W naszym cyklu "Zdarzyło się 4 czerwca" Aneta Kręglicka, była Miss Świata: - Trzeba się czuć wygodnie we własnej skórze

Ryszarda WojciechowskaZaktualizowano 
W kolejnym odcinku naszego cyklu "Zdarzyło się 4 czerwca" Aneta Kręglicka, była Miss Świata: - Mimo że znam wielu znakomitych, mądrych polityków, nigdy nie ciągnęło mnie do tego środowiska

Rok 1989 można nazwać rokiem wolności i... piękna. Najpierw mieliśmy czerwcowe wybory. A w listopadzie, wisienką na polskim torcie, było pani zwycięstwo w konkursie Miss Świata. A jak pani zapamiętała tamten rok?

Pamiętam Okrągły Stół i czerwcowe wybory. Ale wtedy te wielkie, polityczne przemiany działy się jakby obok mnie. To był rok, który moje życie wywrócił do góry nogami. Pod koniec marca wróciłam do Polski po wielomiesięcznej praktyce studenckiej we Włoszech. I postanowiłam, że podejdę do dwóch sesji egzaminacyjnych równocześnie. Chciałam ambitnie zaliczyć cały, stracony rok. W trakcie kucia i zdawania, dałam się namówić na udział w wyborach Miss Polonia. I niespodziewanie dla siebie wygrałam je. Potem był wyjazd do Tokio i wybory Miss International, aż wreszcie wybory Miss World w Hongkongu. Żyłam więc w tamtym czasie jak na przyspieszonych obrotach.

O zwycięstwie w Hongkongu powiedziała pani: - W moim przypadku to nie była tylko uroda, ale kombinacja historii, czasu i miejsca, w którym się znalazłam. A także prawdopodobnie moich lepszych cech.

Wielokrotnie pytano mnie o to, czy Miss Świata zostałam dzięki Lechowi Wałęsie i przemianom, które zachodziły w Polsce. Ale podczas tamtych wyborów to nie ja byłam politycznym języczkiem u wagi, tylko Rosjanka. Fakt, że Rosja po raz pierwszy brała udział w wyborach Miss World, budził największe zainteresowanie mediów. Oczywiście ktoś słysząc, że jestem z Polski, od razu pytał o Lecha Wałęsę i o to, co dzieje się w naszym kraju.

A ja z dumą opowiadałam, widząc, jak oczy całego świata są na nas skierowane. Ale najbardziej dumna byłam z tego, co o mnie napisano. Artykuł, w którym informowano, że to ja zdobyłam koronę Miss World, zatytułowano „The Beauty and The Brain”.

Piękno i umysł. Pięknie, chciałoby się powiedzieć.

Zauważono, że jestem nie tylko atrakcyjna. Ale też to, że posługiwałam się biegle dwoma językami obcymi, angielskim i włoskim. Że podczas rozmów z dziennikarzami czuję się swobodnie. Zresztą ja ani przez chwilę nie pomyślałam, że jestem takim Kopciuszkiem zza żelaznej kurtyny, zakompleksioną dziewczyną z bloku wschodniego. Na szczęście byłam już dojrzałą osobą, a nie dziewczątkiem. Studentką, która kończy studia, ma własne poglądy i pomysł na życie. Ale tamten tytuł w gazecie to była moja wisienka na torcie.

ZBIGNIEW KOSYCARZ/KFP

Po przyjeździe do kraju stała się pani pierwszą celebrytką demokratycznej Polski. Na szczęście ze sławą poradziła sobie pani zaskakująco pewnie i dobrze.

Byłam jednak ogromnie zaskoczona tym, z jaką radością Polacy to moje zwycięstwo przyjęli i fetowali. Czasami z przerażeniem patrzyłam, jak urosłam do rangi bohaterki narodowej. Pamiętam przyjazd do Olsztyna. W ratuszu usłyszałam prośbę od władz miasta, żebym wyszła w koronie na balkon. - Ludzie przyszli panią zobaczyć - mówiono. Stanęłam na balkonie i zobaczyłam tysiące głów.

Pomyślałam: Chryste panie, co się dzieje? Czy ja rzeczywiście zasługuję na taką uwagę? Co takiego zrobiłam, że tysiące ludzi skanduje moje imię i nazwisko?

To nie było przyjemne?

Byłabym hipokrytką, mówiąc, że nie. Wzruszyłam się ogromnie. Ale ta rozpoznawalność mnie też stresowała. Po pewnym czasie zrozumiałam jednak, że te wszystkie sukcesy były nam wtedy potrzebne. Że każde pozytywne zwrócenie uwagi na nas, Polaków, było takim narodowym afrodyzjakiem. Tego potrzebowaliśmy. A ja się tylko wpisałam w tę ogromną potrzebę sukcesu. Tata też mi to tak tłumaczył.

Tata, który przyłożył rękę do tego, że pani wystartowała w wyborach. Bo pani, podobno, zapierała się obcasami, żeby nie brać w nich udziału.

Tata miał poglądy dość konserwatywne i raczej starał się mnie chronić przed światem, mimo wielkiego zaufania. Kiedy studiując na Uniwersytecie Gdańskim, tańczyłam w zespole tańca współczesnego, nie był do tego przekonany. Zastanawiał się, czy to jest dobra strona życia? A ja taniec wybrałam zamiast zajęć z wychowania fizycznego. I dobrze zrobiłam, bo sprawiał mi ogromną frajdę. Za to ja nie byłam przekonana do udziału w wyborach piękności. Nie interesowały mnie. Rok wcześniej po raz pierwszy obserwowałam wybory Miss Polonia i tylko dlatego, że moja koleżanka z zespołu tanecznego Róża Gołasiewicz brała w nich udział. Mocno jej wszystkie kibicowałyśmy. Róża została pierwszą wicemiss. Siłą rozpędu dziewczyny zaczęły mnie namawiać: - Teraz twoja kolej Aneta.

Oswajałam się z tą myślą. I wtedy mój tata mnie zaskoczył, mówiąc: - Jesteś rozsądną dziewczyną. I jeśli coś ci nie będzie odpowiadało, to w każdej chwili możesz stamtąd odejść. Ale próbuj, żebyś potem nie żałowała. Bo to jest przygoda.

Taka wiara ze strony rodziców jest wielkim wsparciem.

To prawda. Ale potem tata tak nieprawdopodobnie we mnie wierzył, że aż się w tej wierze zagalopował (śmiech). Mówił na przykład: - Anetko, nas drugie miejsce nie interesuje. Budził tym moje rozbawienie. Odpowiadałam mu: - Tato, czy ty nie oszalałeś? Jadę na wybory, gdzie będzie około stu dziewczyn z całego świata. A ty mówisz, że nas drugie miejsce nie interesuje? Tata wierzył we mnie. Ale nie próbował wywrzeć na mnie presji. Miałam dużo wolności i fantastyczny kontakt z rodzicami, którzy byli moimi przyjaciółmi. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic, tematów tabu. Rodzice wiedzieli, że ja im nie wywinę, mówiąc, kolokwialnie jakiegoś orła. Ufali, że wybiorę najlepiej i odpowiednio się zachowam.

Spotkania ze znanymi ludźmi to bonus dla miss?

Poznawałam polityków, biznesmenów, ludzi szołbiznesu, których wcześniej widziałam tylko w telewizji. To było ogromne przeżycie móc się z nimi spotkać twarzą w twarz, porozmawiać. Z politykami też, ale na szczęście nie byłam jakoś przez nich specjalnie nagabywana.

Żaden polityk nie próbował się ogrzać w blasku korony?

Nie. Pamiętam za to bardzo przyjemne spotkanie z premierem Janem Krzysztofem Bieleckim. Stało się to po tym jak założyłam już fundację. Na inaugurację zaprosiłam premiera z małżonką. Potem organizowałam różne sportowe wydarzenia, chcąc Polaków rozruszać. I premier też w nich czasami brał udział. Pewnego dnia dostałam zaproszenie z kancelarii premiera. Myślałam, że będę jednym z wielu gości. Ale kiedy weszłam do gabinetu, zobaczyłam stół i tylko dwa nakrycia. Okazało się, że mam przyjemność zjeść z panem premierem lunch. Podczas tego lunchu usłyszałam, że ma powstać instytucja, która będzie łączyć biznes polskim z amerykańskim. I że jest pomysł abym to ja była jej wiceszefową i twarzą.

Premierowi się podobno nie odmawia, jak mówiła Ewa Wachowicz.

Nie pamiętam, czy to ja uprzejmie odmówiłam, czy sam pomysł się rozpłynął. Po pewnym czasie spotkałam pana premiera na lotnisku w Londynie i wtedy zachęcał mnie do startu w wyborach z Unii Wolności do Senatu. Powiedziałam, że polityka nie jest dla mnie. Że nie czuję takiego powołania.

Nie chciała pani spróbować?

Jestem raczej zasadnicza, bezkompromisowa. Mam zero-jedynkowe podejście w poważnych sprawach. A w polityce bywa różnie. Trzeba mieć kręgosłup z gumy, zmieniać zdanie. Mówić przekazem dnia. Nie potrafiłabym się tak naginać. I to powiedziałam panu premierowi. Potem propozycję startu usłyszałam też od późniejszego premiera Donalda Tuska. I podobnie podziękowałam. Kilka lat temu jeszcze raz usłyszałam taką ofertę od jednej partii. I tym razem powiedziałam - nie. Nigdy mnie nie ciągnęło do tego środowiska. Mimo, że znam wielu znakomitych, mądrych polityków. A za takich uważam, na przykład, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Donalda Tuska.

Nie dziwię się, bo pani kojarzy się z tą ładniejszą stroną życia. A o polityce nie da się tego powiedzieć.

Lubię się znać na tym, czym się zajmuję. Oczywiście byłam wtedy młodą osobą i pewnie nauczyłabym się tego, czym jest polityka. Bo lubię się uczyć i jestem ambitna. I pewnie gdybym się zdecydowała, byłabym dobrym politykiem, podobnie jak byłabym dobrym urzędnikiem. Bo taką mam naturę, że jak coś robię, to na sto procent. Ale polityk musi się podporządkować szefowi partii. A ja nigdy, na szczęście, nie miałam szefa. Duszę i charakter mam niezależną. Więc uzależnianie się od czyjegoś zdania, dopasowywanie się do niego, przychodziłoby mi z ogromnym trudem. Wiem, że osobowościowo w takim formacie nie zmieściłabym się.

Pani własna firma przynosi sukcesy. Ale już jako nastolatka wymyśliła pani sobie własny biznesie.

O prowadzeniu własnego biznesu myślałam już w szkole średniej, kiedy była jeszcze komuna. Już wtedy wiedziałam, że chcę być panią sytuacji. Z wiekiem to się jeszcze tylko potęguje. Teraz wiążę się z różnymi markami, tworzę projekty dla klientów, ale cały czas jestem niezależną osobą.

I cały czas jest pani daleko od skandali.

Nie jestem osobą kontrowersyjną. Nie lubię zwracać na siebie uwagi. Szołbiznes mnie niezbyt interesuje. Czasami w nim bywam, bo jestem przyjaciółką projektantów, bywam twarzą jakiejś komercyjnej marki i wtedy muszę się pokazać. Ale jestem z tych projektów najczęściej zadowolona. I chętnie je promuję. Nigdy nie podpisuję się pod czymś, czego potem mogę się wstydzić, albo co rokuje źle. Gdybym nie musiała „dawać” twarzy, gdybym mogła tylko projektować, bez udzielania wywiadów i sesji zdjęciowych, byłabym szczęśliwa. Bo pokazywanie się, wystawanie na ściankach to nie jest mój sposób na życie. To nie moja grupa krwi. Ale rozumiem, że promowanie produktu do czegoś zobowiązuje.

W listopadzie powie pani... trzydzieści lat minęło.

Nieprawdopodobne. Teraz mam gęsią skórkę, jak to słyszę.

Mam wrażenie, że pani przez te lata się nie zmieniła. Jak to się robi?

Mój publiczny wizerunek różni się od prywatnego. W sprawach poważnych jestem wyważona i skupiona. Sprawiam wrażenie osoby chłodnej, zdystansowanej. Bo nie chcę, żeby mnie wszyscy poklepywali po ramieniu. Nie pragnę być dziewczyną z sąsiedztwa. To nie leży w moim charakterze. Kiedy udzielam wywiadów, też taka najczęściej jestem. Ale ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że potrafię być szalona, lubię się bawić i bywam dowcipna. Na szczęście nie muszę wszystkiego sprzedawać.

Wpisałam się w tę ogromną potrzebę sukcesu, jaką Polacy mieli w 1989 roku

Wracam uparcie do urody. To jak to się robi, że się tak wygląda?

Czytam czasami komentarze, że na pewno mam za sobą jakieś operacje plastyczne. Piszą to ludzie, którzy o mnie nic nie wiedzą. Nie wiedzą na przykład, że ja skalpela boję się jak ognia. Że jestem osobą dynamiczną, z dużym temperamentem. I że cały czas coś robię. Nie siedzę, nie lenię się. Mam wiele projektów i rodzinę, która też wymaga zachodu. Mój syn będzie teraz zdawać maturę. Mam mamę, której pomagam. Jestem w ciągłym ruchu. Do życia potrzebny mi jest też sport. Regularnie biegam, ćwiczę. I nie robię tego tylko dla figury czy mięśni, ale przede wszystkim dla głowy.

Żadnych specjalnych zabiegów?

Oczywiście korzystam z dobrodziejstw medycyny estetycznej. Ale bez inwazji i szaleństwa. Mezoterapia, masaże, zabiegi kosmetyczne, to wszystko. Nie chcę żeby moja twarz wyglądała jakby była napompowana. Nie chcę się stać swoją karykaturą. Jeśli mnie pani pyta o wygląd, to jest on kombinacją mojego temperamentu i dbałości o siebie, z dobrymi genami. Bo w mojej rodzinie wszyscy wyglądają młodziej, niż metryka na to wskazuje. Zresztą bez przesady, kobiety w moim wieku dzisiaj naprawdę pięknie wyglądają. Mam wiele koleżanek, rówieśniczek, wyglądających teraz nawet lepiej, niż wcześniej. I to jest fantastyczne. Boję się zmian, po których musiałabym udawać kogoś, kim nie jestem. I po których sama bym siebie nie akceptowała. Trzeba się czuć wygodnie we własnej skórze.

Aneta Beata Kręglicka (ur. 23 marca 1965 w Szczecinie) - modelka, fotomodelka, bizneswoman, Miss Świata 1989 r. w Hongkongu. Współwłaścicielka studia filmowego St. Lazare

Aneta Kręglicka znana jest z kariery w modelingu. Ostatnio zaprojektowała trzecią kolekcję ubrań dla kobiet. Co ją inspirowało?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 3

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.
G
Gość
1989 rokiem wolnosci nie zabieraj glosu glupia babo !

Nie mam co do tego absolutnie żadnych wątpliwości - wybory parlamentarne z 4 VI 1989 r. nie były ani wolne, ani demokratyczne. Niezależnie od tego jakim wynikiem by się one zakończyły, komuniści i złodzieje zarezerwowali sobie w nich ustawowo aż 65% miejsc w Sejmie. Ówczesna opozycja mogła liczyć maksymalnie na 35% mandatów, a tym samym w utworzonym po wyborach parlamencie stanowiła zdecydowaną mniejszość.!
A
AJB

Pani Aneto, gdybym ja miał taką skórę jak Pani, to też bym się w niej dobrze czuł. Z tym rozumem to niekoniecznie, ani Ksisiu Dziewianny Wałek, ani Ryży Folksdojcz Thusk to nie moja bajka, ale czego się nie robi dla pięknej kobiety? Mężczyźni wolą blondynki! :)

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3