Andrzej Żuławski: Reżyserom brak pokory

Ryszarda Wojciechowska
Andrzej Żuławski: Kino nie powstaje z żadnego innego powodu, tylko po to, żeby zarabiać pieniądze
Andrzej Żuławski: Kino nie powstaje z żadnego innego powodu, tylko po to, żeby zarabiać pieniądze fot. tomasz bołt
Udostępnij:
Rozmowa z Andrzejem Żuławskim, gościem Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych.

Zafundowano Panu na tym festiwalu powrót do przeszłości, przypomina-jąc "Diabła" w cyklu: neorealizm w kinie polskim.

Mówi pani neorealizm. Ale to również nazywano surrealizmem czy romantyzmem. Krytycy są od tego, żeby nazywać, a nie rozumieć. Niech sobie nazywają, jak chcą.

Nie żal Panu jednak, że przyjeżdża z filmem sprzed czterdziestu lat, a nie z nowym?

Nie przyjechałem z filmem, ale na dyskusję o surrealizmie w polskim kinie. A surrealizm tego kraju jest wieczny. Więc to się pewnie nie skończy. Poza tym jestem tu także po to, żeby powąchać trochę dzisiejszego kina. Przed laty byłem w Gdyni przewodniczącym festiwalowego jury. I więcej tu nie wróciłem. Bo wydawało mi się, że to wszystko zmierzało w niedobrą stronę. Teraz, jak słyszę, pierwszy raz powiało świeżym powietrzem.

Na czym ten oddech polega?

Myślę, że te radykalne cięcia i pomysł, żeby nie wrzucać wszystkiego, czyli komercji i filmów niby ambitnych do jednego kojca, jest dobry. Bo wcześniej wrzucano i wybierano z tego kojca drogą jakiegoś consensusu to, co najmniej piekło, najmniej bolało i było najbardziej bezpieczne. Myślę, że w tym roku bardzo dużo zależy od werdyktu jury.

Niektórzy nazywają to eksperymentem.

U nas wszystko, co świeże, od razu nazywa się eksperymentem. Gdzie indziej zmiany są regułą. Gdyby ludzie rządzący festiwalem w Cannes, rządzili się tak, jak tu, festiwal w Cannes zniknąłby z powierzchni ziemi. A przez to, że Cannes oddaje cesarzowi co cesarskie, a Kościołowi co kościelne, respektowane są dwa bieguny kina. Jest tam zarówno coś, co jest bardzo ostre, szokujące czasami, ale jednocześnie również to, co stanowi fundament kina.

Czytaj także: Prawdziwe oblężenie na 36 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych

Czyli?

Kino nie powstaje z żadnego innego powodu, tylko po to, żeby zarabiać pieniądze. A dlaczego istnieje cyrk? Pani myśli, że to charytatywna instytucja? Cyrk istnieje po to, żeby ludzie kupowali bilety. A żeby je kupowali, to muszą być w nim bardzo zdolni clowni, akrobaci. Nawet foki powinny być zdolne.

Czy Pana zdaniem fakt, że jury tego festiwalu jest w połowie międzynarodowe, odświeży nieco werdykt? **Spowoduje, że nie będzie on tak kontestowany, jak to wcześniej bywało?**

Jury na międzynarodowych festiwalach jest międzynarodowe, bo ocenia filmy międzynarodowe. A tu jest festiwal polski. I nie bardzo rozumiem, dlaczego ma się sprowadzać z zagranicy jakichś pseudoekspertów, których dorobek czasem jest interesujący, ale w ogólnym przekroju niezbyt świetlany. Czy oni mogą nas pouczać w jakiejkolwiek sprawie?

Czytaj także rozmowę z aktorką Agata Kuleszą

No, teraz Pan prowokuje. Przewodniczący jury Paweł Pawlikowski ma na koncie parę filmowych nagród, m.in. brytyjską Baftę, Ari Folman był nominowany do Oscara za "Walc z Bashirem". To mało?

Ale przewodniczący jest Polakiem.

Mieszkającym od lat w Londynie. Więc swój, ale już międzynarodowy.

No to co, że mieszka w Londynie. Norwid mieszkał w Paryżu, podobnie jak Mickiewicz.

No dobrze i Andrzej Żuławski też.

Lub Roman Polański. Ale co z tego? To nic nie znaczy. Polacy robiący filmy w świecie mają pełne prawo zasiadania w tym jury. Powiem więcej, mają spojrzenie na nasze kino jakby troszeczkę z boku. Ale wzywanie ludzi, którzy z nami nie mają nic wspólnego? No, to już wydaje mi się zawodne.

Czytaj także: Tomasz Arabski -polityk z cieńką skórką

Pan miałby ochotę nakręcić teraz jakiś film?

Nie, na razie to dla mnie zamknięta karta. Przez dziesięć ostatnich lat robiłem rzeczy, które mnie bardziej pasjonowały. Myślę, że kino nie jest obowiązkiem. Robienie filmów to męka, ale też ogromny przywilej. Ja swoje przeżyłem. A potem zacząłem się interesować czymś, co się nie mieści w tych krótkich spodenkach kina. Poza tym mnie wystarczy, że teraz mój syn robi filmy.

Na tym festiwalu przed dwoma laty Xawery Żuławski dostał nagrodę za "Wojnę polsko-ruską".

No tak, ale nie śmieli mu dać tej nagrody, która mu się należała. Tylko Złotymi Lwami nagrodzili taki bardzo cywilizowany film, co to go nikt nie chce oglądać do dzisiaj ["Rewers" - dop. aut.].

To były Srebrne Lwy dla Xawerego. Więc nie można powiedzieć, że to mało ważna nagroda. Ale rozumiem, że syn przejął od Pana pałeczkę.

My nie biegamy z pałeczką. Syn robi swoje, ja teraz swoje.

Czyli pisze Pan książki. Teraz każdy może coś napisać i wydać. Ale zrobić film nie każdy. Wygląda na to, że łatwiej się pisze, niż reżyseruje.

Co znaczy łatwiej? Nie da się tego porównać. Ja wiem, że pisanie i robienie filmów jest pokrewne. To jak dwaj kuzyni w jednej rodzinie. Natomiast odpowiedzi na pytanie - kim jesteś człowieku, są do rozszyfrowania przez literaturę, a nie przez kino. Pisanie książek jest swego rodzaju analizą siebie i świata. Film jest syntezą. To syntetyzowanie w dwóch godzinach czegoś, co zajęło pani czasami dziesięć lat różnych przeżyć. Widać, potrzebna mi była taka długotrwała analiza. Napisałem ponad dwadzieścia książek.

Z tego kilka skandalizujących.

To wy robicie z tego skandale. Co zresztą znaczy skandal? W Polsce za skandal uważa się to, że jedna pani przybiła genitalia do krzyża. A dla mnie skandalem była decyzja sądu w tej sprawie. Bo jeśli pani nie chce tego oglądać, proszę omijać muzeum. Proste? Jeśli pani uważa tę książkę za skandalizującą, proszę jej nie kupować. Nie mówię tu konkretnie o pani, użyłem tylko takiej formuły. O tym, że moje książki są skandalizujące, to opinia tych, którzy ich nie czytali.

No nie, zawsze musiał być ten pierwszy, kto jednak przeczytał i się zgorszył.

Tak, pleban we wsi albo w małym miasteczku.

Zostawmy książki, jesteśmy w końcu na festiwalu filmowym. Stwierdził Pan, że wyczuwa pewną świeżość w tym roku w Gdyni. Na jakiej podstawie?

Wyczuwam ją w tym, co mówią mi tutaj młodzi ludzie. To oni są ożywieni i uważają, że idzie w stronę pewnej świeżości i nawet odwagi. Nie mam podstaw im nie wierzyć. A ponieważ jestem starszym panem, więc sprawdzę na sobie, czy to tylko entuzjazm młodości bez pokrycia, czy ma pokrycie.
Co by Pan powiedział tym młodym reżyserom, którzy tutaj pojawiają się z etiudami, debiutami?
A co ja bym im miał powiedzieć? To jest zawód wysokiego ryzyka.

Ale tu są mistrzowie, którzy im coś podpowiadają.

Proszę pani, nie ma mistrzów. To pojęcie bezsensowne w przypadku kina. Mistrzem można być w robieniu butów. Ale najpierw jest się czeladnikiem.

W robieniu filmów nie można być mistrzem?

W żadnym razie. Bo nikt nie powinien robić filmów tak, jak robi ktoś inny. Tragedią polskiego kina ostatnich lat było to, że wszyscy robili filmy na jedno kopyto. Jak zobaczyłem filmy dyplomowe, które wychodzą ze szkoły mojego mistrza Andrzeja Wajdy - tym razem umyślnie użyłem tego zwrotu - to było niby wszystko w porządku. Kamera stała tam, gdzie miała stać, światło było dobre, aktorzy się poruszali, coś mówili. Ale to nie były filmy.

Czego im brakowało?

Wściekłości, wesołości, emocji, łez, czego tylko pani chce. Cyrku im brakowało. Tam było tak jak w filmach Krzysia Zanussiego.

To kim, Pana zdaniem, jest reżyser?

Syntetyzatorem.

Wielu by się to nie spodobało.

A ja mam to w d... Co znaczy, wielu by się nie spodobało? Wielu się podoba pan Jarosław Kaczyński. No i co z tego?

Skoro się Panu jednak dotychczasowe polskie kino nie podoba, to może jest coś, co się Panu w światowym kinie podoba?

Bardzo mi się podoba światowa komercja w tej chwili. Takie filmy jak "Harry Potter", "Piraci z Karaibów" czy w telewizji "Dr House"...

Taka czysta rozrywka Pana podnieca?

To nie jest czysta rozrywka. To są inteligentne filmy, robione z ogromnym poczuciem smaku.

"Harry Potter"?

Tak. Z poczuciem tego, czym jest bajka dla dzieci, z wiedzą o tym, kim byli bracia Grimm oraz Andersen.

Często słyszymy, że komercja schlebia niższym gustom.

Co za bzdura. Ja mam za sobą kilka wyższych studiów. I kocham tę komercję. Czy to schlebia moim niższym gustom? Nie rozumiem takiego myślenia. G... prawda, że to czysta rozrywka. To po prostu lepiej zrobiony film od tego, co pani przez dziesięć lat oglądała w Gdyni. Z większym staraniem, za większe pieniądze i z większą ambicją.

Nie sztuka robić film, jak się ma tak duże pieniądze.

(Tu Andrzej Żuławski wyraźnie zżyma się na moje pytanie). Nie w pieniądzach rzecz, tylko w talencie i w pokorze. Reżyser, który powinien być człowiekiem zdolnym i pokornym jest w stanie zrobić film właściwie z wszystkiego.

Słuchając Pana, mam ochotę spytać - to znaczy, że u nas nie ma ludzi pokornych i z talentem?

Ta kombinacja u nas nie występuje. Ale żeby mnie pani źle nie zrozumiała. My jesteśmy zdolnym narodem. Ośmiu czy dziewięciu naszych operatorów pracuje w Hollywood. Bo umieją, bo nauczyli się w Łodzi. Ale nie ma pani tam żadnego polskiego reżysera. Bo u nas żaden reżyser nie rozumuje tak, że robienie filmów to przywilej i że z pokorą można go zrobić ze wszystkiego. Tylko trzeba do tego przyłożyć fałdów na d..., a nie pisać co bądź, a potem żądać - proszę mi to natychmiast wyprodukować.

Może w przypadku naszych reżyserów w grę wchodzi bariera językowa?

A co, operator to niemowa?

No dobrze, a co z aktorami? Ciągle się teraz mówi, że jakiś aktor albo aktorka ma coś zagrać w Hollywood. I nic. Potem naszych wycinają.

A czy my kochamy oglądać ich swoich na ekranach? Tak. A jak ja pani tu przywiozę pannę Hilary Brzdupst, to pani będzie ją kochała oglądać?

Hilary Brzdupst, jak Pan mówi, nie. Ale Hilary Swank i owszem.

Nawet Hilary Swank, chociaż akurat lubię tę aktorkę. Tylko po co? Czy do filmów francuskich angażuje się aktorki amerykańskie? Raczej nie. Na 350 filmów francuskich robionych rocznie - o wiele za dużo, no ale to już na inny raz rozmowa - może w jednym filmie zagra ktoś skądinąd. W Ameryce zagra francuska aktorka, ale Francuzkę, tak jak Zośka (Sophie Marceau) zagrała francuską księżniczkę w Braveheart. Chociaż Ameryka to wielki tygiel, gdzie jest więcej Włochów niż we Włoszech, czy Meksykanów niż w Meksyku. Dlaczego więc nie mają grać, skoro to społeczeństwo multinarodowe i multirasowe. Tylko my z uporem maniaka wyznajemy endecką tezę, że tu ma być jednorodne społeczeństwo i wszyscy mamy być Polakami i katolikami. No to niech grają katolicy i Polacy.

Na koniec wrócę do książki. Ale nie Pana, a Manueli Gretkowskiej. W swoim głośnym "Transie", jak donoszą portale plotkarskie, pisarka ujawnia pikantne szczegóły swojego związku z Panem sprzed lat. I nie zostawia na Panu suchej nitki.

Czytałem tę książkę. Każdy ma prawo napisania takiej powieści, jaką chce napisać. Ja w cudze prawdy nie wchodzę.

I nie zdenerwowała Pana ta książka?

A czym? Ja się cieszę, że w takim kraju jak mój może panować wolność słowa, a zwłaszcza słowa pisanego. Czyli, że książek nie wsadza się do pierdla ani nie pali na stosie. To już jest sukces.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie