczynności, Maciej Grzywaczewski - wiceprezes Fundacji Centrum Solidarności, Teresa Urbanowa - prezes Okręgu Pomorskiego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, Jerzy Grzywacz - prezes Oddziału Morskiego Stowarzyszenia Szarych Szeregów, Bolesław Szałatyński - prezes Klubu Piłkarskiego Sopot, profesor Andrzej Stępniak - profesor nauk ekonomicznych, Alina Afanasjew, Arkadiusz Rybicki, Sławomir Rybicki, Jan Kozłowski, ojciec Maciej Zięba, Jarosław Gowin, last but not least premier Jerzy Buzek.

Te poręczenia zaważyły, według Pana?

Nie były decydujące, ale miały swoją wagę. Zaczyna się rozprawa, ja dalej tłumaczę swoje racje. I wreszcie ulga, bo sąd odczytuje decyzję, że nie będę aresztowany. Mogę opuścić budynek sądu jako wolny człowiek…

Prokurator się odzywał?

Podtrzymywał tylko swój wniosek. Sąd nie tylko nie orzekł aresztu, ale w ogóle żadnego środka zapobiegawczego(...). Jestem wolny, ale jeszcze nie mogę się oddalić od funkcjonariuszy. Chcę uciec przed dziennikarzami (...) Jestem wymięty, a poza tym miałbym wszędzie zdjęcia na tle panów z kominiarkami. (...) Wychodzimy z budynku, oczywiście TVN ściga nas po ulicach Gdańska. Do miasta podwieźli mnie agenci CBA.

I co? Wyrzucają Pana na przystanku komunikacji miejskiej?

Zadzwoniłem, to znaczy agent CBA zadzwonił, po mojego kierowcę. Umawiamy się na stacji benzynowej, potem spotkanie z mecenaskami, z moimi współpracownikami. (...)

Pierwszy telefon do kogo?

No, do rodziny, do dzieci, do mamy. Powiedziałem im, że jestem już na wolności, ale pojawię się w domu po południu.

Fragment wywiadu rzeki "Polowanie na prezydenta", jaki z Jackiem Karnowskim przeprowadzili Marek Balawajder i Roman Osica z RMF FM. Skróty pochodzą od redakcji.

Jacek Karnowski pracę domową odrobił

Prezydent Sopotu wie już, jak będzie się bronić przed zarzutami, które postawiła mu prokuratura. Czytając wywiad-rzekę z Jackiem Karnowskim trudno oprzeć się wrażeniu, że doskonale odrobił pracę domową i przygotował się do odpowiedzi na wszystkie, często niewygodne pytania.

Największy ciężar gatunkowy ma zarzut związany z rozmową, którą nagrał sopocki biznesmen - Sławomir Julke. To właśnie rozmowa ta, opublikowana 11 lipca na stronach dziennika "Rzeczpospolita", stała się katalizatorem całej afery. Zdaniem śledczych jest ona jednym z dowodów mających świadczyć o tym, iż prezydent Sopotu złożył Julkemu propozycję korupcyjną. Miał od niego zażądać dwóch mieszkań w zamian za pozytywną decyzję administracyjną dotyczącą przebudowy strychu jednej z sopockich kamienic.

Początkowo Karnowski unikał jakichkolwiek wypowiedzi na temat tej rozmowy. Teraz jednak najwyraźniej poczuł się pewniej. Twierdzi, że o propozycji korupcyjnej mowy być nie mogło. Z Julkem chciał wejść w spółkę. Wiedział, że ma on kamienicę, którą chce rozbudować, a nie ma na to funduszy. Sam w tym czasie miał problemy mieszkaniowe. Miał mu więc zaproponować, iż znajdzie osobę, która nadbuduje dach, a on sam dołoży się do inwestycji. Później - wedle słów Karnowskiego - panowie mieli się co do złotówki rozliczyć.

Prezydent twierdzi, że wycofał się jednak z tego pomysłu. Stać miało się to już po nagranej przez Julkego rozmowie, gdy włodarz Sopotu sprawdził, że rozbudowa kamienicy nie byłaby możliwa bez zmian w planie zagospodarowania.

Karnowski deprecjonuje też wartość samego dowodu, czyli nagrania z rozmowy. Wylicza, że trwać musiała ona znacznie dłużej niż materiał udostępniony przez Julkego śledczym i mediom. Mówi o szczegółach spotkania, które odbyło się 19 marca zeszłego roku. Opowiada o tym, jak rozmawiał wówczas z Julkem o konkretach rozliczenia. Czym dalej od wybuchu afery, tym pamięć prezydenta lepsza...
- Proszę zwrócić uwagę na to, że Karnowski mówi o tym wszystkim dopiero teraz, gdy dowiedział się, że badający sprawę nie dysponują oryginalnym dyktafonem Julkego - mówi nam jeden z gdańskich prokuratorów.

Fakt ten niewątpliwie nieco zmniejsza wiarygodność prezydenta Sopotu. Tak samo, jak zmniejszają ją inne zabezpieczone przez prokuraturę dowody - chociażby dwie notatki, które w sprawie kamienicy Julkego sporządzić miała miejska konserwator zabytków. Jedna, napisana 13 lipca, już po wybuchu afery i antydatowana, potwierdzająca wersję prezydenta. Druga, stworzona wcześniej i z wersją prezydenta sprzeczna. Notatki to nie dokumenty urzędowe, ale spory niesmak pozostaje.

Przyznać jednak trzeba, że równie duży niesmak związany jest z głównym dowodem w tej sprawie, a raczej z jego brakiem. Julke nie dostarczył śledczym oryginalnego dyktafonu, na którym zarejestrował rozmowę. To z kolei wiarygodność Karnowskiego zwiększa.
Wątpliwości pojawiają się także w kontekście pozostałych zarzutów. Większość z nich dotyczy relacji prezydenta Sopotu z Władysławem Groblewskim, sopockim dilerem samochodów.
Tu linia obrony Karnowskiego jest prosta. Zamienia on zarzut, iż miał być korumpowany przez swojego dobrego kolegę, w asa, którego wyciąga z rękawa. Z bliskim kolegą człowiek rozlicza się inaczej. Daje mu stary motor w prezencie za pomoc przy remoncie domu czy serwisowaniu samochodu. Wszystko to jednak na stopie prywatnej. Jako prezydent miasta każdego inwestora traktuje tak samo. W końcu Groblewski zapłacił nawet karę - osiem tysięcy zł za dostarczenie urzędowi samochodów po terminie.

Co z tego, że Karnowski kupuje od niego samochód taniej, po trzech latach odsprzedaje mu to samo auto o 12 tys. zł drożej. Jest przecież inflacja. Samochód został przecież mocno podrasowany. Groblewski sprzedał go później z zyskiem. Wszystko to, mówiąc kolokwialnie, kupy się trzyma.
Faktury za remont samochodu jednak nie ma. Problem jest też z inną fakturą, dotyczacą jednej z napraw samochodu prezydenta. Karnowski dostarczył jej kopię. Tymczasem w rachunkach Groblewskiego pod tym samym numerem figuruje zupełnie inna faktura.

Karnowski takie szczegóły bagatelizuje bądź też pomija w ogóle. Sugeruje, że wszystko to nie ma znaczenia, w sytuacji, gdy Groblewski nic w ten sposób nie zyskał, przynajmniej na stopie urzędowej.
- Ludzie zapominają, że przestępstwem jest nie tylko wręczanie korzyści za konkretną czynność, ale też udzielanie tej korzyści w związku z pełnioną przez daną osobę funkcją - zaznacza prokurator. Dodaje, że materiał dowodowy na pewno pozwoli na sformułowanie aktu oskarżenia.

Piotr Weltrowski

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

a
anty-Komsomoł

to koniedc PO

j
ja

BIEDNY ,SPONIEWIERANY ,UCZCIWY ,BOHATER SOPOTU! SMIECHU WARTE! GODNOŚCI NIE MASZ CHŁOPIE ZA GROSZ!

Dodaj ogłoszenie