reklama

Jakiekolwiek naciski z zewnątrz, także polityczne, nie robią na Smarzowskim większego wrażenia. Jest nieprzejednany, wręcz uparty

Dariusz Szreter
Pierwotnie moja książka miała opowiadać o reżyserze, a punktem wyjścia miało być pytanie: skąd w tak przyjaznym i miłym człowieku tak silne skłonności, by drastycznie przyczerniać barwy świata. Smarzowski tego nie zaakceptował. W efekcie powstała opowieść od środka, o fascynującym „teatrze marionetek”, jaki kreuje w swoich filmach - mówi Marcin Rychcik, aktor, autor książki „Kręcone siekierą. 9 seansów Smarzowskiego”.

Jako aktor filmowy zadebiutował pan w „Klerze”. To dość nietypowa forma wyrażenia wdzięczności reżyserowi - napisać o nim książkę.

(śmiech) Tak bym tego nie ujął, bo pomysł na książkę powstał znacznie wcześniej, przed zdjęciami do „Kleru”.
Jakieś dwie dekady temu miałem przyjemność przygotowywać rolę Jima Morrisona w reżyserowanym przez Arka Jakubika przedstawieniu „Jeździec burzy”. Arek zaprosił wtedy Wojtka, by na potrzeby spektaklu stworzył kilka filmików przypominających zaginione etiudy Morrisona z czasów kiedy ten studiował reżyserię.
Pamiętam, że kręciliśmy na dachu wieżowca, a potem w podziemiach teatru Rampa. Morrison wędrował przez korytarze z pochodnią, a Smarzol, jako operator kamery, podążał za nim. Wojtek zaprosił mnie wtedy na plan „Kuracji”, realizowanej dla Teatru Telewizji, gdzie zagrałem epizod.
Tematy, które poruszał w następnych swoich filmach :„Domu złym”, „Róży”, „Pod mocnym Aniołem” i sposób w jaki te historie opowiadał, nie dawały mi spokoju. Chciałem o tym świecie dowiedzieć się czegoś więcej, dlatego wprosiłem się na plan „Wołynia”, by z bliska zobaczyć jak powstaje film. Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. I już nie było odwrotu.

Czytaj także

Wołyń Wojciecha Smarzowskiego na Festiwalu Filmowym w Gdyni (zdjęcia)

To było w lubelskim skansenie?

Nie, na bocznicy kolejowej w Skierniewicach kręcono ostatnie sceny filmu z główną bohaterką i dużą grupą statystów - uchodźców z wołyńskiego piekła. Zaproszenie na plan to jedno, ale pomysł na książkę jednak niespecjalnie się Smarzowskiemu spodobał. Pierwotnie miała opowiadać o reżyserze, a punktem wyjścia miało być pytanie: skąd w tak przyjaznym i miłym człowieku, tak silne skłonności, by drastycznie przyczerniać barwy świata. Smarzowski zdecydowanie odrzucił ten pomysł. „Nazwane nie istnieje”, a to co jest tajemnicą, ma nią pozostać. Do obsady „Kleru” dołączyłem zaś po przejściu zwyczajowych dla każdego filmu procedur, czyli zdjęć próbnych. Myślę, że reżyser uznał, że taki człowiek jest mu zwyczajnie potrzebny. Wojtek raczej obsadza plakatowo, nie wbrew warunkom. Jest przy tym bardzo spostrzegawczy i potrafi przestrzelić człowieka na wylot. Po prostu dostrzegł we mnie coś, co mógłby mieć w sobie sekretarz arcybiskupa Mordowicza. I tak zaczęła się moja przygoda z „Klerem”.

Czytaj także

Czytając „Kręcone siekierą” zastanawiałem się dlaczego nie zdecydował się pan, że tak powiem, chwycić byka za rogi i odpytać samego Smarzowskiego. Teraz rozumiem, że to on nie chciał.

Rzeczywiście, nie brał udziału w powstawaniu książki. Zgodził się natomiast bym - tam, gdzie to konieczne - posiłkował się jego wypowiedziami z prasy lub spotkań autorskich. Tak, korciło mnie opowiedzenie skąd bierze początek tak silna skłonność do penetrowania ciemnych zakamarków ludzkiej natury. Myślę, że to temat na odrębne opowiadanie.

Ten temat w pańskiej książce podejmuje Marcin Świetlicki, który mówi, że życie nie jest aż tak brudne jak filmy Smarzowskiego, i że takie podejście reżysera musi wynikać z jakiejś traumy. Świetlicki jako jedyny nie sprawia też wrażenia oczarowanego Smarzowskim. Być może dlatego, że ich współpraca to był tylko epizod.

To nie jest epizodyczna postać w kinie Wojtka Smarzowskiego. Zagrał główną rolę w „Małżowinie”, jego debiutanckim filmie. Być może to była szorstka przyjaźń, ale jestem pewien, że prawdziwa. Co prawda było to tylko osiem dni zdjęciowych, ale rzeczywistość filmowa jest bardzo intensywna. Świetlicki, jak wiadomo, także ma zgoła osobne spojrzenie na sprawy tego świata.

Są aktorzy, z którymi Smarzowski pracuje niemal w każdym filmie. Czy na planie można odczuć, że jest jakiś „gang Smarzowskiego”?
Nie ma żadnej grupy, nie ma klanu, czy bandy Smarzowskiego. Oczywiście są aktorzy, którzy grają od początku w jego filmach i doskonale się w nich odnaleźli - Arek Jakubik, Marian Dziędziel czy Lech Dyblik. Wojtkowi Smarzowskiemu zależy na atmosferze planu, na ludziach, którzy naprawdę chcą razem pracować, niż choćby na najlepszych, wynajętych profesjonalistach. Przez lata reżyser stworzył własny zespół, który świetnie się rozumie. Ten spaw między nimi polega na szczerości. Nikt specjalnie nie czaruje, a każdy wie, z jakich doświadczeń ma korzystać w robocie. Dzięki temu Smarzowski daje każdemu z nich poczucie bycia współautorem filmu. Ale nie jest to hermetyczny świat, bo jednocześnie z każdym nowym filmem, dołączają nowe osoby i szybko się w nim odnajdują.

Smarzowski jako reżyser, poza tym, że charyzmatyczny i ciepły zarazem, jest...

...bezkompromisowy jeżeli chodzi o trzy sprawy: scenariusz, obsadę i montaż. W tych miejscach nie pozwala nikomu, poza oczywiście montażystą, na ingerencje. Jakiekolwiek naciski z zewnątrz, także polityczne, nie zrobią na nim większego wrażenia. Jest nieprzejednany, wręcz uparty - musi być tak, jak on chce. Ja też tego doświadczyłem. Miałem fajną kwestię i długo czekałem na ten moment, ale w trakcie próby wystarczyło jedno zdanie Wojtka: „Nie gniewaj się, ale nie ma cię w tej scenie”, i wszystkie moje zamierzenia runęły w gruzach. Konsekwentnie trzyma się założeń, więc historia, którą opowiada gdzieś tam wyświetla mu się w głowie a w czasie zdjęć i potem w montażu nabiera realnych kształtów.

Czytaj także

Czy któryś z pana rozmówców, poza Świetlickim, zburzył obraz Smarzowskiego z jakim przystępował pan do pracy nad książką? Ktoś pana szczególnie zaskoczył?

Nie nosiłem w sobie żadnego obrazu reżysera, za to spokoju nie dawały mi sceny z jego filmów. W czasie kilkuletnich spotkań z ich współtwórcami, usłyszałem i zapisałem wiele wspaniałych opowieści. Arek Jakubik, czytając scenariusz „Domu złego”, nie wiedział jeszcze, że będzie grać Środonia. A jednak już wtedy reagował bardzo emocjonalnie i zaprotestował wobec przypisania tej postaci najgorszych, morderczych intencji. Aktor miał pewien wpływ na rozwój wypadków w życiu swojego bohatera. Kilka scen kręcono wariantowo, grał go podwójnie - raz na ministranta, raz na bestię. Według niego, Środoń nie był mordercą, człowiekiem na wskroś złym, ale kimś, kto w przypływie ekstremalnych emocji dopuścił się pewnego rodzaju zdziczenia. Jedno ujęcie, w którym trzyma siekierę, decyduje, czy chciał zabić Dziabasów. W pierwszych układkach montażowych trwało dłużej, w ostatecznej wersji filmu jest mega krótkie. Z okruchów zeznań, wspomnień, wracających obrazów i kłamstw, widz sam musi ułożyć spójną narrację i odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań. Bo - jak mówi Szymborska - „Wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono”. O tym też jest „Dom zły”.

Czytaj także

Czy jakieś inne historie zasłyszane od aktorów czy ekipy zapadły panu w pamięć?

Fascynująca jest relacja Kingi Preis z kręcenia sceny bójki z Dziabasem - Marianem Dziędzielem, w błocie i deszczu. Opowiedziana tak sugestywnie, że przez chwilę my także możemy poczuć ektremalne emocje, których aktorka doświadczyła na planie. Historie Róży i Tadeusza, wykraczające często poza scenariusz filmu, które opowiedzieli mi Agata Kulesza i Marcin Dorociński, to doskonała ilustracja jakie pokłady wrażliwości, a czasem wiedzy czysto technicznej trzeba uruchomić w sobie, by naprawdę stać się postacią. Z kolej w rozdziale, dotyczącym ekranizacji powieści „Pod mocnym Aniołem”, równolegle z wątkiem głównej postaci Jerzego - Roberta Więckiewicza - idzie w książce autentyczna, nie mniej przerażająca historia z życia, którą opowiedział mi Lech Dyblik.

Czytaj także

Wróćmy do „Kleru”. Czy dobrze zrozumiałem: aktor grający młodego księdza, któremu Mordowicz kazał przygrywać na akordeonie podczas swoich libacji, to autentyczny ksiądz „Aktimelek” z Gdańska, opisany kilka lat temu przez tygodnik „Wprost”?

Ja tak napisałem?

„Najmłodszy był ksiądz Aktimel (...), świeżo wyświęcony kapłan, ale już po upokarzających przygodach w gdańskiej kurii”.

Ciekawe, prawda? Według mojej wiedzy, księża przedstawieni w filmie nie mieli swoich odpowiedników w rzeczywistości, choć do pewnego stopnia byli zlepkiem prawdziwych historii. Czy postać kreowana przez Janusza Gajosa miała swój pierwowzór, nie jestem w stanie rozstrzygnąć, choć reżyser opowiadał nam pewne inspirujące, a czasami zabawne historie.

Czytaj także

Podobno po premierze „Kleru” prezydent Adamowicz zagadnął o to abp. Głódzia wprost i usłyszał w odpowiedzi: „Nie każdy może o sobie powiedzieć, że grał go Janusz Gajos”.

(śmiech) Rok po premierze filmu wiemy już, że wątki które poruszał, nie były wymyślone przez scenarzystów, ponieważ przez cały ten czas media niemal każdego dnia informowały nas o kolejnych arcyciekawych wydarzeniach, które miały miejsce w polskim Kościele. To przykład na to, że nie mają racji ci, którzy zarzucają Wojtkowi Smarzowskiemu tworzenie nieprawdziwego obrazu świata. Bywa on bardziej brutalny i groteskowy niż ten, który widzimy na ekranie.

"Kler" idzie na rekord. Zobaczyło go już ponad 4,4 mln widzó...

„Kręcone siekierą” - taki jest tytuł pańskiej książki. Siekiera jest na jej okładce i siekiery bardzo często pojawiają się w opisanych tam filmach. A teraz jeszcze czytam, że Smarzowski ma kolekcję ponad 150 egzemplarzy. Widział je pan?

Siekiera jest według mnie rozpoznawalnym znakiem tego kina. Wojtek Smarzowski ma w domu porządną ich kolekcję i czasem o nich opowiada. W jego filmach jest ona nie tylko narzędziem zbrodni, jej powtarzający się motyw może być znakiem niejednoznaczności przedstawionego świata, jego pęknięcia, zamazania prawdy. A w „Domu złym” symbolem rozszczepienia pamięci. W filmach najczęściej grają jednak siekiery butaforskie.

Butaforskie?

Rekwizyty imitujące te prawdziwe narzędzia. Są lekkie, wykonane z materii plastycznej, jako kopie tych oryginalnych z kolekcji Smarzowskiego. W latach 80. i 90. zachłysnęliśmy się światem zachodnim. Miało to też swój wyraz w kinie, także kryminalnym. Tymczasem u nas te zbrodnie wyglądały inaczej, niż w hollywoodzkich produkcjach. Ktoś kogoś pchnął nożem, uderzył pogrzebaczem, siekierą. Smarzowski nie chciał naśladować tamtego świata. Opowiada rzeczywistość, którą przez całe życie obserwował. Te jego pierwsze historie, mają kryminalne podłoże, do których dobudował kolejne piętra znaczeń. Każdy z nas może wyczytać z nich nieco więcej.

Można też powiedzieć, że wzorem Hitchcocka, który zawsze się pokazywał na moment w swoich filmach, Smarzowski pokazuje w nich swoje siekiery.

Ale nie tylko, bo on też pojawia się w każdym swoim filmie. Tyle że są to mikroujęcia, czasem dwusekundowe, które trudno wyłapać. Wzorem nie jest jednak Hitchcock a zamierzenie twórcy. Tak jak malarze całe życie malują jeden tylko obraz a poeci piszą jeden wiersz, Smarzowski stale porusza się wokół tematów, których nie jest w stanie rozwikłać i opowiedzieć do końca. Próbuje ich tylko dotknąć. Także wszyscy twórcy, którzy opowiedzieli mi zakulisowy świat jego kina, przy każdym kolejnym projekcie, ciągle grają te same postacie. Jak w teatrze marionetek. I właśnie ten ich teatr, tak mnie zafascynował.

Jakiekolwiek naciski z zewnątrz, także polityczne, nie robią...

MuzoTok: Zuza Jabłońska

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie