Wigilia u wielodzietnych to naprawdę duże święto

Łukasz Kłos
Kartki świąteczne zawsze robione są ręcznie. Co roku jest ich co najmniej kilkanaście. Drapellowie wysyłają je później do rodziny i przyjaciół. Wśród motywów królują wszelkie bombkopodobne, gwiazdopodobne i choinkopodobne twory. Najdojrzalsze wychodzą spod ręki ośmioletniego Stasia
Kartki świąteczne zawsze robione są ręcznie. Co roku jest ich co najmniej kilkanaście. Drapellowie wysyłają je później do rodziny i przyjaciół. Wśród motywów królują wszelkie bombkopodobne, gwiazdopodobne i choinkopodobne twory. Najdojrzalsze wychodzą spod ręki ośmioletniego Stasia Przemek Świderski
Szczególny okres świąt Bożego Narodzenia to dla rodzin wielodzietnych czas zwielokrotnionych wysiłków. Bo jedna waza barszczu nie starczy, bo zamiast połowy karpia potrzebne są cztery. Ale święta w rodzinach „maxi size” to także czas zwielokrotnionych doznań. - Nasze święta są zwykłe, ale miłości jest jakby więcej - mówią wielodzietni. I tym bogactwem miłości dzielą się z potrzebującymi.

Dla małych Drapellów z Gdańska znakiem nadchodzących świąt bywają wieczorne ćwiczenia kolęd. Chłopcy - w wieku od dwóch lat do ośmiu - świąteczną płytę potrafią puścić i w środku lata. Ale od przełomu listopada i grudnia rodzice przestają krzywo patrzeć na podobne pomysły. Grudniowymi wieczorami wszyscy śpiewają „Wśród nocnej ciszy” lub „Cichą noc”. Wspólnie też przygotowują ozdoby choinkowe, świąteczne kartki i wypiekają pierniczki wieszane później na choince.

Kartki świąteczne zawsze robione są ręcznie. Co roku jest ich co najmniej kilkanaście. Drapellowie wysyłają je później do rodziny i przyjaciół. Wśród motywów królują wszelkie bombkopodobne, gwiazdopodobne i choinkopodobne twory. Najdojrzalsze wychodzą spod ręki ośmioletniego Stasia. Ambicja każe mu dopracować każdy ich szczegół. Za to najmniejszego Łukasza cechuje - właściwy dwulatkowi - duży dystans do własnych dzieł, bez względu na technikę lub formę. Co prawda choinki nie wytnie, ale zawsze narysuje coś, co można nią nazwać, choćby to był tylko ślad zielonej kredki. Czteroletni Piotruś z talentem do wycinanek woli za to doskonalić się w wypiekaniu świątecznych pierniczków. Choć ta akurat czynność cieszy się dużym zainteresowaniem wszystkich czworga małych Drapellów. Powód jest prosty - pierniczki można podjadać. Średnio po trzy z każdego podejścia, a tych w okresie adwentowym jest co najmniej dwa, a bywa że i kilka.

Większej cierpliwości do prac ręcznych nie wykazuje za to sześcioletni Wojtuś, który mimo to doskonale radzi sobie z powierzonymi zadaniami - najzwyczajniej w świecie je podzleca. Ostatnio jego talent do biznesu objawił się w bardzo zaawansowanej formie. Tuż przed adwentem sześciolatek postanowił dorobić sobie na zimowisko. Otworzył produkcję ozdób świątecznych. W ofercie znalazły się stroiki na drzwi i okna, zabawki choinkowe oraz łańcuchy.

- Zasugerowałem mu, że zanim zacznie produkcję, to warto zapytać klientów, czego im potrzeba. Zrobić badanie rynku - wspomina Bolek, multiprzedsiębiorca rozwijający w ostatnim czasie internetowy system rezerwacji hoteli oraz aplikację pomocną w podróży samolotem. - Przeszedł się więc po czterdziestu siedmiu sąsiadach i wrócił nie tylko z wynikami badania rynku (zero popytu na łańcuchy choinkowe, głównie stroiki na drzwi i okna), ale też... z kompletem dwudziestu zamówień. Stwierdził, że nie będzie dwa razy chodził, bo szkoda czasu.

Przy okazji przerobił też w praktyce technikę upsellingu, proponując klientom dodatkową ozdobę w promocji do już zamówionej. Przez weekend produkował zamówienia z najętym Piotrusiem, a zebraną kwotę powierzył Stasiowi do przeliczenia, bo sam nie opanował jeszcze rachunków. Po podsumowaniu w skarbonce wylądowało 91,27 zł, 2,03 euro, 3 korony czeskie i jeden żeton niewiadomego zastosowania.

Kakao po roratach

Kamila z podkwidzyńskich Sadlinek przygotowania do świąt rozpisuje na kilka tygodni wcześniej. Musi, bo przy piątce dzieci i zapracowanym mężu nie sposób byłoby zostawić wszystko na ostatnią chwilę. Tym bardziej że i dla Przemka nie jest to łatwy okres. Jako nauczyciel muzyki przygotowuje szkolne kolędowania, prowadzi zespół, a po godzinach dorabia w kościele jako organista. A jeszcze jak dorzucić do tego organizację Wojewódzkiego Festiwalu Kolęd i Pastorałek, który od lat odbywa się w Sadlinkach, to rodzinna organizacja dodatkowo się komplikuje.

Dlatego prezenty zamawiają przez internet, by nie marnować czasu na wyprawy do powiatowego Kwidzyna, objazdy po sklepach. Ponadto w zamrażalniku już czeka ze czterdzieści bożonarodzeniowych gołąbków i niemal drugie tyle zrazów, a do tego pierogi przygotowane wcześniej z pomocą mamy Kamili.

- Bez jej wsparcia to wszystko by się nie udało. Zawsze też mogę liczyć na ciocie. Wiem, że w każdej chwili mogę zwrócić się o pomoc, choćby po to, by podrzucić dzieci do opieki - podkreśla Kamila.

Szczególny okres przedświąteczny u Budysiów zawsze wiąże się z roratami. Cała siódemka - Kamila, Przemek i piątka dzieci - na czele z najstarszym, jedenastoletnim Filipem - skoro świt wsiada do auta i jedzie do odległego o dziesięć kilometrów Kwidzyna, gdzie w parafii franciszkanów organizowane jest poranne nabożeństwo. Wysiłek jest - przyznają - ale dzieci wstają bez marudzenia. Roraty są dla najmłodszych dużym przeżyciem, ale rodzice przyznają też, że pomaga dobra organizacja. Dzień wcześniej wieczorem do samochodu pakowane są szkolne plecaki z przygotowanymi kanapkami oraz lampiony. Później ich zapalanie w ciemnym kościele daje dzieciakom niesamowitą frajdę. Frajda jest też po roratach, bo grupa kobiet z parafii zawsze szykuje w klasztorze proste śniadanie, na które wszystkich zaprasza. Jest kakao i świeże, słodkie bułki, na które dzieci czekają całe nabożeństwo.

Jezusek z dinozaurem
Przygotowania do świąt u Konczalów z Gdańska także zaczynają się równo z początkiem adwentu. Najstarsi, ponaddwudziestoletni synowie, wyprowadzili się już z domu na swoje, ale pod skrzydłami rodziców pozostaje jeszcze szóstka młodszych dzieci - synów i córek w wieku od czterech do osiemnastu lat. Także Konczalowie rodzinnie uczęszczają na roraty. Choć im dzieci starsze, tym z porannym wstawaniem bywa trudniej. Tradycją miejscowej parafii jest, że na zakończenie cyklu adwentowych nabożeństw wręczane są figurki aniołów. Dzieci Konczalów wręczają je później mamie Aleksandrze, a ta zapewnia, że to najpiękniejszy prezent świąteczny: - Bo wystarany i wychodzony.

Od kilkunastu dni cały dom jest przyozdobiony rękodziełami córek i synów. Na ścianach wianuszki, choinki i aniołki. Jest też adwentowy wieniec z papieru powieszony nad kominkiem. W każdą niedzielę najmłodsze w rodzinie doklejają kolejną świecę z płomyczkiem.

- Staramy się co roku zmieniać aranżację - przyznaje Ola. - W zeszłym roku mieliśmy pustą szopkę ze żłóbkiem. Codziennie dzieci doklejały bądź dokładały kolejne zwierzątko lub postać.

Jedne zrobiły aniołka, inne dołożyły pastuszków, Maryję i Józefa. Menażeria wykonana przez dzieci także była bogata. Jednego dnia w szopce obok bydlątek pojawił się nawet dinozaur. Najmłodszy tak sobie umyślił i tak zostało do Wigilii, kiedy to do żłóbka dołożony został Jezusek.

Kolędniczy autobus

- Najwięcej świąt pamiętam z dzieciństwa. Zawsze wydawały mi się one niesamowicie intensywne - przyznaje Marcin Steczkowski ze sławnej rodziny muzyków. - Kiedy spadł już pierwszy śnieg i zbliżał się grudzień, to wiadomym było, że będziemy kolędować.

I właśnie przygotowania do koncertów i później samo kolędowanie powodowały że atmosfera świąt wydłużała się i trwała od końca listopada jeszcze długo po Bożym Narodzeniu. Ale też sama mama Danuta do przedświątecznych prac zabierała się wcześniej, bo przy wigilijnym stole zasiadała nie tylko jedenastoosobowa rodzina Steczkowskich, ale też przyjaciele domu i krewni. Łącznie około trzydziestu osób. Kuchnia zawsze była domeną pani Steczkowskiej, ale polecenia rozdzielane były po całej dziatwie.

- Wszyscy się krzątali, tylko czasem w naszych dzieciaków krzątaniu więcej było pozorów niż rzeczywistego działania. Szczególnie starsi, gdy już mieli prawo jazdy, to co rusz coś ważnego musieli poza domem załatwić - wspomina Marcin.

Bywało też jednak nieraz, że całe przygotowane w domu zapasy mama pakowała do autobusu, ojciec siadał za jego kierownicą i polską tradycję kolędowania Steczkowscy wywozili za granicę, na przykład do Belgii. Tam koncertowali świątecznie. Na rodzinę polskich muzyków, która z rodzimego kraju przywoziła nie tylko tradycyjne kolędy, ale też wazy barszczu z uszkami, patrzono na początku jak na „osobliwość”. Ale koncerty zawsze cieszyły się dużym zainteresowaniem.

Będąc w trasie, nocowali nieraz w autobusie. Zresztą z pojazdem wiąże się ciekawa historia. Wieść bowiem niesie, że był to pierwszy w Polsce autobus kupiony przez prywatną osobę. Stanisław Steczkowski musiał wystarać się o specjalną promesę w ministerstwie, bo na początku lat 90. bez zgody Warszawy jeszcze nie sprzedawano autobusów prywaciarzom”. Z ministerialnym glejtem senior Steczkowski udał się bezpośrednio do fabryki w Sanoku. Za autosana H9-21 zapłacił 32 miliony ówczesnych złotych, a później przerobił wnętrze kabiny, tak by rodzina mogła w nim wygodnie podróżować wraz z instrumentami i strojami.

Ale kiedy Steczkowscy spędzali święta w domu, zawsze poddawali się sile polskich tradycji świątecznych. Choinka ozdabiana była marcepanem i cukierkami długimi jak sople, których wnętrze w niejasnych okolicznościach szybko znikało. Na stole obok barszczu musiały znaleźć się niezapomniane pierogi ruskie i z kaszą gryczaną, musiał być kompot z suszonych owoców, a także karpie, co wcześniej pływały w wannie.

Kolęda na tę noc

W dzień wigilii u Budysiów zawsze jest gwarnie, bo poza rodziną i seniorem Edwardem, z którym dzielą dom, zwykle zjeżdżają się także bliscy krewni. Dzieci szaleją, dlatego dziadek w tym dniu szczególnie dba, by dzieci wyszły z domu na spacer i przewietrzyły się z nim na wspólnym spacerze. Jednak jakby rodzice nie ściskali kciuków, aby wszystko w tym dniu się udało, to i tak zawsze coś wypadnie, a dzieci, które miały być pięknie ubrane, jeszcze przed kolacją zdążą się oblać lub ubrudzić. - Przynajmniej jest później się z czego pośmiać - mówią domownicy.

W wigilijny wieczór szczególny moment związany jest z dziadkiem. Ma on bowiem w zwyczaju wygłaszać wtedy uroczystą mowę, co zawsze ma miejsce po modlitwie i lekturze ewangelii, a przed łamaniem opłatkiem.

- W ciepłych słowach zauważy, gdy któraś z rodzin się powiększy, wspomni zmarłych, doceni wizytę z dawna niewidzianych krewnych, przywoła ważne w mijającym roku wydarzenia, bądź zwyczajnie podziękuje za wspólnie spędzone chwile - dziadek zawsze jest wtedy dostojny, mówi z wdziękiem, a przy tym wprowadza taką atmosferę, że aż łzy same płyną. To podsumowanie roku jest dla nas jednym z najpiękniejszych momentów podczas wigilii.

Kolacja przebiega w pośpiechu, szczególnie wśród młodszej części biesiadników. Dzieci na wyścigi „zaliczają” kolejne potrawy, byle tylko przyspieszyć moment rozpakowywania prezentów ułożonych wcześniej pod choinką. Od kilku lat jedenastoletni Filip z dziewięcioletnią Anią po kolacji uciekają na górę i przebierają się - jedno za Świętego Mikołaja, drugie za śnieżyczkę lub aniołka - i w strojach wręczają wszystkim prezenty. Po paczkach przychodzi zaś czas na wspólne kolędowanie. Wtedy to dziadek wyciąga swoje organy, gaszone są światła, zapalone zostają tylko świece na wigilijnym wieńcu. Kulminacyjnym momentem świątecznego śpiewania jest zaś prezentacja nowej kolędy. Co roku pan Edward, muzyk z zawodu i pasji, prezentuje najbliższym nowy utwór.

- Dziadek nigdy się nie narzuca. Wyczeka moment, gdy śpiew przycichnie i zanuci pod nosem nieznaną nam kolędę. Wtedy wiemy, że właśnie przyszła chwila na przedstawienie dzieła napisanego w adwencie - opowiada Kamila.

Szczęśliwy dom

Wspólne kolędowanie ważne jest w domu Konczalów. Po śpiewach dzieciaki biegną do swoich pokojów i wracają przebrani. To znak, że zaczynają się jasełka dla rodziców. Formuła jest swobodna i nieraz odstaje od kanonicznej. Były już jasełka na wesoło, były też w scenerii Wysp Kanaryjskich. Dzieci jest tyle, że wszystkie role są zawsze obsadzone, włącznie nieraz z Jezuskiem odgrywanym przez kolejno pojawiające się w rodzinie niemowlęta - wcześniej rodzeństwo, a dziś wnuki. - To własna inicjatywa dzieciaków. My jesteśmy wyłącznie odbiorcami - śmieje się Ola.

W tym roku święta będą dla Konczalów szczególne. Liczą bowiem, że do stołu zasiądzie z nimi ciotka przebywająca w hospicjum. A ponadto zaprosili także starszą, samotną panią, której w ramach wolontariatu pomaga osiemnastoletni syn.

Wyjątkowo będzie też, bo pierwszy raz prezentów nie dostarczy legendarny Mikołaj, a… każdy z domowników przygotuje je samodzielnie. - Jak prezenty przynosił Święty Mikołaj o, wiadomo, nieograniczonym potencjale produkcyjnym, to i oczekiwania dzieci potrafiły rosnąć w miarę kolejnej fali przedświątecznych reklam - tłumaczy Aleksandra. - Wspólnie z mężem podjęliśmy taką decyzję, bo chcemy, by dzieci zrozumiały, że nie wszystko można zamówić, że każda rzecz ma swoją wartość. Chcemy, by przekonały się, że najcenniejsze podarki to te wręczone od serca.

Od kilku tygodni dzieci w tajemnicy przygotowują niespodzianki dla najbliższych. I tylko po znikającej z kuchni mące i soli lub śladach modeliny w piekarniku można domyślić się, że szykowane są małe dzieła artystyczne.

Ale świąteczny okres to dla Konczalów także czas wzmożonego zaangażowania w gdańskie Stowarzyszenie Rodzin Wielodzietnych „Szczęśliwy Dom”, którego Aleksandra jest prezesem. - Jest nas w stowarzyszeniu osiemnaście rodzin. Wzajemnie siebie wspieramy, ale też w miarę możliwości staramy się pomagać innym, potrzebującym rodzinom wielodzietnym. Sami wiemy, jaki to wysiłek mieć dużą rodzinę, a są takie, którym znacznie gorzej się wiedzie, szczególnie gdy mieszkają na wsi.

***

- W tym roku zrezygnowaliśmy z prezentów dla siebie. Paczki będą tylko dla dzieci - przyznaje Bolesław Drapella. Pomysł zrodził się z chęci wsparcia potrzebujących. W gronie dorosłych zdecydowali bowiem, że zamiast obdarowywać siebie nawzajem, w ramach „Szlachetnej Paczki” pomogą jednej z matek samotnie wychowującej dwie chore córki. Do świątecznej akcji przyłączyli się także pracownicy jednej z firm Bolesława. Wspólnymi siłami kupili żywność, środki czystości, ubrania. Starczyło nawet na nowy, porządny telewizor, bo na starym niewiele widziały ze względu na swoje obciążenia zdrowotne.

lukasz.klos@polskapress.pl

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie