Cisza wyborcza? Wszyscy głośno mówili, że głosują na Solidarność

Dorota AbramowiczZaktualizowano 
Dorota Abramowicz
W czerwcu 1989 r. Stefania Ogozeja, radca prawny Politechniki Gdańskiej, została członkiem Obwodowej Komisji Wyborczej nr 45 przy ul. Czerwonego Sztandaru (obecnie Bora-Komorowskiego) w Gdańsku. Dziś mówi nam o obawach przed fałszerstwami, powtórnym liczeniu głosów i nieprawdopodobnym entuzjazmie gdańszczan.

W jaki sposób trafiła pani do komisji wyborczej?

Działałam w Komitecie Osiedlowym „Mściwoja” , była tam świetlica dla mieszkańców - dorosłych i dzieci, robiliśmy wiele pozytywnych rzeczy. Członkiem partii nie byłam, zawsze uważałam, że każdy ma prawo do własnych przekonań. I właśnie Komitet Osiedlowy zaproponował, bym wzięła udział w pracach komisji wyborczej. W komisji byli także członkowie ze strony kandydatów „Solidarności”, którzy mieli pilnować, by nie doszło do nieprawidłowości. Przewodniczącym mianowano dyrektora pobliskich Zakładów Mechanicznych, zastępcą inżyniera z PG, młodego człowieka, który praktycznie kierował pracami komisji. Dostaliśmy identyfikatory, by nie było wątpliwości, kto jest kim.

Czuło się wzajemną nieufność?

Skądże! Było bardzo sympatycznie. Przyszliśmy tam na godzinę 6 z własnymi kanapkami, nikt nam nie dawał za to pieniędzy, tylko talon na obiad. Wszyscy mieliśmy uczucie, że uczestniczymy w czymś ważnym. Trudno to określić, ale mieliśmy wrażenie, że zmiana wisi w powietrzu. Zresztą wystarczyło spojrzeć na twarze ludzi, którzy przychodzili głosować. Wielu wchodząc do sali już od progu głośno mówiło, że zamierza oddać głos na kandydatów „Solidarności”.

A cisza wyborcza?

Nikt się czymś takim, jak cisza wyborcza nie przejmował. Ludzie przypominali sobie wzajemnie, by skreślać listę krajową, na których były nazwiska ważnych członków partii. I, jak później się okazało, tych skreśleń było naprawdę dużo. Atmosfera była taka, że już po kilku godzinach wiedziałam, że władza poniesie klęskę. I to się spełniło. Zresztą mogę pokazać zachowane z tamtego czasu moje notatki i dokumenty. W mojej komisji Jacek Merkiel, kandydat „Solidarności” na posła, dostał 1830 głosów. A tu mam na dużych płachtach obliczenia głosów oddanych na listę do Senatu. Na czele był Bogdan Lis, który dostał 1072 głosy, tuż za nim Lech Kaczyński z 1023 głosami, a potem długo, długo nic i wreszcie ówczesny wojewoda Jerzy Jędykiewicz z 348 głosami i Jerzy Kołodziejski, który otrzymał 346 głosów. To przełożyło się na wyniki w Gdańsku, województwie, w całej Polsce.

Czyli wszystko przeszło bez problemów?

Nie do końca. Już po policzeniu wszystkich głosów, zapakowaniu kart i opisaniu ich, nagle dwaj członkowie ze strony Solidarności oznajmili, że lista została sfałszowana. Poziom zaufania do władz nie był wówczas wysoki.

I co?

Trzeba było liczyć od nowa. Skończyliśmy o godzinie czwartej rano, okazało się, że znaleźliśmy jeden błąd, popełniony akurat przez osoby zarzucające komisji nierzetelność. Dzwoniono do nas z Okręgowej Komisji Wyborczej, pytając o powody spóźnienia. Pamiętam z tych ostatnich godzin tylko potężne zmęczenie. Wychodząc po 22 godzinach z siedziby komisji zapomniałam zabrać ze sobą materiały i notatki. To wszystko jednak było nieważne wobec uczucia, że w poniedziałek, 5 czerwca 1989 r. zaczęło się coś nowego.

Z CYKLU “ZDARZYŁO SIĘ 4 CZERWCA” UKAZAŁY SIĘ:

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie