Wojciech Mecwaldowski o poświęceniu dla ról aktorskich: Byłem w więzieniu i psychiatryku [ROZMOWA]

rozm. Marcin Mindykowski
Wojciech Mecwaldowski
Wojciech Mecwaldowski Grzegorz Mehring/Archiwum
O tym, czy "Dziewczyna z szafy" jest polskim "Rain Manem", czego można się nauczyć od osób autystycznych, dlaczego warto słuchać swojej drugiej głowy, czemu uciekał ze szkoły filmowej i czy granie w polskich komediach rozwija aktorsko, a także o kozim rogu, w który sam się zapędził, z Wojciechem Mecwaldowskim rozmawia Marcin Mindykowski

Po dwóch miesiącach od premiery "Dziewczyny z szafy", w której grasz autystycznego Tomka, jak bardzo masz już dość nazywania filmu i Twojej roli polskim "Rain Manem"?
Porównania zawsze będą. Tyle że tu bazuje ono chyba głównie na tym, że obaj gramy osoby autystyczne, którymi opiekują się bracia. Ale nie wzorowałem się na "Rain Manie". Oczywiście, jest mi miło, że porównuje się mnie do czegoś dobrego, bo Dustin Hoffman stworzył wybitną kreację. Ale nie ma drugiego Dustina Hoffmana - podobnie jak nie ma drugiego Wojtka Mecwaldowskiego.

Czyli te popkulturowe, znane z filmów figury osób autystycznych, najczęściej z zespołem sawanta - geniusza, nie były dla Ciebie inspiracją przy budowaniu tej roli?
Przede wszystkim bazowałem na świetnym scenariuszu, który napisał Bodo [Kox, reżyser filmu - red.]. Tekst powstał w 2006 czy 2007 roku - i od tego czasu wiedziałem o tej postaci. Ten Tomek siedział mi w głowie przez pięć lat.

Kiedy film zaczął być w końcu realizowany, pewnie zintensyfikowałeś przygotowania.
Wcześniej skończyłem zdjęcia do "Hansa Klossa", gdzie grałem Ringlego: zarzynającego wszystkich mordercę-psychopatę, który kiedy tylko kogoś zabił, był smutny, że to już się stało - i szybko szukał kolejnej ofiary. Musiałem więc "wyzerować" łeb, żeby wejść w zupełnie inną postać. I na dwa-trzy miesiące wróciłem z Warszawy - gdzie pracuję - do Wrocławia - gdzie mieszkam. Chodziłem do tutejszego ośrodka dla osób autystycznych, gdzie miałem zajęcia z autystami. Dołączył do mnie Piotrek Głowacki, który grał mojego brata Jacka. I przez chwilę żyliśmy jak bracia, jak Tomek i Jacek - on robił mi śniadania, ostrzygł mnie, chodziliśmy razem do centrów handlowych, dyskotek...

A kiedy skończyły się przygotowania i zaczęliście kręcić?

Pokazałem reżyserowi, jak mniej więcej widzę tego Tomka. Powiedział, że jest OK - zresztą wcześniej przegadaliśmy tę rolę. I od tamtej pory na półtora miesiąca zamilkłem - wszedłem w postać Tomka i żyłem nią, od rana do wieczora. Moje życie codziennie wyglądało tak, jak to widać na ekranie. Normalnie jestem typem łazika, ciągle chodzę po mieszkaniu i dotykam różnych rzeczy. Na czas kręcenia filmu wyprowadziłem się więc z domu i zamieszkałem w hotelu, bo chciałem mieć wokół siebie pustkę i móc łapać się tylko za swój łeb. Na planie nie mówiłem nic - "dzień dobry", "do widzenia", "dziękuję". Ekipa to uszanowała, bo wiedziała, że nie potrafię na "pstryk" wskoczyć w taką rolę. Potrzebuję pewnego rodzaju rozpędu, ciągłości. Traktuję ten zawód jak jazdę samochodem - kiedy wsiadam do samochodu, czyli do jakiejś postaci, nie umiem wyjść i wejść z powrotem. Jeżeli mam to zrobić dobrze, muszę w niej siedzieć cały czas. Dlatego przez ten czas po prostu byłem Tomkiem. Na planie nie wymienialiśmy z reżyserem żadnych uwag. Bodo miał jednego aktora "z bani".

Zaangażowałeś też swoje ciało i zmieniłeś się fizycznie.
Musiałem schudnąć, więc pod koniec zdjęć ważyłem 60 kg. Żeby to osiągnąć, spałem po kilkanaście godzin dziennie. Obniżyłem się też o 10 cm, bo Piotrek Głowacki jest dużo niższy, a ja nie chciałem być bratem dryblasem. Co do wagi, to zawsze byłem chudy, tyle że musiałem parę razy przytyć, m.in. do serialu "Usta usta". Dlatego dziwi mnie, kiedy ktoś mówi, że Mecwaldowski schudł. Teraz z kolei przytyję, bo w przyszłym roku muszę ważyć do filmu 90 kg. Będę cały wytatuowany, z łysą głową i ogromną brodą - i pewnie będą mówić: "Jezus Maria, on przytył!", i zastanawiać się, jak uda mi się schudnąć. Cóż, drodzy państwo, taki mamy zawód, że raz wyglądamy tak, a raz inaczej.

Zawsze jesteś gotów poświęcić swoją fizjonomię, a nawet fizjologię dla roli?
Uważam, że moim obowiązkiem jako aktora jest to, żeby każda postać była inna, żeby to za każdym razem był nowy człowiek, zupełnie inny niż ja. Nie rozumiem ludzi, którzy zajmują się tym zawodem i w każdym filmie wyglądają tak samo. Ktoś chyba wymyślił ten zawód w trochę inny sposób. Kiedyś aktorzy zakładali różne maski, przebierali się. Później Stanisławski wprowadził metody, które absolutnie popieram. Bo moim narzędziem jest nie tylko to, że inaczej powiem tekst, ale też moje ciało. Lubię mieć ten komfort, kiedy na przygotowania jest dużo czasu - i można zmienić wizerunek. Kiedyś mieszkałem przez dwa tygodnie w psychiatryku, dwa dni siedziałem w więzieniu. Próbuję różnych rzeczy, choć są pewne granice, których nie wolno przekraczać. Ale mnie to jara, kocham ten zawód. Fascynujący jest moment, w którym dostajesz scenariusz i stwarzasz człowieka. To jest ta magia kina. Bywa ciężko, ale potem wiesz, że zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy, żeby dać widzom frajdę oglądania. Ja zawsze staram się dać z siebie jak najwięcej.

Podczas tych przygotowań udało Ci się nawiązać kontakt z autystycznymi osobami, które przecież prawie w ogóle nie komunikują się werbalnie? Jest coś, czego my, zdrowi, możemy się od nich nauczyć?
Wielu rzeczy. Oni żyją najprościej, jak się da, i wymagają od innych, żeby byli naturalni, szczerzy. I jeżeli przez parę miesięcy przebywasz z ludźmi, którzy nie mówią, nie używają słów - ale cię zaakceptują, to po jakimś czasie zaczynają rozmawiać z tobą przez myśli. Przykład? Siedzę z autystycznym człowiekiem w jednym pomieszczeniu i myślę sobie w głowie - nic nie mówiąc - "Ciekaw jestem, jak ty słuchasz muzyki, jak się wtedy zachowujesz". I nagle on wstaje, bierze mnie i swojego ojca za rękę, prowadzi do pokoju i pokazuje, żeby włączyć magnetofon. Ojciec włącza jego ulubiony Maanam, on wyprasza ojca, sadza mnie na kanapie, sam siada koło głośnika - i pokazuje mi, jak słucha muzyki. Ciągle przeżywałem takie sytuacje. To fascynujące: rozmawiasz z ludźmi, nie używając słów. Odkryłem też coś, co nazwałem - można mnie brać za wariata - drugą głową.

Co masz na myśli?
Drugą głowę, którą nazywamy intuicją, przeczuciem. Poczułem, jak ważny jest ten łeb w środku, w klatce piersiowej. Często myślimy, że możemy funkcjonować tylko rozumem - głową. I tylko głowa nam powie, co mamy zrobić, żeby było dobrze. Gówno prawda. Tak naprawdę warto słuchać siebie, ale nie we łbie - który mamy zaprzątnięty tym, co dookoła - tylko tym, co jest w nas i co dyktuje nam, jak powinniśmy żyć.

Rolę przyjąłeś bez wahania? Z jednej strony zagrać osobę z autyzmem to duże wyzwanie aktorskie, z drugiej - trudno o realną konsultację z chorymi i ich weryfikację pracy po premierze filmu.
To prawda, ale chcę Piotrusiowi - autyście, z którym spędziłem dużo czasu, moim kumplem - puścić ten film. Wiem, że będzie wtedy krążył po pokoju, a nie siedział i patrzył w ekran. Ale wiem też, że będzie słyszał. Gdybym miał pokazać to, co widziałem, to, jak niektóre osoby zachowują się od kilkudziesięciu lat, ekran by tego nie wytrzymał. I ktoś powiedziałby, że przegiąłem. Ale choroba nie ma granic. To było cholernie trudne - znaleźć człowieka, który będzie wiarygodny, a pochodzi z innego wymiaru.

Równie trudno wychodziło się z tej roli?
Do tej pory z niej wychodzę i czasem jeszcze łapię się na tym Tomku. Czasami chodzę po domu i nagle zauważam, że patrzę w jeden punkt, skoncentrowany na nim. Jestem trzeźwy, a kompletnie odpływam. Tuż po filmie, kiedy widziałem ludzi chorych na autyzm, automatycznie płakałem - jakby ktoś mi włączył guzik z napisem "łzy". Wciąż nie jestem też gotowy na to, żeby odwiedzić Piotrusia - bo po prostu bym pękł. Podczas pracy nad tą rolą poznałem swoją granicę, której w przyszłości nie powinienem przekroczyć.

A co sądzisz o pojawiających się po "Dziewczynie z szafy" głosach, że "Mecwaldowski w końcu zrobił użytek ze swojego aktorstwa i pokazał talent dramatyczny"?
Większość moich ról to role dramatyczne. Mam ten komfort, że wybieram sobie takie role, jakie mnie interesują - i przeważnie nie są to komedie. Podobno jednak trudniej jest rozśmieszyć niż wzruszyć, więc cieszę się, że udaje mi się czasami i jedno, i drugie.

Twój wizerunek utrwaliły jednak komedie, często krytykowane. Dobrej prasy nie miał np. film "Last Minute", pokazywany tuż przed "Dziewczyną z szafy".
To był zupełnie inny film. I gdyby wyglądał jak paradokument - jak to było planowane - na pewno byłby lepszy. Choć ja nigdy ani recenzjami, ani krytyką się nie przejmuję, bo w Polsce najczęściej zajmują się tym ludzie, którzy mają kompleksy. I chcą tylko "jechać" po filmie, mówić, że znowu się nie udało. Kiedy byliśmy niedawno z "Dziewczyną z szafy" na festiwalu w Karlowych Warach, okazało się, że Czesi wcale tak nie rozjeżdżają swoich filmów - tylko po prostu cieszą się, że one powstają. I może dlatego kręci się tam więcej filmów i więcej osób chodzi do kina. Zresztą wydaje mi się, że najważniejsza, ważniejsza niż nagrody, jest ocena widzów. I dlatego bardzo się cieszę, że mimo że "Dziewczyna z szafy" nie zdobyła żadnej nagrody w Karlowych Warach, była w dziesiątce najlepszych filmów festiwalu według widzów.

Nie żałujesz pewnych wyborów komediowo-serialowych?
Nie żałuję żadnej roli, którą zagrałem i którą sam świadomie wybrałem, bo każda mi coś dała. Cieszę się, że w ogóle mogę pracować - od 13 lat robię to prawie non stop: gram w filmach, serialach, spektaklach. I dziękuję Panu Bogu i ludziom, że we mnie wierzą i dają mi możliwość pracy. Nie chcę jedynie wchodzić w seriale, które mają kilkaset odcinków, bo nie chcę klepać ciągle tego samego, kosztem innych projektów i rozwoju. Ale na krótsze się nie zamykam. Teraz np. będę grał ordynatora w "Lekarzach". Bardzo się z tego cieszę, bo mam czas na przygotowanie się do roli. Będę przy operacjach, poznając tajniki zawodu, o którym nic nie wiem i którym nigdy się nie interesowałem.

Uważasz więc, że nawet praca przy czymś słabszym może rozwijać aktorsko?

Jeżeli czytam scenariusz i widzę, że w całości jest średni, ale podoba mi się rola i czuję, że chcę ją zagrać, to ją biorę. Bo ja jako aktor i tak nie mam wpływu na cały film. Mogę odpowiadać tylko za swoją pracę. Wiele razy zdarzyło mi się, że film miał być super, a po montażu wychodziło zupełnie inaczej. Kiedy dostaję scenariusz, zawsze patrzę więc na to, co mam do roboty: czy ta rola mnie rozwinie, czy da mi możliwość poznania siebie i zawodu lub pracy ze świetnymi reżyserami. A za takiego uważam np. Patryka Vegę. Filmy wychodzą mu różnie, ale praca z nim to dla mnie wielki zaszczyt. Bo ten facet uczy mnie zawodu. Przy nim czujesz, że to nie są przelewki i musisz dać z siebie sto procent, bo on widzi wszystko - np. jeżeli skłamiesz albo myślisz w trakcie sceny o czymś innym.

Na dużym ekranie debiutowałeś w "Dniu świra" u Marka Koterskiego.

Tak, grałem piłkarza dymającego w pupę kolegę, który strzelił gola. Ale tak to wykadrowano, że w ogóle nie widać mojej głowy. Uciekłem wtedy ze szkoły - bo gdybym miał z tym pójść do dziekana, to średnio to widzę... Na plan "Pianisty" Polańskiego też uciekłem. Warto było być dwa dni na takim planie i widzieć geniusza przy pracy. A później siedzieć w kinie i usłyszeć i widzieć siebie przez ułamek sekundy.

Wrażliwość i kino Koterskiego są Ci bliskie.
Tak, jego kino i postrzeganie świata jest mi bardzo bliskie, bo przede wszystkim to jest twórca, który mówi swoim językiem - a nie przerobionym przez kogoś po to, żeby to dotarło do określonego widza. Koterski umie pokazać nas, Polaków. I tylko niektórzy potrafią się z tego śmiać trochę dłużej niż w kinie. Zazwyczaj jest bowiem tak, że śmiejemy się w kinie, a później, jak zdajemy sobie sprawę, że to film o nas, to już nie jest tak śmiesznie. Bardzo bliska jest mi postać Miauczyńskiego - nie ukrywam, że prywatnie też jestem trochę Adasiem Miauczyńskim. Zresztą gdy rozmawiałem o tym kiedyś z Markiem w pociągu, powiedział mi: "Wojtuś, nas są miliony". Ale na pewno nie mam takiego doła jak Adaś. Z Adasia mam pewne natręctwa, ale mój umysł jest otwarty i uśmiechnięty. Myślę raczej, że wszystko będzie OK, a nie, że ja pier... (śmiech).

W duchu Koterskiego myślisz też o Polsce, o której mówisz z miłością, ale i krytycyzmem?
Kocham Polskę, ale widzę po prostu, że dzieją się różne rzeczy, które ją psują. Nie chcę się mieszać w politykę i wnikać w szczegóły, bo to nie mój biznes. Ale z boku widzę, że, mogłoby być lepiej, gdybyśmy szli do przodu, a nie do tyłu.

U Ciebie to myślenie do przodu dotyczy teraz reżyserii?
Tak. Chciałbym spełniać marzenia filmowców - dzięki cze-mu spełnią się też może marzenia widzów. Bo jeżeli otoczę się ekipą i zapewnię jej czas i dobre warunki pracy, to spełnię ich marzenia. A jeżeli ktoś pracuje przy swoim największym marzeniu, to wkłada w to dużo serca i radości. I trudno, żeby coś wyszło źle. Jako współproducent zbieram więc teraz ekipę do filmu na podstawie książki "Houston, mamy problem" Katarzyny Grocholi. Sam mam zaś dwa reżyserskie projekty w głowie.

Twoje aktorstwo jest organiczne, intuicyjne? Mówisz, że starasz się nie przeciążać literaturą, teorią - wolisz łapać doświadczenia.
Przede wszystkim staram się smakować życie, a nie o nim czytać. Bo wydaje mi się, że przez zarzucanie się książkami o tym, jak żyć, ludzie wariują. Oczywiście wiąże nas mnóstwo rzeczy, które są podobne, ale nikt nie może ci powiedzieć, jak masz żyć, bo nie siedzi w twojej głowie.

I brak podbudowy teoretycznej nigdy nie przeszkadzał Ci w uprawianiu aktorstwa, ale też malarstwa i fotografii?
O czym mam czytać? Jak się rozpłakać, jak zagrać psychopatę? Ja się uczę na sobie. Testuję na swoim umyśle, ciele. Przede wszystkim słucham siebie.

Mówisz też, że zapędziłeś się w kozi róg i przyszedł czas na zatrzymanie się.

Przez 12 lat pracowałem nonstop. Moja najdłuższa przerwa bez pracy to dwa tygodnie. W pewnym momencie zauważyłem, że wszyscy, których pytam, co u nich, opowiadają mi o pracy: co robią albo co zrobią. Po tym "Tomku" odizolowałem się też od ludzi. Konieczny był więc dla mnie wylot na chwilę z kraju, opuszczenie go na półtora miesiąca, żeby pobyć samemu. I wówczas zauważyłem, że choć mówiłem wcześniej o tym, że życie jest ważne, ważniejsze niż praca, to tego nie kultywowałem, tylko bez przerwy pracowałem. Dopiero teraz się do tego stosuję.

Twierdzisz, że Twoją motywacją do zostania aktorem była chęć dawania ludziom radości, rozśmieszania ich. Nie drażni Cię jednak oczekiwanie, żebyś w każdej sytuacji był tym wesołkiem?
Nikt tego ode mnie nie wymaga. Nie robię niczego, co mnie nie interesuje. Nie płynę w łódce z napisem "aktor" do kuchni, do łazienki, na parkiet, do lodówki - jak inni. Kiedy robisz to wszystko, przestajesz być wiarygodny.

Przy tej intensywności pracy i sporym dorobku czujesz się już pewnie w polskim kinie?
Ja jeszcze nic nie umiem! Mówię całkowicie szczerze. Jestem na początku drogi i z każdą rolą zdaję sobie sprawę z tego, że to jest zawód, który ma ogromną przestrzeń, jaką muszę pojąć, żeby go dobrze wykonywać. Zawsze powtarzam, że jeżeli Anthony Hopkins - starszy pan, który wiele zagrał - powiedział, że nie chce oglądać swoich filmów, bo widzi własne błędy, i że ma nadzieję, że kiedyś ten zawód opanuje, to ja, w wieku 33 lat, jeszcze nic o tym nie wiem.
m.mindykowski@prasa.gda.pl

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie