reklama

Za dużo magistrów?

Piotr Dominiak
Piotr Dominiak<br>
Piotr Dominiak
Rozpoczyna się nowy rok akademicki. Kształcenie na poziomie wyższym jest na całym niemal świecie potężną gałęzią gospodarki. Coraz więcej jest uczelni, coraz więcej pracowników naukowo-dydaktycznych, coraz więcej studentów.

I coraz więcej pieniędzy publicznych i prywatnych angażowanych jest w tę branżę. Polska nie jest wyjątkiem. Mamy bardzo wysoki tzw. współczynnik skolaryzacji - co druga osoba z danego rocznika studiuje. Imponujące. Prowokacyjne pytanie brzmi: po co?

Masowemu kształceniu musi towarzyszyć obniżka średniego poziomu. Nie da się dostarczyć takiej samej wysokiej jakości usług edukacyjnych na poziomie uniwersyteckim przy 10-proc. współczynniku skolaryzacji i przy współczynniku 50-proc. Oznacza to, że średni poziom wyższego wykształcenia będzie w Polsce spadał, bo na uczelnie zaczyna docierać niż demograficzny i jeśli będziemy chcieli utrzymać liczbę studentów na dotychczasowym poziomie (około 2 mln), to współczynnik skolaryzacji wzrośnie do 66 proc. Tylko jedna trzecia osób z danego rocznika nie będzie studiować. Trudno mi sobie to wyobrazić. Pytanie "po co?" nabierze jeszcze większego sensu.

Na kształcenie na poziomie wyższym trzeba popatrzeć z dwóch perspektyw. Jednej - cywilizacyjnej; drugiej - gospodarczej. Ta pierwsza ma charakter długookresowy. Z pewnością fakt, że coraz więcej ludzi będzie miało wykształcenie wyższe, wpłynie pozytywnie na rozwój społeczny. Wiedzy nigdy za wiele, społeczeństwo ludzi dobrze wykształconych z pewnością jest sprawniejsze, bardziej dynamiczne, łatwiej się dostosowuje do zmian i jest sympatyczniejsze. Choć nie mam złudzeń, że tak duży wzrost liczby osób z dyplomami wyższych uczelni jest równoznaczny z takim samym przyrostem liczby inteligentów. Dlaczego? Patrz wyżej.

Perspektywa gospodarcza jest, wbrew pozorom, trudniejsza do oceny. Ludzie lepiej wykształceni są niewątpliwie bardziej wydajni - silna korelacja pomiędzy poziomem PKB na mieszkańca a średnim poziomem wykształcenia jest niekwestionowana. Ale... Czy gospodarka rzeczywiście dobrze wykorzystuje ludzi z wyższym wykształceniem? Słyszymy wciąż, że Polsce i Europie brakuje inżynierów. Patrząc na statystyki, to prawda. Pamiętajmy jednak, że wiele prac, które wykonują dziś inżynierowie, mogliby równie dobrze realizować technicy, których kształcenie jest szybsze i tańsze. To samo dotyczy wielu innych profesji, w tym i ekonomistów. Osoba obsługująca klientów w banku lub na poczcie z pewnością nie wykorzystuje wiedzy zdobytej na studiach. Rutynowych czynności można nauczyć każdego w ciągu miesięcznego szkolenia. Wymóg posiadania wyższego wykształcenia jest na wielu stanowiskach sztuczny i niepotrzebny.

Ani w Polsce, ani w innych krajach nie znaleziono recepty na rozwiązanie bolączek masowego kształcenia uniwersyteckiego. Społecznie groźnym zjawiskiem jest dla mnie zaniżanie poziomu i warunków przyjęć na studiach, których słabi absolwenci mogą uczynić społeczeństwu wielu szkód, np. elektrycy, mechanicy, chemicy itp. Słabi ekonomiści też są szkodliwi, ale znacznie mniej. Chyba że zostaną wyniesieni przez partyjną nomenklaturę na wysokie stanowiska w sektorze publicznym czy dostaną się do parlamentu lub rządu. Może jednak kształcić mniej, ale lepiej? Może jednak nie przyjmować na studia każdego, kto się zgłosi? Ale kto się dziś na to w Polsce odważy?

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie