reklama

Witold Szabłowski, autor książki „Jak nakarmić dyktatora”: Być kucharzem dyktatora to poruszać się, jak po polu minowym [ROZMOWA]

Ryszarda WojciechowskaZaktualizowano 
Autor książki Witold Szabłowski i kucharz Saddama Husajna Witold Szabłowski
Kucharze dyktatorów to ludzie, którzy dużo widzieli, dużo przeżyli i gotowali w niezwykłych okolicznościach. Karmili szaleńców, odpowiedzialnych za śmierć wielu ludzi - mówi Witold Szabłowski, autor książki „Jak nakarmić dyktatora”.

Pana książka jest dla smakoszy, ale o... bardzo mocnych nerwach.
- I taka miała być. Bo to nie jest opowieść tylko o tym, jak kucharze dogadzali podniebieniom dyktatorów. Nie chciałem też, żeby to była książka kucharska, chociaż piszę w niej o ulubionych potrawach Saddama Husajna, Fidela Castro, Envera Hodży, Pol Pota i Idi Amina. Miałem nadzieję, że to będzie taki shaker, który nami potrząśnie. I uświadomi, że dyktatorzy nie biorą się z kosmosu, tylko z naszych zaniedbań i bolączek. Że są „produktami” naszej polityki. Chciałem, żeby książka była troszeczkę takim gwizdkiem ostrzegawczym. Dlatego chwilami jest „ciężkostrawna”.

Skąd to zainteresowanie kucharzami despotów?
- Sam omal nie zostałem kucharzem. Przed laty, będąc gastarbeiterem na Zachodzie, awansowałem ze zmywaka na kucharza. Moja kariera w kuchni była błyskotliwa, ale krótka. Z tamtej przygody wyniosłem jednak przekonanie, że kucharze to bardzo ciekawi ludzie. I postanowiłem się im przyjrzeć już po dziennikarsku. Szukałem pomysłu na opowieść o nich i wymyśliłem kucharzy dyktatorów. Bo to ludzie, którzy dużo widzieli, dużo przeżyli i gotowali w niezwykłych okolicznościach. Karmili szaleńców, odpowiedzialnych za śmierć wielu ludzi.

Erasmo Hernandez - jeden z dwóch kucharzy Fidela Castro. Na szczęście on nie musiał być testerem jedzenia dla wodza
Erasmo Hernandez - jeden z dwóch kucharzy Fidela Castro. Na szczęście on nie musiał być testerem jedzenia dla wodza
Witold Szabłowski

I pewnie sami byli ofiarami swoich brutalnych pracodawców...
- To prawda, być kucharzem dyktatora to jak poruszać się po polu minowym. Pan K., na przykład, który gotował dla Hodży, nie pozwolił sobie zrobić zdjęcia. Bo on cały czas żyje w strachu. Dwóch jego poprzedników marnie skończyło. Jeden trafił do obozu pracy i już z niego nie wyszedł, drugi zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Kiedy pan K. spotkał się z Hodżą po raz pierwszy, usłyszał od niego tylko jedno: - Pamiętaj, że dobrych kucharzy jest wielu, ale prawdziwie dobry kucharz powinien być pomysłowy. I pan K. musiał sam wykoncypować, co znaczy w tym przypadku być pomysłowym.

To brzmiało jak groźba. Będziesz pomysłowy - przeżyjesz. Nie będziesz, nie przeżyjesz.
- Hodża miał zaawansowaną cukrzycę i mógł codziennie zjeść tylko 1200 kalorii. Chodził więc głodny przez cały czas. I może to pobudzało jeszcze jego ogromną podejrzliwość, mściwość i psychopatyczne skoki nastrojów. Kucharz dokonywał więc cudów, aby w tych 1200 kaloriach zmieścić coś smacznego i sycącego, a nie było to łatwe, bo Hodża był wielkim smakoszem. Potrafił sobie zażyczyć sałatkę z kasztanów, chociaż one nie rosły w Albanii. Chciał jeść tylko winogrona bezpestkowe, które w jego kraju nie były w owym czasie do kupienia. Pan K. wydłubywał więc pestki, żeby spełnić jego zachcianki. Piętnaście lat gotowania dla dyktatora było dla niego takim balansowaniem na linie. Walką o to, żeby przeżyć. Żeby nie trafić do piachu jak inni.

Ale dlaczego pan K. boi się już nawet po śmierci dyktatora?
- Spędziłem razem z nim tydzień. Gotowaliśmy wspólnie. On się otworzył, dużo wspominał, opowiadał. Ale w pewnym momencie uznał, że w tej rozmowie ze mną poszedł za daleko. Przestraszył się własnej szczerości i odwagi. Widać te piętnaście lat w domu Hodży nauczyło go niebywałej ostrożności. On przecież wiedział, że nawet największy przyjaciel dyktatora, który uratował Hodży życie, nie przeżył. Że ginęli jego ministrowie. A jemu się udało, tylko dlatego, że cały czas potrafił przewidywać zagrożenie, zanim się ono pojawiło. Ta ostrożność weszła mu w krew.

Autor książki Witold Szabłowski i kucharz Saddama Husajna
Autor książki Witold Szabłowski i kucharz Saddama Husajna

Witold Szabłowski

Jakie były relacje kucharzy z ich despotycznymi szefami?
- Zawsze skomplikowane. Z jednej strony praca dla takiego szefa była niezwykle ryzykowna, ale z drugiej przynosiła wiele benefitów. Kucharz Saddama dostawał co roku nowy samochód, garnitury od włoskich krawców, buty i uniformy kuchenne. W ten sposób uzależniał się od swojego szefa. Podobnie uzależnił kucharza Idi Amin, który nie tylko dawał mu w prezencie auta, ale roztaczał nad nim protekcję. Kiedy usłyszał, że jego kucharz ma sprawę w sądzie, kazał mu uszyć dwa garnitury i udostępnił prywatny samolot, żeby kucharz zrobił odpowiednie wrażenie na sędziach.

Kucharze wiedzieli, że gotują dla ludzi, którzy mają krew na rękach tysięcy, a nawet milionów ludzi?
- Nie od razu. Zresztą dyktator uzależniał ich od siebie na różne sposoby. Pol Pot, na przykład, rozkochał w sobie kucharkę. Sprawił, że ona była od niego emocjonalnie uzależniona. Nie potrafiła bez niego żyć. Kiedy go poznała, miała 17 lat, on prawie 40. Nie mam wątpliwości, że zakochana kucharka była dla niego gwarancją bezpiecznej kuchni. Ta dziewczyna, która dziś jest staruszką, wspomina Pol Pota ze łzami w oczach, mówiąc, że był miłością jej życia.

Ale jej nie udało się dotrzeć do jego serca, nawet przez żołądek.
- Nie była najlepszą kucharką. A mówiąc poważnie, Pol Pot był bigotem. Dopóki myślał, że rewolucja się uda, nie pozwalał sobie, będąc żonatym, na skoki w bok. A jeśli pozwalał, to kucharka nic mi o tym nie powiedziała. A kiedy już zrozumiał, że stracił władzę i jej nie odzyska, zmienił żonę na inną. Też na kucharkę, tylko dużo młodszą od tej, która mu przez lata gotowała.

Który z tych dyktatorów budził jednak największą grozę?
- Trudno o taki ranking potworności. Z jednej strony mamy Pol Pota i jego utopijną ideę nowego człowieka i społeczeństwa. Pol Pota, który uważał, że w imię tej idei warto poświęcić życie dwóch milionów ludzi. Z drugiej strony jest Saddam Husajn, który uwielbiał zabijać ludzi gołymi rękami i kazał stosować tak wyszukane tortury, aby ludzie jeszcze przed śmiercią mocno cierpieli. No i Idi Amin, który sam się chwalił, że zjada wątroby swoich wrogów.

To prawda?
- Jego biografowie potwierdzają, że zamykał się w kostnicy z martwymi wrogami po to, żeby z nimi pobyć sam na sam. Nie wiadomo, co w tym czasie robił. Słyszałem też plotki, że w prezydenckim pałacu miał chłodnię, w której znajdowało się ludzkie mięso. Amin zresztą pochodził z plemienia Kakwa, które podejrzewano o kanibalizm. Wiedząc to, przygotowywałem się na spotkanie z jego kucharzem i na zadanie tego trudnego pytania. Oczywiście, nie mogłem na dzień dobry zapytać: - Czy gotował pan ludzkie mięso dla Idi Amina? Bo jeśli tak, musiało to być dla niego traumatyczne przeżycie. Zbierałem się do zadania tego pytania przez dziewięć dni. I zostawiłem je sobie na koniec.

I po zadaniu pytania co pan usłyszał?
- Odpowiedź jest, oczywiście, w książce. Nie mogę zdradzić wszystkiego.

Popatrzmy jeszcze na dyktatorów przez kuchenne drzwi. Co przez nie widać?
- Że „dyktatorowanie” jest bardzo spalające. To byli ludzie głodni życia, romansów, władzy i bardzo szybko za życie w takim tempie, stresie i nienasyceniu płacili cenę w postaci utraty zdrowia. Każdy z nich dość szybko zaczął chorować. I wtedy przechodził na dietę z cienką zupką, kaszką i czymś, co uspokaja żołądek. Fidel Castro miał wrzody żołądka, Enver Hodża cukrzycę, a Idi Amin problemy z sercem.

Ale mieli też swoje ulubione potrawy. Co to było?
- Hodża lubił desery. Pochodził z miasta Gjirokastra, na południu Albanii, które słynęło ze wspaniałej cukierniczej tradycji. I on zapamiętał te słodkie rarytasy z dzieciństwa. Paradoks polegał na tym, że uwielbiał słodycze, których nie mógł jeść. Kucharz musiał więc stawać na uszach, żeby mu zaserwować coś, co jest słodkie i dobre, a jednocześnie nie będzie szkodzić. Idi Amin zjadał wszystko. Można powiedzieć, że wprost żarł. Ale najbardziej lubił pilaw z koźliną. Fidel, jak jeszcze mógł sobie podjeść, zajadał się potrawą z mlecznego prosiaka. Kubański dyktator czasami sam gotował. Zwłaszcza spaghetti. Nauczył się tego w więzieniu. I uważał, że jest genialny w gotowaniu. On zresztą uważał się za geniusza w każdej dziedzinie. Najprościej z nich jadał Pol Pot. Jakaś rybka, kurczak, zupa z węża. Kiedy jednak zachorował na raka, Chińczycy zalecili mu bezmięsną dietę. I po sześćdziesiątce jadał głównie ciepłe zupy i maniok. Bulion przyrządzano mu z czarnego kurczaka, hodowanego w Chinach, który ma nawet kości czarne. I jego mięso uważane jest za bardzo zdrowe i przywracające siłę.

Mówiliśmy o strachu kucharzy. Ale despoci też żyli w wiecznym strachu, że ktoś ich może otruć, zabić.
- Wszyscy, oprócz Pol Pota, mieli swojego testera. Jedzenie Saddama przechodziło nawet przez specjalne laboratorium, sprawdzano, czy nie ma w nim nic radioaktywnego, czy nie zawiera wirusów itd. Hodża miał pielęgniarkę, która próbowała wszystkiego, co on potem jadł. A w przypadku Fidela to jeden z jego kucharzy - Flores był też testerem. I przez to testowanie, jak myślę, postradał zmysły. Bredzi, nie mogąc sklecić jednego zdania. Ale to on próbował każdej potrawy, która miała trafić na stół Castro. A wiadomo, że Amerykanie przez lata próbowali go zabić. Mówi się o prawie 200 nieudanych zamachach na Fidela. Kucharz, który musiał próbować jedzenie, w pewnym momencie nie wytrzymał. „Rozsypała” mu się głowa przez ten ciągły stres. Bo latami, on każdego dnia, idąc do pracy, żegnał się z żoną i dziećmi, tak jakby już miał ich nie zobaczyć. I naprawdę był blisko śmierci. Ale te relacje kucharz - dyktator nie były takie jednowymiarowe. Bo ze strachem i poniżeniem kucharza mieszała się miłość do Fidela i zachwyt nad rewolucją. On sam wierny Castro został odtrącony. Kiedy się okazało, że jest chory, stał się niepotrzebny. Teraz kończy życie w wielkiej biedzie. Ale widziałem, że mimo takiego końca, on nadal czuje się uwiedziony przez Fidela, jak ta kucharka przez Pol Pota. Zapytałem go: - Panie Floresie, kiedy ostatni raz widział pan Fidela? Odpowiedział: - Wczoraj, stał pod tym drzewem i pokazywał mi, że pomarańcze już dojrzały. A przecież Castro już nie żył.

Young Moeun już jako siedemnastolatka została kucharką Pol Pota i do końca jego życia darzyła dyktatora miłością
Young Moeun już jako siedemnastolatka została kucharką Pol Pota i do końca jego życia darzyła dyktatora miłością
Witold Szabłowski

Dla kucharki Pol Pota jej szef też... żyje.
- Namawiałem ją, żebyśmy pojechali na jego grób, na którym nie była od kilkunastu lat. Mówię do niej: - Ciotko Moeun, dlaczego ciotka tyle lat na tym grobie nie była? Pojedźmy razem. Ugotujemy coś dla zmarłego. A ona na to: - Bracie, ale Pol Pot już się zreinkarnował. Tam jest tylko pusty grób. On znajduje się między nami. Nie wiem gdzie, może w Kambodży, może w Polsce, ale jedno ci powiem - jeszcze o nim usłyszymy.

ZOBACZ TAKŻE: Kulinarny Puchar Polski 2019

gloswielkopolski.pl/x-news

POLECAMY w SERWISIE DZIENNIKBALTYCKI.PL:

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

to ciekawe że istotne rzeczy do komentowania nie są udostępniane bo albo są w plusie albo w przeszłym systemie w którym dodaj komentarz kończy się wskoczeniem na serwisy kontenerowe czyli rozłożenie strony na "części pierwsze".

mam w d... karmienie kacyków - powinni wisieć na latarniach jak wszyscy solidarni z bandziorami rządowcy i samorządowcy - zdrajcy sprzedający swój kraj naród. ale do tego trzeba narodu a nie niewolniczych buraków z husarskimi piórkami w d...

G
Gość

Jak się karmi dzisiejszych dyktatorów ?

Dodaj ogłoszenie