Żołnierza Wyklętego żywot w PRL. Przestałem się bać w 1989 [ZDJECIA]

Barbara Szczepuła
Stefan Bembiński "Harnaś", zdjęcie z 1945 roku Archiwum rodzinne
Pojedziecie do rodziny, niby na urlop. Dowiecie się, gdzie jest wasz kuzyn i wystawicie go nam. To rozkaz! - wspomina Eugeniusz Wrochna, Żołnierz Wyklęty.

Eugeniusz popłakał się ze wzruszenia, gdy w 1989 roku zobaczył w telewizji „Harnasia”. Stefan Bem-biński, dowódca największego zgrupowania po-akowskiego podziemia w powiecie radomskim, odważny oficer skazany na karę śmierci przez krzywoprzysięgły sąd, występuje w komunistycznej telewizji! I to jako senator Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. Eugeniusz Wrochna w jednej minucie uwierzył, że Polska odzyskuje niepodległość.

- Co się tacie stało? - zapytał syn.

- To mój dowódca.

- Dowódca komandora Marynarki Wojennej?

Dopiero wtedy rodzina dowiedziała się, że pan Eugeniusz w młodości był partyzantem i walczył z komunistami.

- I nigdy nam o tym nie powiedziałeś?

- Bałem się.

***

Pogoda latem 1945 roku była piękna, ale zamiast cieszyć się, że wojna się skończyła, że można zrzucić mundury, rozglądać się za dziewczynami i radować życiem - trzeba było dalej walczyć. Z każdym dniem narastał terror bezpieki, zapełniały się więzienia.

- Za co tak ich karzesz, Boże? - płakały matki i żony. - Za to, że kryli się lasach, walczyli z Niemcami?

Wioska Grzmucin na obrzeżach Radomia. Na niewielkim pagórku chata pod strzechą, wokół pola i lasy. Tam w roku 1926 urodził się Eugeniusz. Wśród gospodarzy z sąsiedztwa - kilku żołnierzy marszałka Piłsudskiego z wojny 1920 roku, a każdy ma w szufladzie medale za odwagę. Jeden szczyci się nawet orderem Virtuti Militari za wzięcie do niewoli kilkunastu bolszewików.

Ojciec lubi opowiadać, jak gonili czerwonych, Gienek chłonie te żołnierskie historie i jest dumny, że ma takiego wspaniałego tatę. - Najważniejsze, że powstała wolna Polska i chwała za to Marszałkowi - powtarza Stanisław Wrochna. Dzieci słyszą to samo od nauczyciela, pana Józefa Kępińskiego, który uczy polskiego, matematyki i historii, ale przede wszystkim patriotyzmu i szacunku dla tych, którzy tę ukochaną Polskę po latach zaborów wywalczyli. Podsuwa uczniom lektury ze szkolnej biblioteki, Sienkiewicza i Żeromskiego przede wszystkim.

Sielanka trwa do września 1939 roku. - Ojciec dostał powołanie do wojska i w czwartek odprowadziłem go na pociąg do Warszawy, a w piątek wybuchła wojna - wspomina Eugeniusz Wrochna. Po ośmiu dniach wchodzą Niemcy. Jacy pewni siebie byli! Jacy butni!

Gienek chodzi do szkoły zawodowej w Radomiu. Razem z synami lekarzy i adwokatów, bo Polacy - zdaniem Niemców - nadają się tylko do prostych zawodów. Widzi szubienice na placach i publiczne egzekucje, obserwuje tworzenie getta…

Cała rodzina codziennie modli się o powrót taty. Pewnego wieczora Gienek wychodzi na podwórko i oczom nie wierzy - ojciec! Płaczą ze szczęścia. Tata opowiada, że jego oddział rozbroili Ruscy, że wieźli go na Syberię, ale udało mu się uciec z pociągu i piechotą dotrzeć do Generalnego Gubernatorstwa. Wpadł z deszczu pod rynnę, bo schwytał go Wehrmacht, ale jeszcze raz się wywinął, bo znał niemiecki. Ojciec znowu jest bohaterem. Gienek go słucha i też chce walczyć, bo ojczyzna krwawi. Pana Kępińskiego, nauczyciela, Niemcy aresztują i zsyłają do Auschwitz. I już stamtąd nie wróci.

***

Szok wrześniowej klęski powoli mija. Partyzanci zbierają się po lasach, broń gromadzą, szykują do walki. Gienek ciągle jest za młody, leśni przyjmują tylko tych, którzy skończyli osiemnaście lat.

Partyzanci kwaterują w gospodarstwie Wrochnów. Pewnego razu Gienek spotyka wśród nich kolegę ze szkoły.

- Wtedy za zgodą ojca wstąpiłem do partyzantki - mówi z dumą. - Szkolenia, zbiórki, pierwsze akcje… Rozkręcanie szyn, niszczenie wagonów…

- Wybucha powstanie w Warszawie, nasz oddział pod dowództwem „Harnasia” idzie w kierunku Warki na pomoc stolicy. Nagle pada rozkaz: - Wycofujemy się! Dlaczego? Partyzanci są pełni wiary w zwycięstwo, Rosjanie są na linii Wisły, pomogą nam wyzwolić Polskę…

***

Zaraz za oddziałami frontowymi przyszli enkawudziści. Mieli gotowe listy proskrypcyjne. Znów zapanował wielki strach…

Gdzieś tam nad Łabą Rosjanie i Amerykanie ściskają sobie dłonie, Berlin kapituluje - a przez Kielecczyznę przewala się fala aresztowań żołnierzy i oficerów Armii Krajowej. Na partyzantów polują wspólnie NKWD i Urząd Bezpieczeństwa. Oficer Armii Krajowej, Antoni Heda „Szary”, wspominał po latach: „W kwietniu i maju zapełniły się więzienia. (…) Polując na mnie. UB aresztowało trzech moich braci - Stanisława, Jana i Stefana, oraz dwu szwagrów - Jana Góralskiego i Stanisława Kiełbasę. Przeszli okropne tortury niejako za mnie. Braci Jana i Stanisława oraz szwagra Stanisława zamordowano w ciągu kilku tygodni”. Brat Stanisław z głową rozbitą przez przesłuchujących go ubeków trafił do szpitala, gdzie lekarz odmówił mu pomocy. Powiedział: - Ciebie bandyto nie warto ratować.

***

W nocy z trzeciego na czwartego czerwca grupa dwustu pięćdziesięciu żołnierzy dowodzonych przez kapitana „Szarego” wjeżdża zdobycznymi samochodami do Kielc.

- Żołnierzy „Szarego” wspiera także oddział Wacława Borowca „Niegolewskiego” i oddział Stefana Bembińskiego „Harnasia”, w którym ja walczyłem - opowiada Eugeniusz Wrochna „Jaskółka”. - „Niegolewski” miał za zadanie przeprowadzenie akcji pozoracyjnej w szydło-wieckich lasach. Udało się: głośne eksplozje spowodowały, że do Szydłowca pospiesznie przerzucono część kieleckiego garnizonu. My zaś na szosie Radom-Kielce przeprowadziliśmy akcję rekwirowania samochodów. Udało się zdobyć czternaście pojazdów, którymi z fasonem wjechaliśmy do Kielc. Zgodnie z rozkazami, zaczęliśmy ostrzeliwać budynki w różnych częściach miasta (ja ostrzeliwałem Urząd Bezpieczeństwa), co miało robić wrażenie, że jest nas wielokrotnie więcej niż w rzeczywistości, i opanowaliśmy całe miasto. Udało się: choć w Kielcach stacjonował cały pułk Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, nikt nie odważył się ruszyć na pomoc ubowcom broniącym więzienia.

Szturm na więzienie zakończył się zwycięstwem „bandytów”. Uwolniono trzystu pięćdziesięciu czterech więźniów. Zginął jeden partyzant, oficer Armii Czerwonej i jeden milicjant. „Szary” został ranny w nogę.

- Małymi grupkami rozeszliśmy się do domów. To był przecież czas żniw - ciągnie Eugeniusz.

„Szary” miał doświadczenie w zdobywaniu więzień, bo pierwsze, w Starachowicach, odbił z rąk Niemców w 1943 roku. W tym samym roku „Szary” i jego żołnierze przebrani w niemieckie mundury opanowali fabrykę broni. Wynieśli stamtąd karabiny i dwa miliony złotych. Trzeba jeszcze wspomnieć o opanowaniu niemieckiego pociągu, o udziale w akcji „Burza”…

Po akcji na więzienie w Kielcach Antoni Heda pod zmienionym nazwiskiem zamieszkał z żoną i dziećmi na Wybrzeżu. Ujęto go w roku 1948 na dworcu w Gdyni-Chyloni (dziś jest tam tablica pamiątkowa). Dostał cztery wyroki śmierci. Wyszedł z więzienia po amnestii w 1956 roku.

***

- Pod koniec lipca 1945 roku znowu idziemy na koncentrację - opowiada Eugeniusz Wrochna. - Zebrali nas w lesie, śpimy pod sosnami, ale ludzie już nie są tak chętni do walki jak wcześniej. Komuna robi się coraz silniejsza, więc rośnie strach. Już zdajemy sobie sprawę, że nie będzie zwycięstwa. Niektórzy już się ujawnili, inni chcą się żenić, obawiają się, że mogą między nami być wtyczki i trafimy prosto do lochów UB. Ale trudno, trzeba kolegów ratować. Atakiem na radomskie więzienie dowodzi Stefan Bembiński „Harnaś”. Akcja jest dobrze przygotowana, uwalniamy około trzystu osób…

***

Nad ranem przyjechało ich ze dwudziestu. Otoczyli dom. - Eugeniusz Wrochna? Jedziemy do Radomia!

Nadszedł ten moment, którego się bałem, a który musiał kiedyś nastąpić, bo przecież wyłapywali wszystkich po kolei, nie tylko takie płotki jak ja. W radomskim UB związano mi ręce i nogi, przywiązano do drążka. Dwaj funkcjonariusze walili mnie na zmianę pałami.

- Oddaj broń!

- Nie mam.

- Oddaj, bo pożałujesz.

Znowu biją. Tak mocno, że mdleję. Wloką mnie do celi. I tak dzień w dzień. Wydaje mi się, że już nie wytrzymam, ale jestem młody, silny, jakoś ciągle żyję… Jednego dnia, gdy wloką mnie korytarzem, widzę kolegę, z którym razem służyłem latami do mszy świętej w naszym kościele. W mundurze oficera UB idzie korytarzem. Poznał mnie: - Gieniu, to ty? - Ja, Franiu, a co ty tu robisz? Nie odpowiedział, poszedł w swoją stronę. Zwolniono mnie po trzech tygodniach. Czy Franek mi pomógł? Nie wiem, ale chcę w to wierzyć.

***

- Powiem pani szczerze, że miałem w życiu szczęście. Rok po aresztowaniu i przesłuchaniach w Urzędzie Bezpieczeństwa dostałem powołanie do wojska. Dziwi się pani, że w takiej sytuacji mówię o szczęściu? A jednak. Dostałem przydział do pułku artylerii w Poznaniu. Zniknąłem z Radomia, przestałem nawet przyjeżdżać do rodziców. Aresztowania trwały. Ojciec pisał: nie wracaj. Zgodnie z dewizą, że najciemniej jest pod latarnią zgłosiłem się do szkoły oficerskiej. Miałem wikt, opierunek i poczucie względnego bezpieczeństwa, ale co się nasłuchałem o bandytach i karłach reakcji! W 1949 roku, gdy służyłem w dywizjonie artylerii przeciwlotniczej w Lesznie Wielkopolskim, odwołano mojego dowódcę. Płakał, ja płakałem razem z nim. Na jego miejsce przyszedł Rosjanin. To był koniec Polski.

Któregoś dnia żołnierz rzucił talerzem ze śmierdzącą kaszą w portret Spychalskiego. - Masz Marian, spróbuj! - krzyknął. Dostał cztery lata więzienia, ale miał szczęście, bo wkrótce aresztowano Spychalskiego, a jego zwolniono.

***

Najgorszy moment nadszedł na początku lat pięćdziesiątych. Pięćdziesiąty drugi, może trzeci. Wezwano mnie do dowódcy: - Wasz kuzyn Mieczysław to bandyta.

- Nie widziałem go od lat. Nie wiem, co robi.

- To się dowiecie. Pomożecie go nam ująć.

- Łapcie go sami, co on mnie obchodzi?

- Ale nas obchodzi. Pojedziecie do rodziny, niby na urlop. Dowiecie się, gdzie jest i wystawicie go nam. To rozkaz.

Pojechałem chory ze zdenerwowania i całą drogę kombinowałem, jak to rozegrać. Przecież nie mogłem go wydać. U cioci Marysi, którą bardzo lubiłem, pijemy herbatę, rozmawiamy o tym i owym. - A gdzie Mietek? - pytam i modlę się, żeby mi nie odpowiedziała, bo a nuż podsłuchują. - Nie wiem - mówi, a ja oddycham z ulgą. Wychodzę, a przed domem kręcą się jakieś typy, pewnie tajniacy. Pojechałem do jego siostry na wieś i mówię: - Niech Mietek się ujawni, bo tak czy owak go znajdą i aresztują albo zastrzelą, niby podczas ucieczki. Po latach dowiedziałem się, że schował się wtedy u niej na strychu. Ukrywał się jeszcze tu i tam przez pół roku, wreszcie złapali go razem z kolegą w sąsiedniej wsi. Kolegę zastrzelili, on przesiedział dziesięć lat. A ciotkę i kuzynkę po mojej wizycie przepytywali, chcieli koniecznie wiedzieć, co mówiłem.

To był chyba najgorszy moment w mojej wojskowej karierze. Wydać partyzanta - i do tego krewnego? Wstyd i dyshonor! Gorsze to było nawet od nocnego przesłuchania w komórce kontrwywiadu, choć wtedy też nogi się pode mną ze strachu uginały. Ale informacji, że byłem żołnierzem Armii Krajowej, nie zdobyli.

Żyłem w ciągłym niepokoju przed dekonspiracją, ale awansowałem w Ludowym Wojsku Polskim, ja, ten „bandyta” i „zapluty karzeł reakcji”. - Wyślemy was na studia do Leningradu - zachęcał dowódca, to szansa na awans… Nie pojechałem. A jeśli Ruscy mają jakieś swoje archiwa i mnie namierzą?

* **

W Marynarce Wojennej służyłem przez trzydzieści trzy lata. Kierowałem jednostką zaopatrzenia w paliwa i środki techniczne, nic złego nikomu nie uczyniłem i nie mam się czego wstydzić.

Człowiekiem wolnym jestem dopiero od 1989 roku, a dokładnie od momentu, gdy zobaczyłem „Harnasia” w komunistycznej telewizji. Nie powiedziałem jeszcze pani, że został aresztowany zaraz po akcji na radomskie więzienie. W 1946 roku dostał karę śmierci. Potem na szczęście zmieniono ją na dziesięć lat ciężkiego więzienia.

W 1989 roku przestałem się bać.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

I nigdy nam o tym nie powiedziałeś? - Bałem się.(cytat)
Komentarz: Cała nadzieja w tych, którzy potrafią mówić o sobie prawdę, i nie usidlać ta prawdą nikogo !
Usidlanie to takie mówienie prawdy o sobie, które (w ukrytym zamiarze) ma cel podporządkowanie oceny (we wszystkich aspektach) osoby informowanej, oceną wyrażaną przez osobę informującą. Gdyby inni w bieżącej sytuacji mieli tyle odwagi osobistej, co osoba tutaj prezentowana, o ile czystsza byłaby "atmosfera społeczna" dzisiaj !

Dodaj ogłoszenie