Britten przełożony na współczesność

    Britten przełożony na współczesność

    Jarosław Zalesiński

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Marek Weiss, dyrektor Opery Bałtyckiej, deklarował na progu swego drugiego sezonu w Gdańsku, że teatr, jaki chce tu tworzyć, ma być czymś więcej niż obrazki na scenie, dodane do muzyki. "Gwałt na Lukrecji" Beniamina Brittena, pierwsza premiera nowego sezonu Opery Bałtyckiej, pokazuje, że od słów do czynów u dyrektora Weissa bywa niedaleko.
    Kameralna opera angielskiego kompozytora polega zresztą na tak dokładnym połączeniu muzyki i libretta, że wystarczyło reżyserowi słuchać Brittena, aby to co dzieje się na scenie i co dolatuje z orkiestrowego kanału, połączyć w jedną całość.

    W partyturze inaczej brzmi muzyczne tło wojskowego obozu, inaczej - sielankowej sceny w domu Lukrecji. Taki sam wyraźny podział biegnie przez scenę, nawet w kolorach. Szarości i zieleni mundurów odpowiada czerń i zieleń wielkiej kratownicy, zamykającej tył sceny. Nie mamy wątpliwości - ten Rzym jest więzieniem.

    Dom Lukrecji to z kolei biała suknia tytułowej bohaterki czy jasna, ciągnąca się przez całą scenę mobilna sofa. Ów mebel, notabene narażający solistki na niewygodne susy w poprzek, także dzieli scenę na dwoje. Bezpieczna przestrzeń domu powiększa się lub kurczy, gdy zło wyłania się z głębi sceny.

    Britten sięgnął po znaną z historii sztuki opowieść o Lukrecji, cnotliwej Rzymiance, która zgwałcona przez syna rzymskiego władcy Tarkwiniusza Pysznego, nie mogąc znieść hańby, popełniła samobójstwo. Brittenowi historia ta posłużyła jako pretekst do wystawiania moralnego rachunku powojennej Europie (premiera "Gwałtu na Lukrecji" odbyła się w 1946 roku).

    Mam wrażenie, że węgierski reżyser Peter Telihay spróbował przełożyć tę historię na bliższe nam historie. W jego inscenizacji czasy Tarkwiniusza są tak naprawdę okresem wewnętrznej okupacji Rzymu przez etruskich władców. Okupacji, która demoralizuje, zaraża zepsuciem, niszczy od środka. Znamy to? Niestety, znamy.

    Jak można się wyzwolić z wewnętrznej okupacji? Sugestywna scena w wojskowym obozie, gdy na rzymskich i etruskich wodzów spływają potoki wody, pokazuje, że oczyszczenie nie może przyjść z zewnątrz. Oczyszczeniem i wyzwoleniem jest dopiero samobójstwo Lukrecji i jej ofiara, w libretcie i inscenizacji zestawiana z ofiarą Chrystusa.

    Pewnie, można gdański "Gwałt na Lukrecji" czytać także jako historię o świecie mężczyzn i świecie kobiet, wojny i domu, polityki i miłości. Historyczny kontekst wydał mi się w tym jednak najciekawszy. I bardziej przybliżający nam Brittena niż mało fortunne czasem gadżety - plastikowe baniaczki jakby z Tesco, z których żołnierze ciągną wino, latarki albo biurowe nożyczki, którymi Lukrecja... popełnia samobójstwo.

    Satysfakcja oglądania tego przedstawienia nie polega jednak ostatecznie na recenzenckiej frajdzie dorabiania do niej różnych kluczy. Największym jego atutem jest powściągliwość, skupiony, niemal medytacyjny sposób opowiadana i śpiewania tej pełnej przecież namiętności historii. Szkoda tylko, że w finale reżyser nie oparł się pokusie przesadnej patetyczności. Pochodzący z międzynarodowego castingu zespół śpiewaków jest zespołem właśnie, wyrównanym, dobrze śpiewającym. Wyróżnia się wśród nich kreująca rolę Lukrecji Janja Vuletic.

    "Gwałt na Lukrecji" powstał na potrzeby festiwalu w Szegedzie, organizowanym przez Mezzo TV. To, że szyld Opery Bałtyckiej pojawi się w tym prestiżowym kanale, może tylko cieszyć. Bardziej jednak cieszy to, że w Gdańsku powstało przedstawienie operowe, zadające kłam stereotypowi, że muzyka współczesna to kakofoniczne niezrozumialstwo. Widowisko, które potrafi zaskoczyć, prawdziwie wzruszyć, zatrwożyć.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    coś z niczego

    marek (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 7 / 7

    Pan Zalesiński, jak nikt inny potrafi zrobić coś z niczego, no ale to na plus oczywiście :)

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo