Wyburzono historyczny Dom Fularczyka na gdańskim Przymorzu. Mała Warszawa była polską enklawą na przedwojennej mapie Gdańska [zdjęcia]

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
W piątek, 31 stycznia br., wyburzono historyczny Dom Fularczyka na gdańskim Przymorzu. PS
Przy ulicy Słupskiej na Przymorzu żyją od pięciu pokoleń potomkowie gdańskiej, przedwojennej Polonii. Ich przodkowie walczyli o zachowanie polskiej tożsamości. W ostatnich miesiącach dzieci, wnuki i prawnuk, wspólnie z napływowymi mieszkańcami dzielnicy, zwanej Małą Warszawą sprzeciwiali się wyburzeniu dawnego "sklepu Fularczyków", przez lata miejsca spotkań Polaków. Broniąc go przed naporem deweloperów, walczyli o ochronę unikatowej architektury i o pamięć historyczną. Niestety, w czwartek (30.01.2020) rozpoczęto burzenie zabytkowego domu.

W czwartek po południu na ulicę Słupską wjechał ciężki sprzęt. Rozpoczęto wyburzanie dawnego sklepu Fularczyków. W piątek po południu został całkowicie zburzony. Poznajcie historię tego miejsca.



Ulica Słupska na gdańskim Przymorzu

Domki o spadzistych dachach, otoczone ogrodami. Ogrody były większe, ale na początku lat siedemdziesiątych mieszkańców wywłaszczono za symboliczne odszkodowanie. Na miejscu drzew wyrosły bloki. Po drugiej stronie za torami kolejowy wznosi się wielki budynek Alchemii. I tylko Słupska wygląda, jakby żywcem wyjęta z pocztówek z lat trzydziestych XX wieku.

- To wyjątkowe miejsce - mówi Maria Łapińska, wiceprzewodnicząca Zarządu Dzielnicy Przymorze Małe. - Trudno znaleźć w Gdańsku ulicę, gdzie sąsiaduje ze sobą trzecie, czwarte, nawet piąte pokolenie Polaków.

Historia ulicy, zamieszkałej przez potomków Polonii Gdańskiej, rodzin Rybińskich, Machów, Mionskowskich, Warmińskich, Lendzionów, Myszkowskich i innych przedstawicieli pokazuje siłę lokalnej społeczności, która przetrwała mimo dziejowej zawieruchy.

Czytaj także

Kim byli dawni mieszkańcy ulicy Słupskiej?

Na domu przy ul. Słupskiej 35 widnieje data: 1932. Działkę kupił przed wojną Maksymilian Rybiński ze Starogardu. Maszynista kolejowy. Tuż za płotem dom postawił jego brat Leon. Były to pierwsze domy Małej Warszawy. Ponoć to Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych w Wolnym Mieście Gdańsku, będąca od 1921 r. w polskich rękach, odkupiła od rolnika gospodarstwo, a potem odsprzedała je pracownikom. I tak na ok. 20 działkach przed wojną zamieszkało tu ponad 100 Polaków.

- Dziadek budował bez kredytów - mówi Ewa Lisowska, wnuczka Maksymiliana i Elżbiety Rybińskich, pokazując archiwalne zdjęcia z budowy. - Zarabiał w guldenach, które opłacało się wymieniać na złotówki.Większość materiałów przywieziono z Polski.

Trzy córki Rybińskich - Jadwiga, Urszula (matka Ewy Lisowskiej ) i Irena - uczęszczały do Gimnazjum Polskiego w Gdańsku.

Obok dom postawili Jakub i Maria Mionskowscy.
- Dziadek był rewidentem wagonów, babcia skończyła szkołę dla panien w Sopocie - opowiada

Jacek Lendzion, wnuk ze strony matki Jakuba Mionskowskiego

. - W 1915 r. wzięli ślub. Mieli czworo dzieci: Edytę, Helenę (moją mamę), Jerzego i Leona, zwanego Leszkiem. Wszyscy chodzili do Gimnazjum Polskiego.

Jacek i Wojciech Lendzionowie z kuzynem w ogrodzie domu dziadków przy Słupskiej.
Jacek i Wojciech Lendzionowie z kuzynem w ogrodzie domu dziadków przy Słupskiej. Archiwum prywatne

Pod numerem 36 zamieszkał Tomasz Warmiński, także kolejarz.
- Z żoną Franciszką, dziećmi - Zygmuntem i Gerardem i moją babcią Klarą - wylicza Ryszard Walenkiewicz, prawnuk Tomasza. - Babcia chodziła do niemieckiej szkoły podstawowej, ale potem już do polskiego gimnazjum. Była też w harcerstwie.

Czytaj także

Numer 39 zbudował kolejarz Augustyn Myszkowski.
- Miał trzy córki - mówi Zygmunt Bednarski. - Jedną z nich była moja mama, Klara.

Jacek Lendzion i Ewa Lisowska w dawnym domu rodziny Rybińskich prz ul. Słupskiej.
Jacek Lendzion i Ewa Lisowska w dawnym domu rodziny Rybińskich prz ul. Słupskiej. Archiwum prywatne

Mieszkańcy Słupskiej dobrze żyli z sąsiadami.
- Gdańszczanie są bardzo otwarci - mówi Ewa Lisowska. - Przed dojściem do władzy Hitlera Niemcy, Polacy, Żydzi, Holendrzy żyli jak jedna wspólnota. Potem to przed dojściem Hitlera się zmieniło.

Nie wszystko, na szczęście.Bo dalej, pod numerem 53 mieszkał Gustaw Zeuke, mleczarz, który w czasie wojny pomagał polskim sąsiadom. - Kiedyś na cmentarzu zaczepiła mnie pani, prosząc o pokazanie grobu dziadka - mówi Magdalena Jasińska, której matka wyszła za Polaka- urzędnika DOKP. - Powiedziała, że jest bardzo wdzięczna za to, co zrobił dla jej rodziny podczas okupacji.

Przy Słupskiej 58 znajdowało się miejsce częstych spotkań mieszkańców Małej Warszawy, czyli sklep rodziny Fularczyków.I to o ten budynek toczy się dzisiaj walka.

Ważny dla nich był patriotyzm

- Przy każdej większej uroczystości wywieszano polskie flagi - wspomina Jacek Lendzion. - Były widoczne z przejeżdżających pociągów.
- A Leon Rybiński zawsze sprawdzał, kto flagę pierwszy wywiesił - dodaje Ewa Lisowska.

Śpiewali w chórach Moniuszko i Cecylia. Chodzili na msze w polskich kościołach św. Stanisława Biskupa i w parafii Chrystusa Króla. Zachowało się naganie, na którym 94-letnia Urszula Mach, z d.Rybińska ze łzami w oczach opowiada o latach młodości.

- Patriotyzm tkwił w mamie i ciotkach do końca życia - mówi pani Ewa. - Mama ze wzruszeniem opowiadała jak 11 listopada czy 3 maja, w grupie polskich harcerzy, maszerowały przez Gdańsk do kościoła.

Maksymilian Rybiński grał na harmonii, jedna z córek na pianinie. Kiedy Irena 24 sierpnia obchodziła urodziny, zbierali się w domu, otwierali okna i śpiewali patriotyczne pieśni. Na całą ulicę niosło się: „Rozkwitały pęki białych róż...”

W pobliżu mieszkał niemiecki celnik. Doniósł, gdzie trzeba i na tydzień przed wybuchem wojny pod dom Rybińskich w urodziny Ireny zajechały samochody. Reflektory oświetliły okna, załomotano w drzwi. - Dziadek przez ogród uciekał na Arkońską do dziennikarza Gazety Gdańskiej, Henryka Wieczorkiewicza - mówi Ewa.

Także ojciec Ewy, Brunon Mach, pochodził z patriotycznej rodziny. Bracia Machowie - Gunter, Brunon i Gerard chodzili do polskiego gimnazjum. Brunon należał do klubu sportowego „Gedania”, zdobywał medale w biegu na 100 metrów.

Drugi dziadek pana Jacka, Antoni Lendzion, ma w Gdańsku swoją ulicę. Poseł do sejmu gdańskiego, wiceprezes Gminy Polskiej Związku Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku. Ojciec Maksa, Leona (ojca Jacka) i Łucji.Leon i Maks chodzili do polskiego gimnazjum, Leon skończył studia na PG.

Wojenne losy rodzin

- Mama 31 sierpnia 1939 r. poszła na tańce z pewnym Frankiem - opowiada Ewa. - Kiedy o godzinie 2 w nocy pożegnała się z nim w ogrodzie, zobaczyła taśmy na drzwiach. Rodzina już uciekła.Wujek Leon powiedział jej, że ma zerwać taśmy, spakować walizkę i też uciekać.

Tylko Elżbiecie udało się uciec z Irenką do rodziny w Pogódkach. Pozostałym kazano wybrać narodowość. Wybrali polską. Pod koniec 1939 r. Maksymilian trafił do obozu w Stutthofie, a starsze córki do obozu w Prabutach. Przeszły tam piekło.

- Mamę, śliczną blondynkę, próbowano bezskutecznie zniemczyć - mówi pani Ewa. - Ostatecznie wysłano je na roboty przymusowe do Anklam, skąd uciekły po Pogódek pod koniec wojny.

Tomasza Warmińskiego w pracy 1 września powitał kolega Niemiec z pistoletem w dłoni: - Idziesz ze mną - powiedział. Z okien wyglądały kobiety, pluły na prowadzonych Polaków, wylewały zawartość nocników.Z obozu internowania wysłano go na roboty do Niemiec. Augustyn Myszkowski trafił do Stutthofu. Na początku wojny Niemcy rozstrzelali Guntera Macha. Stefan Mach znalazł się w obozie Stutthof, a osiemnastoletni Brunon, ojciec Ewy Lisowskiej, w KL Sachsenhausen.

W latach 60. XX w. Brunon wrócił do Sachsenhausen.  Pokazuje miejsce, gdzie hitlerowcy przywiązywali do słupów więźniów za drobne "przewini
W latach 60. XX w. Brunon wrócił do Sachsenhausen. Pokazuje miejsce, gdzie hitlerowcy przywiązywali do słupów więźniów za drobne "przewinienia" Archiwum prywatne

- Przetrwał obóz, choć przeprowadzano na nim eksperymenty medyczne, które skróciły mu życie - mówi córka. - Pomogła dobra znajomość języka niemieckiego i tężyzna fizyczna. Uratowali go niemieccy antyfaszyści, którzy siedzieli tam od 1933 r.

Niektórzy, ratując życie bliskich, musieli oddać dzieci do niemieckiego wojska. Pod koniec wojny babcia Machowa, z obawy, że straci męża i synów, podpisała listę narodowościową. Brunona zabrano z obozu i wysłano na front włoski. Pod Ankoną wraz z kolegą zdezerterował do Armii Andersa. Brał udział w bitwie o Monte Cassino.

Rodzina Mionskowskich uciekała na piechotę. Dotarli do Wyszogrodu, okazało się, że Niemcy są już wszędzie. Wrócili do Gdańska, ale dom na Słupskiej był już zajęty przez niemieckie rodziny. Do maja 1940 r. gnieździli się w piwnicy, potem zostali wywiezieni aż do Lubartowa. Tam zapadła decyzja, by najmłodszego Leszka przeszmuglować przez granicę do rodziny w Węsiorach. Miała to zrobić siedemnastoletnia Helena.

- Było to dla niej tak dramatyczne wydarzenie, że pod koniec życia nie mogła wymówić nazwy miejscowości - Mamonowo, przez którą przekraczała granicę - mówi Jacek. Helena, świetnie znająca język niemiecki, przysiadła się do żołnierzy Wehrmachtu. Ukryła brata między tobołami. Udało się. Kiedy już wróciła, okazało się, że Leszek nie może zostać u wujostwa. To była Rzesza, a Leszek upierał się mówić o polsku i rzucał żartami o Niemcach, którzy wyjdą „nogami do przodu”. W powrocie chłopca pomógł znajomy z gdańskiego osiedla, pan Karpowicz, który pracował w czasie okupacji na kolei.

Wyburzono historyczny Dom Fularczyka na gdańskim Przymorzu. ...

Antoniego Lendziona aresztowano 1 września, skatowano w Victoriaschule, wywieziono do obozu Stutthof. Został rozstrzelany w marcu 1940 r. Leona wywieziono, tak jak Brunona, do KL Sachsenhausen. Jemu też pomogli niemieccy antyfaszyści. Przetrwał w pracowni projektowej, zorganizowanej w obozie.

Brat Leona, Maks przeszedł ciężki obóz w Mauthausen-Gusen. Mąż Łucji, Antoni Belling, któremu zaprzyjaźniony niemiecki urzędnik pomógł wyjść ze Stutthofu, niebawem tam wrócił. Współpracował z podziemiem, aresztowany pod zarzutem sabotażu, ledwo uszedł z życiem. Był jednym z więźniów idących w Marszu Śmierci.

Powroty i bój o Małą Warszawę

W styczniu 1945 roku Irenka Rybińska wraz z koleżanką, córką niemieckich właścicieli sklepiku w Pogódkach, ruszyła do Gdańska, by odebrać protezę matki. W Gdańsku dziewczynki znalazły się w środku wojennego kotła.Niemcy w panice uciekali przed Armią Czerwoną. Ruszyły do Gdyni, gdzie na uciekinierów czekał MS Wilhelm Gustloff. Szczęściem nie dostały się na pokład statku, który zatonął w największej katastrofie morskiej w historii.

Popłynęły innym statkiem, do Świnoujścia. Tam wujek Irenki, który przypadkiem znalazł się w mieście w interesach, nagle na promenadzie zobaczył zagubione nastolatki...

Kilka miesięcy później rozpoczęły się powroty.
- Nasz dom był pusty, ograbiony przez Rosjan - opowiada Ryszard Walenkiewicz. - Drzwi wejściowe, rozwalone butem sołdata. wymieniliśmy dopiero w latach 90.

Dom Myszkowskich zajmował wysoki rangą hitlerowiec. Widziano, jak przed ucieczką zakopał coś w ogrodzie. - Dziadek przekopał ogród i nic nie znalazł - mówi Zygmunt Bednarski.
- Po latach natrafiliśmy na skrzynię, w której był zbutwiały mundur , prawdopodobnie portret Hitlera i jakieś odznaki. Nic wartościowego.

W piwnicy u Rybińskich żołnierze radzieccy urządzili sobie toaletę. Fekalia sięgały sufitu.

Leon Lendzion zaczął pracę w firmie budowlanej Ring. Tam poznał Helenę Mionskowską, przyszłą żonę. A Brunon Mach, który w Anglii skończył podchorążówkę, w 1947 roku postanowił wrócić do kraju. Schodząc ze statku, w biurze w Nowym Porcie spotkał Jadzię Rybińską, siostrę dziewczyny, w której kochał się jeszcze w gimnazjum. - Co u Ulki słychać? - spytał. - Żyjemy, zapraszamy - odparła Jadwiga..

Do Małej Warszawy przyjeżdżali także ludzie z Warszawy, Wilna, Lwowa, z południa Polski.Niektórzy z krowami, jak pani Marudowa, od której wszyscy brali mleko. - Sami potrzebowali pomocy, a tu na trafili na otwarte społeczeństwo polskie - mówi Jacek Lendzion.

Teraz przybysze są już swoi. I to oni, ramię w ramię z potomkami przedwojennej Polonii, ruszyli w bój o Małą Warszawę.

Kwestia poszanowania
Przed czterema laty o Małej Warszawie jako pierwsza napisała w osiedlowej gazecie Maria Łapińska. Jej list do prezydenta Pawła Adamowicza w sprawie remontu ulicy Słupskiej, sprawił że podjęto tu prace w pierwszej kolejności. Następnie mieszkańcy wywalczyli Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego, zabezpieczający ochronę ważnego dla historii miasta osiedla. Co więcej, wybrane domy przy ul. Słupskiej wpisano do do gminnej ewidencji zabytków . Ominięto budynek pod numerem 58, czyli sklep Fularczyków. I dziwnym trafem tuż przed procedowaniem planu zagospodarowania przestrzennego urzędnicy zgodzili się, by w miejscu sklepu powstał obiekt o powierzchni prawie 470 m kw, z czternastoma mieszkaniami.

- Próbowaliśmy interweniować w mieście i w WUKZ - mówi Maria Łapińska. - Wojewódzkiego Konserwator Zabytków uważa, że dom nie przedstawia wartości historycznej i kulturowej, a poza tym winny jest miejski konserwator, który nie wpisał go do gminnej ewidencji.

Od Ewy Lisowskiej słyszę, że afera z domem państwa Fularczyków wybuchła nie dlatego, że architektura nie odpowiada mieszkańcom.- Bardziej chodzi o kwestię uciążliwości codziennego życia i o brak poszanowania dla naszej historii - mówi Jacek Lendzion. - Dlaczego konserwator nie objął ochroną tylko tego domu? Nie jesteśmy przeciw zharmonizowanym zmianom. Jednak nie można tego robić bez uczciwości, bez liczenia się z dobrostanem mieszkańców..

Próbowali jeszcze interweniować u Kacpra Płażyńskiego.

- Sytuacja nie jest łatwa, inwestor zakupił już dom - przyznaje poseł PiS. -Rozmawiałem z Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków i czekam jeszcze na dokładniejszą analizę ze strony podległych mu urzędników. Dom nie ma większej wartości, jeśli chodzi o walory architektoniczne, ale warto walczyć o niego jako o miejsce skupiające przed wojną Polaków z dzielnicy. W Gdańsku brakuje ośrodka wymiany kulturalnej, symbolicznego miejsca spotkań Polonii z całego świata. Także służącego zawieraniu relacji biznesowych.

Magistrat już położył kreskę na sklepie Fularczyków, przypominając, że decyzję zezwalającą na budowę „budynku zamieszkania zbiorowego wraz z infrastrukturą” wydano w marcu ub. roku.

- Działka przy ul. Słupskiej 58 nie jest własnością gminy - czytamy w piśmie z UM. - Budynek nie podlega ochronie konserwatorskiej i nie figuruje w Gminnej Ewidencji Zabytków.

I tak deweloper wygrywa z tradycją.

Masowo kupujemy mieszkania, rynek nieruchomości wciąż nienasycony

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 5

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Po roku od smierci pewnego "dzentelmena" nadal wybija szambo z jego diweloperskim zblataniem, Mala Warszawe zamienia w celebrycka warszawke. Tak wlasnie kochal Gdansk. Dobrze, ze Brunon Zwarra tego nie doczekal Tak kochajacy inaczej najpierw zniszczyl polski stadion Gedania..

A
AJB

W Deweloper City historią godną upamiętnienia jest tylko okres Freie Stadt Danzig! A "development" we wszystkich jego znaczeniach sprowadza się do znanej w sitwie zasady:"Kasa, Misiu, kasa!" uber alles!

g
gdanszczanin

Ta władza niszczy Gdańskich Polaków pod dyktando berlina ! Wybraliście ludzi na usługach obcych "złe słowo " według włodarzy i tak będzie wszystko co Polskie w Gdańsku ma zniknąć ! chcieliście to macie!

P
Polski autochton

Do "autorki": żadna Polonia! Do wyboru dla manipulatorki: miejscowi Polacy, polscy autochtoni, Polacy z Gdańska, gdańscy Polacy, polscy Gdańszczanie, polska mniejszość w Gdańsku. Ta banda u władzy zaciera wszelkie historyczne ślady Polskości w Gdańsku, tak było z obiektami Gedanii, teraz Dom Fularczyka, kolejny będzie Polenhof, przedwojenne obiekty polskie w Nowym Porcie, poczta a na koniec developerka walnie hotel dla Niemców na Westerplatte. Jurgeldnicy za euro po stokroć bądzcie przeklęci ... zdrajcy!

G
Gość

Jak to byłby dom jakiegoś faszysty to Dolczewita Gdańska nigdy by na to nie POzwoliła

Dodaj ogłoszenie