Zdarzyło się 4 czerwca. Mec. Roman Nowosielski: Dla mnie tamta niedziela zaczęła się w sobotę [ROZMOWA]

Dorota AbramowiczZaktualizowano 
Mec. Roman Nowosielski z egzemplarzem „Wejherowskich Widnokręgów”, gazety wydawanej na czas wyborów arch. prywatne
O godz. 4 rano zbudziłem telefonami Bogdana Lisa i prof. Lecha Kaczyńskiego, meldując: „Witam panów senatorów Rzeczpospolitej Polskiej”. Przyjęli to z radością, jednocześnie pomrukując, że tak wcześnie do nich dzwonię - wspomina mec. Roman Nowosielski, trójmiejski prawnik , w 1989 r. pełnomocnik Regionalnego Komitetu Obywatelskiego w Wejherowie, kolejny bohater naszego cyklu „Zdarzyło się 4 czerwca”.

Cofnijmy się do pierwszych miesięcy 1989 roku. Co pan wtedy robi?
- Jestem od półtora roku adwokatem w Wejherowie. Mam kontakt z decyzyjnymi ludźmi „Solidarności”, czyli z Bogdanem Lisem i Bogdanem Borusewiczem.

Jak pan ich poznał?
- Bogdana Lisa poznałem jeszcze przed wybuchem „Solidarności”, podczas wycieczki na Węgry ze studenckiego biura turystycznego Juventur w 1979 roku. Siedzieliśmy nad Balatonem, prowadząc nocne Polaków rozmowy. I tam Bogdan nam powiedział: Słuchajcie, to za chwilę pieprznie. 15 sierpnia 1980, strajk zastał mnie w gdyńskiej stoczni.

Co w stoczni robił przyszły mecenas?
- Pracowałem w Studenckiej Spółdzielni Pracy „Techno-Service”. Nagle zawyły syreny. Zbiegliśmy więc na nabrzeże i zobaczyliśmy tłum ludzi prowadzonych przez czarnowłosego mężczyznę z papierosem Sport w zębach. To był Andrzej Kołodziej. Powiedział, że to strajk i wszyscy, którzy nie są pracownikami zakładu powinni opuścić teren stoczni z względu na bezpieczeństwo. Musimy? - spytałem. Odparł, że ostatecznie możemy zostać tylko do godziny 20. I od tamtej pory codziennie o 5-6 rano wchodziłem do stoczni i opuszczałem ją wieczorem.Zajmowałem się kolportażem i przewożeniem informacji między Gdańskiem a Gdynią.Potem, będąc już aplikantem sędziowskim, pracowałem w Międzyzakładowym Komitecie Założycielskim w dziale pomocy prawnej. Codziennie spotykałem się z Kołodziejem, Lisem, Borusewiczem, braćmi Rybickimi, Donaldem Tuskiem. W momencie ogłoszenia stanu wojennego byłem już asesorem sądu w Wejherowie. Oni zaczęli się ukrywać, a ja dostałem do sądzenia sprawy polityczne. Uchyliłem areszty, uniewinniłem oskarżonych i w „nagrodę” przeniesiono mnie do wydziału rodzinnego. Długo tam nie wytrzymałem, we wrześniu 1984 zostałem aplikantem adwokackim. Cały czas utrzymywałem kontakt ze znajomymi z podziemnej „Solidarności”, kolportowałem ulotki, działałem w duszpasterstwie prawników.

Zdarzyło się 4 czerwca. Mec. Roman Nowosielski: Dla mnie tam...

Jak został pan pełnomocnikiem Regionalnego Komitetu Obywatelskiego w wyborach 1989 roku?
- Już pod koniec 1988 roku zadzwonił do mnie Bogdan Lis, by umówić się na spotkanie. Oczywiście przyszedł z „ogonem”, czyli śledzącym go tajniakiem. Usiedliśmy w knajpce w Gdańsku, a on mówi, że coś się będzie działo i czy jestem gotowy się w to włączyć.

Brzmi to bardzo enigmatycznie.
- Być może, jednak zgodziłem się bez wahania. Kolejny telefon od Lisa odebrałem w lutym. Tym razem rozmowa była bardziej konkretna - twierdził, że jest szansa na poważne zmiany w Polsce. W marcu przekazał mi, że prawdopodobnie będą wybory, przynajmniej częściowe. Zapytał, czy zaangażuję się w akcję wyborczą. Odparłem, że oczywiście - ulotki rozwiozę, rozkleję plakaty...Nie, przerwał, masz koordynować pracę na większym obszarze, tam gdzie pracujesz jako adwokat - w powiatach wejherowskim, puckim, kartuskim. Kilka dni później w Gdańsku po rozmowie z Borusewiczem dostałem oficjalne umocowania. Później dowiedziałem się, że najważniejsze w moim wyborze było osobiste poręczenie Bogdana Lisa i Andrzeja Kołodzieja.

Od czego pan zaczął?
- Od szukania sprzymierzeńców. W tamtym czasie prężnie działały w Wejherowie Kluby Inteligencji Katolickiej, była „Solidarność” wejherowska. Dano mi kontakt do 4-5 osób, spotkałem się z nimi i doszliśmy do wniosku, że trzeba jak najszybciej stworzyć miejscowy Komitet Obywatelski. Przyjęliśmy zasadę, że nie będziemy nikogo rozliczać z przeszłości i szeroko otworzymy drzwi dla wszystkich, którzy zechcą coś dobrego zrobić. Szukamy głównie dostępu do drukarni, papieru, środków transportu, fotografów, ludzi zaufanych, którzy mogą pewnych spraw przypilnować. I do pieniędzy. Wystarczyły cztery dni, a nasza grupa liczyła już dwadzieścia osób. Każdy przyprowadzał kogoś znajomego i tak powstał Komitet Obywatelski Wejherowo, z przewodniczącym Grzegorzem Hoppe. W komitecie działali Miron Łukowicz, znany wejherowski lekarz społecznik (późniejszy przewodniczący Rady Miasta Wejherowa) , Teresa Remiszewska, Jerzy Budnik z KIK, Ryszard Nalepka z Solidarności, Jerzy Bałka, Janusz Iskierski... Dochodzili też ludzie z Ligi Ochrony Przyrody, Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Demokratycznego, byli nawet członkowie PZPR. Nikogo nie wyrzucaliśmy za drzwi, przyglądaliśmy się tylko, w czym taka osoba może nam pomóc. W Wejherowie działała zawodowa szkoła samochodowa.Usłyszeliśmy - jeśli zepsuje się wam auto, potrzebujecie paliwa, kierowców, to pomożemy. Ktoś miał dostęp do drukarni, ktoś miał „zadołowane” kilkaset kilogramów papieru.Rzecz kapitalna - mieliśmy ogromne wsparcie ze strony kościoła. Zachowały się zdjęcia z Rozłazina, ze spotkania, w którym uczestniczył ksiądz Władysław Palmowski, który wcześniej działał w Solidarności w Nowej Hucie. Zesłany w 1987 r. aktywnie uczestniczył w organizowaniu Komitetu Obywatelskiego na terenie gminy Łęczyce. Pod kościołami rozdawaliśmy ulotki, potem organizowaliśmy spotkania. Nigdy nie spotkałem się z negatywną reakcją ze strony księży.Przeciwnie, duchowni byli osobami zaufania publicznego i przy nich się ludzie w naturalny sposób skupiali.

Nikt wam nie przeszkadzał?
- Były takie próby, ale nie miały żadnych szans wobec niesamowitej determinacji osób zaangażowanych w Komitet Obywatelski.

Kto próbował?
- Różni ludzie. Zdarzyło się, że specjalnie zastawiono samochody, byśmy nie mogli wyjechać z ulotkami. No to znalazło się kilka silnych osób, które przeniosły auto blokujące wyjazd. Opony komuś przebito, więc przyjechali chłopcy ze szkoły samochodowej i szybko je wymienili. Zapchano zamki w drzwiach, zamalowywano hasła, zrywano nasze plakaty.

W biały dzień?
- Nocą. Wymyśliłem więc przenośne stojaki z plakatami, w dzień stały na ulicach, wieczorem je zabieraliśmy. Były to jednak drobiazgi, nigdy nie spotkaliśmy się z agresją fizyczną.Kiedy coś się nie udało, zawsze było wsparcie tego drugiego, piątego, dziesiątego członka komitetu, który z kolei miał wsparcie gdzie indziej.I to działało. Przykład - jedziemy zaporożcem mojego ojca na stację kupić paliwo, które wtedy było na kartki. Za szybą karteczka „Komitet Obywatelski Solidarność Wejherowo”.Podjeżdżamy do dystrybutora, daję kartkę na 20 litrów i proszę o zapełnienie baku, a pan ze stacji pyta, czy mamy kanistry. Nie mamy, więc po chwili przynosi nam trzy kanistry i nie każe za nie płacić. Mówi, że od teraz zawsze, jako komitet, dostaniemy od niego paliwo za darmo.Trzeba było na przykład pilnować plakatów wyborczych, rozdawać ulotki i do tego zgłaszały się grupy harcerzy z ZHR. Dostaliśmy siedzibę od prezydenta miasta, zaczęliśmy sprzedawać cegiełki.I błyskawicznie wszystko zaczęło pączkować. Powstały komitety w Rumi i Redzie, potem strzeliły Gniewino, Sierakowice, Kartuzy, Choczewo, Łęczyca... Ludzie potrzebowali informacji, interesowali się naszymi kandydatami. Rozdawaliśmy więc ulotki, które mówiły, kim jest Bogdan Lis, Lech Kaczyński - kandydaci do Senatu i Antoni Furtak z NSZZ Rolników Indywidualnych, kandydat do Sejmu. Organizowaliśmy spotkania.

O czym mówiono na takich spotkaniach?
- Kwestią najbardziej nośną była budowa elektrowni Żarnowiec. Pierwsza demonstracja przeciw budowie elektrowni została zorganizowana 24 kwietnia 1989 r. przez Franciszkański Ruch Ekologiczny i Klub Inteligencji Katolickiej, a nasz komitet zawiązał się formalnie dopiero 3 maja. Wtedy zaczęliśmy zbieranie podpisów pod naszymi kandydaturami, a 5 maja wydaliśmy pierwszy numer „Wejherowskich Widnokręgów” z redaktorem naczelnym Adamem Dunstem, które stały się naszą gazetą informacyjną na czas wyborów. Ludzi do zbierania podpisów było mnóstwo. Każdy przyprowadzał znajomych, a ci swoich znajomych. Każdy czuł się zmotywowany, potrzebny.I te osoby w sposób naturalny wyrastały na lokalnych liderów. Przy okazji zbierania podpisów sprzedawano cegiełki, w ten sposób zbieraliśmy fundusze na nasze działania.

Długo zbieraliście podpisy?
- Pamiętam, że zaszokowaliśmy Gdańsk. Po kilku dniach od rozpoczęcia akcji przyjechałem z całym kartonem, a tam mnie pytają, po co tak szybko się zjawiłem. To mówię - zebraliśmy trzy razy więcej podpisów, niż trzeba, to je przywieźliśmy. Czy wie pani, że w niektórych miejscach ludzie stawali w długich kolejkach, by się podpisać? Ważne, że komitety nikogo nie stygmatyzowały, nie odrzucały. Komuchom głupio było działać przeciw nam, bo my nie byliśmy przeciwko nim. Przyjęliśmy metodę Gandhiego - nie atakujemy was, zapraszamy. Dzięki temu drzwi otwierały się wszędzie - w szkołach, firmach, sklepach. Co bardzo ważne, ludzie nie wyrzucali naszych ulotek do kosza. Nie tak jak dziś... Obcy ludzie podchodzili, prosząc, by dać im z 20 ulotek, a oni zawiozą je do siebie, na wieś. No to dawaliśmy. Wszystko działo się tak szybko - mówimy przecież o nieco ponad dwóch miesiącach.

I nadeszła niedziela, 4 czerwca...
- Dla mnie tamta niedziela zaczęła się w sobotę, o godzinie 18 w Wejherowie zebraniem członków wszystkich komisji wyborczych. Szkoliliśmy ich przez cały maj, musieli pilnować prawidłowości aktu wyborczego. Potem całą noc nie spałem, czekając w komitecie na ewentualne sygnały o nieprawidłowościach.Miałem do dyspozycji grupę interwencyjną, oraz ludzi, którzy wiedzieli, co robić w sytuacjach konfliktogennych.I kilka samochodów z kierowcami.

Nastrój z lekka wojenny?
- Nie wiedzieliśmy, czego można się było spodziewać. O 6 rano zgłosiły się komisje wyborcze, potem odbierałem co półtorej godziny telefony. Wieczorem, gdy frekwencja sięgnęła 60 procent, zrozumiałem już, że wygraliśmy.Potem zaczęło się liczenie głosów. Do Senatu dość proste - wiadomo, naszych dwóch, reszta nie. O godzinie 4 rano zbudziłem telefonami Bogdana Lisa i prof. Lecha Kaczyńskiego, meldując: „Witam panów senatorów Rzeczpospolitej Polskiej”.Przyjęli to z dużą radością, jednocześnie pomrukując, że tak wcześnie do nich dzwonię. Powiadomiłem także Bogdana Borusewicza. Do Antka Furtaka zadzwoniłem dopiero o godz. 7 rano, bo przy posłach było więcej liczenia. Wcześniej poleciłem, by przed każdą komisją wyborczą stawił się fotograf, który zrobi zdjęcia wywieszonym wynikom, wywoła je, zrobi kopię i do nas przywiezie. By nie było cienia wątpliwości. Wsiadłem w poniedziałek o godzinie 11 do kolejki w Wejherowie, by dojechać do domu w Gdyni i obudziłem się w Gdańsku.

Radość?
- Ogromna. Kilka dni później rozwiązano Regionalne Komitety Obywatelskie, które już zrobiły swoje i powinny były ustąpić partiom politycznym. Dziesięć dni po wyborach, 14 czerwca zaproponowałem publicznie, by utworzyć towarzystwo samorządowe, które skupi członków komitetów zarejestrowane w sądzie, dzięki czemu nikt nie będzie w stanie ich rozwiązać. I tak powstało Pomorskie Towarzystwo Samorządowe Solidarni. Do wyborów samorządowych w 1990 r., w których wszędzie wygrały Komitety Obywatelskie, prowadziliśmy bardzo pracowitą działalność. Później komitety i Pomorskie Towarzystwo Samorządowe powoli się wygaszały. Jednak, choć uśpione, istnieją do dziś. Trzeba wyraźnie podkreślić, że był to ważny ruch obywatelski, propaństwowy.Otwarty na każdego.

Czy obecnie istnieje choćby cień szansy na skupienie podzielonych Polaków wokół obywatelskiej, propaństwowej sprawy?
- Musiałaby by być to idea przekonywająca, z wiarygodnymi kapłanami na czele ruchu, których nikt nie będzie podejrzewać o osobiste interesy. Nadzieję widzę w młodym pokoleniu. Tym samym, które po śmierci Pawła Adamowicza bez żadnego wsparcia z zewnątrz zorganizowało manifestację przeciw przemocy. Tym samym, które tworzy światowy ruch w obronie Ziemi. Na tej bazie można zbudować nowe społeczeństwo.

CZYTAJ TAKŻE: Zdarzyło się 4 czerwca. Maciej Kosycarz: Nie mogę uwierzyć, że wtedy wszyscy byli razem [ROZMOWA]

ZDARZYŁO SIĘ 4 CZERWCA

Drodzy Czytelnicy, przed nami 30. rocznica jednego z najważniejszych wydarzeń w dziejach Polski - pierwszych po wojnie częściowo wolnych wyborów parlamentarnych, które doprowadziły do odsunięcia od władzy PZPR i wprowadzenia demokracji.
Chcemy wspólnie przypomnieć sobie atmosferę tamtych dni, towarzyszących im: radości, entuzjazmu, nadziei na lepszą przyszłość, nową Polskę, kraj naszych marzeń, jakże inny od PRL.

Od kilku tygodni, pod szyldem „Zdarzyło się 4 czerwca”, publikujemy w Rejsach cykl rozmów z ważnymi aktorami tamtych wydarzeń: działaczami antykomunistycznej opozycji, którzy poprowadzili wówczas „drużynę Wałęsy” do zwycięstwa. Ale to zwycięstwo nie byłoby możliwe bez rzeszy często anonimowych pomocników, wolontariuszy współpracujących z Komitetami Obywatelskimi. A także wyborców, którzy uwierzyli w sens zmian i swoimi głosami odmienili dzieje naszej Ojczyzny.

Wiemy, że wśród naszych Czytelników jest wiele takich osób. Dlatego wspólnie z Biblioteką Wojewódzką w Gdańsku oraz wybranymi bibliotekami miejskimi w województwie pomorskim podjęliśmy akcję dokumentowania pamiątek z tamtych gorących dni kwietnia, maja i początku czerwca 1989, polskiej „wiosny demokracji”.

Jeśli dysponują Państwo pamiątkami, przede wszystkim zdjęciami z tamtej kampanii wyborczej, można je przynieść do któregoś z oddziałów „Dziennika Bałtyckiego” (w Gdańsku, Gdyni, Człuchowie, Kartuzach, Kościerzynie, Kwidzynie, Lęborku, Malborku, Nowym Dworze Gdańskim, Miastku, Pruszczu Gdańskim, Pucku, Sławnie, Starogardzie Gdańskim, Tczewie i Wejherowie) lub do najbliższej filii Wojewódzkiej Biblioteki w Gdańsku, a także do bibliotek miejskich w Gdyni, Sopocie, Człuchowie, Kwidzynie, Słupsku i Wejherowie (biblioteka miejska i powiatowa). Zdjęcia i inne dokumenty zostaną zreprodukowane i zwrócone właścicielom, a dzięki naszym publikacjom staną się one cząstką naszego wspólnego dziedzictwa.

W filiach bibliotecznych staną się elementem wystaw. Zachęcamy do włączenia się do akcji!

ZOBACZ TAKŻE: "Byłem przeciwko okrągłemu stołowi, dzisiaj widzę zalety tego kompromisu." M. Morawiecki o rocznicy 4 czerwca

POLECAMY w SERWISIE DZIENNIKBALTYCKI.PL:

Wideo

Materiał oryginalny: Zdarzyło się 4 czerwca. Mec. Roman Nowosielski: Dla mnie tamta niedziela zaczęła się w sobotę [ROZMOWA] - Dziennik Bałtycki

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3