Człowiek nie z tego wieku. Wspominamy Krzysztofa Wójcickiego

    Człowiek nie z tego wieku. Wspominamy Krzysztofa Wójcickiego

    Grażyna Antoniewicz

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Choć urodzony w Poznaniu, najmocniej związany był z Gdynią, o której pisał, i w której życiu kulturalnym aktywnie uczestniczył
    1/3

    Przejdź do
    galerii zdjęć

    ©fot. mat. prywatne

    Pisał o księdzu Jastaku, profesorze Mokwie, Helenie Modrzejewskiej, grafie von Krockow, który w jego powieści, już jako nieboszczyk, powraca do kaszubskiego heimatu. Krzysztofa Wójcickiego wspomina Grażyna Antoniewicz
    Heleną Modrzejewską interesował się od czasów studenckich.
    - Przywoził zza Oceanu na seminarium doktoranckie trzy włosy Heleny Modrzejewskiej, bo miał idee fixe, żeby zrobić badania DNA i udowodnić, że ojcem aktorki mógł być hrabia Sanguszko. Prawdę mówiąc, tę akurat pasję traktowałem powściągliwie - mówi profesor Jan Ciechowicz. - Miał też taki pomysł, żeby napisać pięć odcinków filmu o Modrzejewskiej w Ameryce, ale jak daleko doszedł, nie wiem.

    Liliowi chłopcy i pies


    Z jednej ze swoich licznych wypraw do Kalifornii Wójcicki przywiózł do Polski baśń Heleny Modrzejewskiej pt. "Titi, Nunu i Klembolo, czyli przygody dwóch liliowych chłopczyków i psa o sześciu nogach". Aktorka dedykowała ją ukochanemu wnukowi Feliksowi. Pięknie oprawiony w brokatowy materiał rękopis wraz z fantazyjnymi ilustracjami sprezentowała Feliksowi na Boże Narodzenie.

    Pisała: "Mój drogi wnuczku! To, co Ci opowiem stało się w dziwnej krainie, gdzie drzewa są czerwone, fiołkowe lub żółte, niebo złote lub bladozielone, a strumienie mają w sobie blaski ametystu".

    - Gdy Modrzejewska tworzyła swoją baśń, miała już trójkę wnuków: Feliksa, Marylkę i Karola. Toteż przygody bohaterów rozgrywają się między dwoma braćmi i ich siostrzyczką. Imiona, realia czasu i miejsca są pozmieniane. "Ślady" kalifornijskie są jednak wyraźne - dzika przyroda, bogactwo natury, obfitość słońca, także kolorów skóry. Od tego wszystko się zaczyna. Akcja bowiem rozgrywa się w dziwnej krainie, w której dzieci, na ogół różowe, gdy coś przeskrobią, natychmiast zmieniają skórę na fioletową. Tak też zdarzyło się chłopcom z opowieści Modrzejewskiej. Niechcący zabili motyla. No i nieszczęście gotowe - opowiadał Krzysztof.

    Polskie dzieci usłyszały tę baśń w wigilijny wieczór na antenie polskiego radia, w 2004 roku. Słuchowisko reżyserował Janusz Kukuła.

    - W jakimś sensie spełnienie dramaturgiczne Krzysztof znalazł w Teatrze Polskiego Radia. Zrealizowałem jego cztery słuchowiska. Ostatnio "Wypożyczalnię ludzi" - znakomitą rzecz, najlepszą, jaką napisał. Krzysztof dawał mi wolną rękę, ale zawsze było dużo pracy, bo pisał obszerne teksty, więc musiałem je skracać z uwagi na wymogi czasowe, ale Krzysztof nigdy się nie gniewał, nie denerwował. Potem pisał piękne maile z podziękowaniami. To był człowiek o wielkiej delikatności i czułości dla ludzi. Myślę, że był trochę zagubiony we współczesności, on nie był z dwudziestego pierwszego wieku, raczej z dziewiętnastego - epoki swojej ukochanej aktorki Heleny Modrzejewskiej.

    Max Von Sydow wraca do Krokowej


    Ostatnia powieść Krzysztofa Wójcickiego "Mój przyjaciel trup" zainteresowała filmowców.
    - Byłem właśnie w Kalifornii, gdzie od lat szukam śladów Heleny Modrzejewskiej, aż tu nagle zadzwonił telefon z Polski - opowiadał. - Nieznajomy przestawił się: "Nazywam się Witold Adamek" i powiedział: "Nie umrę, póki nie zrobię filmu, według pana powieści »Mój przyjaciel trup«".

    - Nasza znajomość zaczęła się od książki, którą znalazłem w księgarni - wspomina Witold Adamek, znany operator i reżyser. - Powieść mnie skusiła, ponieważ jako mały chłopiec jeździłem na wakacje do Karwi, a stamtąd chodziłem piechotą do Krokowej i oglądałem upadek pałacu. Gdy natrafiłem na powieść, która była opisem dziejów rodziny von Krockow skontaktowałem się z Krzysztofem.

    Przed dwa lata panowie spotykali się na Wybrzeżu lub w warszawskim hotelu Victoria.
    - Pracowaliśmy w Zielonym barku (dziś już nie istniejącym) - opowiadał reżyser. - To były twórcze spotkania, Krzysztof okazał się niebywałym erudytą, ze znajomością wszystkich faktów historycznych. Pisaliśmy scenariusz, a w zasadzie on pisał, ja w jakimś sensie uczestniczyłem tylko w tych rozmowach. Jego książka jest interesująca, ale trudna do adaptacji filmowej, to materiał na serial. Na pewno scenariusz będzie jeszcze podlegał modyfikacjom - zapewnia Witold Adamek.

    Krzysztof Wójcicki początkowo marzył, żeby hrabiego zagrał Adam Hanuszkiewicz, rozmawiali o tym wielokrotnie.
    - Pan Adam machał ręką, odmawiał - opowiadał pisarz. - Wiadomo, że był już daleko, oddalony od polskiej rzeczywistości artystycznej, zbliżał się bardziej do tej niebiańskiej. Żadna inna go już nie pociągała. Ostatecznie postanowiłem, że dobrze by było, gdyby hrabiego Albrechta von Krockow zagrał Max von Sydow.

    - To rzeczywiście bardzo dobry pomysł - uważa Witold Adamek. - Niezależnie od tego, że jest to światowej sławy aktor, swoją wizualnością pasuje jak ulał do wizerunku hrabiego. Mam nadzieję, że film powstanie. Jesteśmy bliżej niż dalej, trwają różne rozmowy, to nie będzie film tani, więc trudno określić termin, kiedy trafi do kin.

    Tydzień temu Krzysztof Wójcicki zadzwonił do Witolda Adamka z Los Angeles, opowiadając, że pisze książkę o Gdyni.
    - Jeszcze wymieniliśmy szereg uwag na temat scenariusza, umawialiśmy się na spotkanie już w Polsce. Myślę, że Krzysztof, siedząc gdzieś tam na chmurze, zobaczy, że jego książka została zekranizowana i mam nadzieję, że będzie zadowolony - mówi reżyser.

    Powrót grafa


    Zanim powstała powieść "Mój przyjaciel trup" Krzysztof Wójcicki napisał scenariusz filmu dokumentalnego "Pożegnanie z Krokową".

    - Początki dziejów rodu von Krockow przypadają na pierwszą połowę XIII wieku. O dziwo, zachowały się dokumenty dotyczące historii rodu. Dlaczego? Ponieważ na zamku zawsze było sucho, więc nie zbutwiały. Nie zniszczyli ich też Rosjanie. Od 1945 roku pewien komandor Wojska Polskiego ukrywał je w szopie. W końcu trafiły do Archiwum Państwowego w Gdańsku. Dwa tysiące dokumentów - to kopalnia wiedzy dla historyka. Wiele ciekawych historii. Zdarzało się, że dawaj bracia von Krockow walczyli ze sobą w obcych wojskach. Tak było ponoć pod Grunwaldem, tak było podczas kampanii wrześniowej, kiedy to Rainhold był ułanem w polskim wojsku, a Heinrich wcielony został do Wehrmachtu. W październiku 1939 r. obaj bracia spotkali się na zamku w Krokowej i opowiadali sobie wojenne losy. Obaj zginęli na froncie. Graf Albrecht von Krockow przeżył - opowiadał Krzysztof.

    Rozmowy z Mokwą


    Krzysztof był też autorem "Rozmów z Mokwą". Jak wiadomo, życie malarza było niezwykle barwne, ale niechętnie udzielał on wywiadów. Jednak udało się namówić mistrza na rozmowę. Jedną, drugą, dziesiątą. I tak powstała książka...
    - Spotykaliśmy się w środy - wspominał Wójcicki. - Profesor czekał na mnie. Zawsze przygotowywał coś ciekawego, a to zdjęcia, a to obrazy, czy wycinki z gazet i... opowiadał. Pani Maria Obertyńska (córka) przygotowywała kawę, smakołyki, jakieś bułeczki, rogaliki. Troskliwa, otulała tatę kocem. Nasuwała czapeczkę żeglarską.

    - Nie pamiętam profesora bez czapki - wspominał Krzysztof. - Zwykle była też lampka alkoholu, najczęściej koniaku, który profesor przekornie nazywał tureckim. Mam ostatni obraz profesora namalowany nie pędzlem, nie szpachelką lecz jakby wydrapany paznokciami w farbie olejnej. To wizja jego domu rodzinnego. Dość abstrakcyjna, ale widać dom, okolice Malar, gdzie Mokwa się urodził.

    Krzysztof pisał też bajki.
    - A cóż w tym dziwnego? Bajki pisał Leonardo da Vinci i Oskard Wilde, a nawet Helena Modrzejewska - odpowiadał. Pytali, czy nie brakuje panu pomysłów? Wszak to już kolejny tom.
    - Bajki piszą się same - zapewniał.

    Z Niemenem w budce


    Przez wiele lat Krzysztof Wójcicki był kierownikiem literackim w Teatrze Dramatycznym w Gdyni, potem przez trzy lata dyrektorem naczelnym i artystycznym tej sceny do 1994 roku. W 1992 r. jako producent na pokładzie Daru Pomorza zrealizował z wielkim rozmachem widowisko plenerowe "Księga Krzysztofa Kolumba" według dramatu Paula Claudela.

    - Wielkie wrażenie na publiczności, na mnie też, zrobił występ Czesława Niemena, który obok miał taką budkę i w niej dyskretnie elektroniczną muzyką tworzył klimat widowiska - wspomina rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Gdyni Joanna Grajter.
    Inscenizacji podjął się Andrzej Wajda. W tytułowej roli Krzysztofa Kolumba wystąpił Daniel Olbrychski, zaś Czesław Niemen wykonywał - na żywo - własne kompozycje, poetyckie i muzyczne, oparte melodycznie na motywach wcześniejszej płyty "Terra deflorata". Widowisko grano kilka wieczorów z rzędu, przez ponad stuosobowy zespół, na tle "Daru Pomorza" przy skwerze Kościuszki w Gdyni. Obejrzało je 10 tysięcy widzów.

    - Dominującym motywem poetyckich tekstów Niemena był gołąb. Gołąb, czyli columbus (a więc Kolumb), jako symbol niebiańskiej czystości i niewinności, symbol uskrzydlonych dążeń, boskiego natchnienia, pobożności, ofiary i pokory. Ptak ten przywodzi także na myśl dusze bliskich zmarłych i ich odrodzenie w nowym wcieleniu - mówił wtedy Krzysztof Wójcicki.

    ***


    Krzysztof Wójcicki zmarł wskutek wylewu krwi do mózgu w sobotę, 16 lutego, w Kalifornii.


    Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!





    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo