Niezwykła wyprawa na McKinley

Agata Grzegorczyk
By skompletować Koronę Ziemi, Michałowi Michnowiczowi pozostały jeszcze Mount Everest, Góra Kościuszki, Puncak Jaya oraz Mt Vinson
By skompletować Koronę Ziemi, Michałowi Michnowiczowi pozostały jeszcze Mount Everest, Góra Kościuszki, Puncak Jaya oraz Mt Vinson fot. archiwum prywatne
Udostępnij:
Gdyby uczestnicy polskiej ekspedycji na McKinley, najwyższy szczyt Ameryki Północnej, nie przeszli przez ulicę na czerwonym świetle, ich wyprawa najprawdopodobniej skończyłaby się fiaskiem.

Michał Michnowicz z Gdyni, jeszcze do niedawna spokojnie zajmujący się montowaniem okien i drzwi mieszkańcom Trójmiasta, mąż i ojciec rodziny, pewnego dnia złapał bakcyla. Zrazu wyglądało to jeszcze na zwykłe hobby, ale z czasem bakcyl stawał się coraz bardziej zjadliwy i domagał się coraz więcej. Zmusił już pana Michała do zdobycia większości szczytów Korony Ziemi.
Dwunastoosobowa polska wyprawa wyruszyła 20 maja z Warszawy. Samolot wystartował punkt szósta rano i po 30 godzinach lotu, a mimo to nadal 20 maja, wyprawa była już w Anchorage na Alasce.
- To przez zmianę stref czasowych - wyjaśnia Michał Michnowicz.

Na lotnisku, mimo iż była prawie północ, było jasno jak w dzień.
- Teoretycznie wiedzieliśmy, że za kołem polarnym możemy się spodziewać białych nocy, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć - wyjaśnia pan Michał.
Następnego poranka polscy podróżnicy udali się na zakupy, w trakcie których zostali zatrzymani podczas przechodzenia przez ulicę na czerwonym świetle.

Zobacz, jakie wyzwanie postawił przed sobą gdański podróżnik Marek Kamiński

- Okazało się, że jest to wykroczenie na tyle poważne, że wezwano polskiego konsula mieszkającego w Anchorage, który był znajomym szeryfa, żeby nas pouczył, jak się należy zachowywać w cywilizowanym kraju - opowiada gdynianin. - Konsul okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem, zostawił nam nawet swój numer telefonu na wypadek jakichkolwiek problemów. Tylko chyba się nie spodziewał, jak szybko z niego skorzystamy.

Czytaj także: Trzej mieszkańcy Trójmiasta przeszli Zatokę Botnicką

Miasteczko Talkeetna, skąd się rozpoczynają wszystkie wyprawy na McKinley, dzielą od Anchorage trzy godziny jazdy samochodem. Po przybyciu tam polska grupa udała się do biura parku, aby u rangersów (odpowiedniku naszego TOPR) odebrać przepustkę do parku. Kazano im się po nią stawić następnego dnia. Gdy przyszli ponownie, czekała ich niemiła niespodzianka. Zostali poinformowali, że pozwolenia nie otrzymają, a przeciwko liderowi wyprawy zostanie wszczęte postępowanie karne. Rangersi wygooglowali go bowiem jako jednoosobową polską firmę, która się zajmuje przygotowywaniem wypraw podróżniczych na całym świecie, i stwierdzili, że się dopuścił przestępstwa, próbując prowadzić działalność bez pozwolenia na pracę w Stanach.

- Wyglądało na to, że to koniec wyprawy - wspomina Michał Michnowicz. - Postanowiliśmy jednak zadzwonić do konsula. Przyjechał, zaczął opowiadać rangersom o odbywającej się właśnie wizycie Baracka Obamy w Polsce i o czym jeszcze - nie wiem. Ale pomogło. Powiedzieli, że nas wpuszczą, tyle że bez lidera. Zostaliśmy więc bez przewodnika, a to spowodowało kolejną przeszkodę. Mówili, że nie mamy doświadczenia, choć jeden z nas miał już na koncie Mount Everest, a kolejny dwa ośmiotysięczniki, że limit ofiar śmiertelnych na ten rok jest już na McKinleyu wyczerpany. Faktycznie, sezon się rozpoczął dopiero trzy tygodnie wcześniej, a zginęło już sześć osób. Generalnie próbowali nas zmusić do wzięcia amerykańskiego przewodnika po 10 tys. dolarów od osoby. My jednak nie mogliśmy sobie na to pozwolić, bo Amerykanie wchodzą na McKinley 20-30 dni, a my mieliśmy dwa i pół tygodnia. Po dwóch dniach negocjacji w końcu jednak stanęło na tym, że nas puszczają.

***
Brak lidera spowodował, że jeszcze dwie inne osoby się wycofały. Ekipa zmalała do dziewięciu osób.
Pogoda była słoneczna i awionetka, na którą właśnie ze względu na warunki atmosferyczne trzeba czekać nawet kilka dni, poleciała z nami w ciągu godziny.
- Polecieliśmy dwoma samolotami. Ja nieopatrznie zdecydowałem się zająć miejsce drugiego pilota i nie polecam tego nikomu. Wrażenia, ujmę to najłagodniej, jak mogę, były niesamowite - opowiada Michnowicz.

Po zejściu na ziemię dla Polaków wyprawa wreszcie się rozpoczęła na dobre. Byli już na lodowcu.
- Do pierwszego i drugiego obozu szliśmy właściwie po niewznoszącym się specjalnie terenie, uważając tylko na szczeliny lodowe. Po 12 godzinach byliśmy na miejscu. Na szczęście bez przygód. W drugiej bazie zastaliśmy wolne doły śnieżne na namioty, więc nie musieliśmy sami ich kopać. Tam nie można po prostu postawić namiotu, bo można by z nim razem w nocy zostać zdmuchniętym. Mogliśmy się więc spokojnie zająć topieniem wody ze śniegu i jedzeniem ohydnego liofilizowanego posiłku - mówi Michał Michnowicz. - Byłem nawet trochę zawiedziony, bo spodziewałem się temperatury rzędu minus 40 stopni Celsjusza, tymczasem najniższa, jaką odnotowałem u siebie w namiocie w piątym obozie, to było minus 22.
Od drugiego obozu, który się znajdował na wysokości około 2700 m n.p.m., droga na szczyt zaczynała już być stroma. Trzeci obóz znajdował się na wysokości 3300 metrów n.p.m. (lotnisko, na którym grupa wysiadła z awionetek, jest na 2200 m n.p.m.). Drogę do niego Polacy pokonali w cztery godziny. Tam zostawili depozyt - jak się fachowo określa zakopanie w śniegu sprzętu i prowiantu, który w dalszej drodze nie będzie niezbędny, i ruszyli do obozu czwartego.

- Tempo narzuciliśmy sobie prawdziwie alpejskie, czyli ekspresowe. Amerykanie na ten odcinek trasy przeznaczają zwykle 10 dni, my pokonaliśmy go w dwie doby. Nie chcieliśmy tracić dobrej pogody - tłumaczy Michnowicz. - W czwartej bazie jednak postanowiliśmy poświęcić dzień na aklimatyzację. Byliśmy już na wysokości 4300 metrów nad poziomem morza, a ze względu na bliskość bieguna ciśnienie było takie jak na 5 tysiącach. Weszliśmy więc tylko treningowo 600 metrów wyżej, podziwialiśmy widoki i zbieraliśmy siły. Ja nie czułem dyskomfortu związanego z wysokością, bo w lutym zdobywałem Aconcaguę, najwyższy szczyt Ameryki Południowej, i byłem, że tak powiem, nadal zaaklimatyzowany.

***
Następnego dnia rano, mimo niekorzystnych prognoz pogody, ekipa ruszyła dalej. Trzy osoby, którym ciśnienie najbardziej doskwierało, zostały w obozie, z zamiarem dołączenia do pozostałych w następnym obozie, jak tylko lepiej się poczują.
Ekipę, która wyruszyła z obozu, czekał niebezpieczny odcinek, prowadzący po odsłoniętej grani, ale prognoza rangersów nie po raz pierwszy się nie sprawdzała - było słonecznie. Dopiero pod sam koniec widoczność zrobiła się bardzo słaba. Ale może to i lepiej - nie było przynajmniej widać przepaści po obu stronach grani.

Po 10 godzinach wspinaczki dotarli do ostatniej, piątej bazy. Tam ciśnienie wynosiło już tylko 510 hektopaskali, czyli połowę tego co nad morzem.

- Z trzech osób, które wyruszyły z czwartej bazy później, dogoniła nas jedna. Reszta odpuściła. Następny dzień, pomimo że pogoda była niezła, z powodu słabszej dyspozycji niektórych kolegów musieliśmy przeznaczyć na odpoczynek. Kolejnego dnia rano w siedmiu wyszliśmy już zaatakować szczyt.
Pierwszy odcinek to był długi trawers, mocno eksponowany na wiatr. Jeden po drugim członkowie grupy rezygnowali. Zostało ich już tylko czterech. Temperatura powyżej piątego obozu, według pomiarów rangersów, wynosiła tego dnia minus 30 stopni Celsjusza. Wiatr wiał z prędkością w porywach do 50 mil, czyli około 80 kilometrów na godzinę.
- Szczytu nie widać praktycznie do samego końca, wygląda on bowiem jak najwyżej wznosząca się kupka śniegu, żadnych skał, tylko biel. Po ośmiu godzinach dotarliśmy do czegoś w rodzaju wielkiego gwoździa wbitego w śnieg z napisem Denali [indiańska nazwa McKinleya - dop. red.] i podaną wysokością 6195 metrów nad poziomem morza. Miejsca tam dużo nie ma i ciepło nie było. Widoczność też nie była najlepsza, więc po jakichś 10 minutach było po wszystkim. Rozpoczęła się wędrówka powrotna.

***
Ale droga w dół też nie była łatwa. Polska wyprawa przez dwa dni, ze względu na pogodę, była uwięziona w piątym obozie, na wysokości 5200 m n.p.m.
Sytuacja stawała się powoli dość dramatyczna. Nie mieli już jedzenia, kończyło się paliwo do maszynek topiących śnieg, tabletki z minerałami wzbogacającymi wodę. Nie można było w nocy wypocząć, bo wiatr był tak silny, że odpinał namioty i przewracał osłaniające murki śniegowe. Co pół godziny trzeba było wszystko poprawiać, żeby nie odlecieć albo nie zamarznąć. Trzeciego dnia rano jednak trochę się wypogodziło i można było zaryzykować zejście.

- Schodziliśmy najszybciej jak się dało - mówi Michnowicz. - W czwartym obozie, tam, gdzie czekali na nas pozostali, podzieliliśmy się na dwie grupy. Ja poszedłem z pierwszą, bo miałem dość liofilizowanego świństwa zamiast jedzenia. Szliśmy 13 godzin bez przerwy, ja w sumie nawet 16, bo przerwę miałem tylko na wykopanie sprzętu w trzeciej bazie. Tym razem wpadłem w szczelinę lodową, ale na szczęście tylko jedną nogą i udało mi się z niej wyskoczyć szybciej niż wpadłem. Na lotnisku, choć ciepłe łóżko, hamburger i prysznic wydawały się na wyciągnięcie ręki, musieliśmy spędzić dodatkowych kilka godzin, bo warunki atmosferyczne nie pozwalały na lądowanie awionetek. W końcu jednak dotarliśmy do Talkeetny, gdzie powitał nas lider z siatką zimnego piwa. Choć obiecywałem sobie pochłonąć góry jedzenia, nie wcisnąłem w siebie nic, poza jednym hamburgerem i porcją frytek.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie