Polska, okupacyjna opowieść wigilijna. Na stołach gościły postne zupy, aromatyczne grzyby, dania z kapusty i ziemniaki

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Bożonarodzeniowe drzewko było w czasie okupacji kilkanaście razy droższe niż przed wojną. Na zdjęciu: grudzień 1940 r. w Krakowie Narodowe Archiwum Cyfrowe
W czasie II wojny światowej Niemcy głodzili Polskę systemowo. W takich warunkach przygotowanie wieczerzy wigilijnej było w polskich domach prawdziwym cudem i wielkim poświęceniem. Na stołach gościły przede wszystkim postne zupy, m.in. czerwony barszcz czy aromatyczna grzybowa. Były też dania z kapusty oraz… ziemniaków, dzięki którym Polacy przetrwali niemiecką okupację. - Ludzie wówczas, choć było to bardzo trudne, starali się poczuć doniosłą, ciepłą atmosferę Bożego Narodzenia – mówi Aleksandra Zaprutko-Janicka, historyczka, publicystka, autorka książki „Okupacja od kuchni”.

Ocaleni więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych wspominali, że Boże Narodzenie było dla nich szczególnym przeżyciem. Pod rygorem kar, potajemnie, dzielili się drobinkami chleba, który symbolizował opłatek, śpiewali kolędy ściszonym głosem, marzyli o wolności. Poza obozowymi drutami było w czasie wojennych świąt lepiej, ale tylko trochę.

Wojna to konflikt zbrojny, działania wojskowe i stan ekstremalnego zagrożenia. W tym wszystkim, w tym chaosie, ludzie chcą być ludźmi, chcą spotykać się z bliskimi, podtrzymywać tradycje. Mówiąc o II wojnie światowej często o tym zapominamy. Mimo że okupanci wprowadzali okrutne restrykcje, by jak najbardziej pognębić ludność okupowaną, to świąt nie mogli odwołać, podobnie jak imienin, urodzin, wesel i pogrzebów. Człowiek, który był całe życie przywiązany do tradycji, nawet w tak ekstremalnym okresie jak wojna i okupacja, nadal chce je podtrzymywać. Nawet symbolicznie.

Tradycja świąt Bożego Narodzenia dawała szansę na choć chwilę uśmiechu, zwłaszcza dla dzieci, które pamiętały święta sprzed wojny?

W książce przytaczam historię rodziny przymusowo przesiedlonej z Wielkopolski na Lubelszczyznę. To opowieść o niesamowitym poświęceniu rodziców dla dzieci, o tym, w jak dramatycznej sytuacji znaleźli się ludzie przesiedleni, wyrwani ze swoich korzeni, rzuceni w zupełnie obce miejsce, pozbawieni majątku i dochodu.

Ci ludzie musieli sobie radzić poszukując żywności w lesie. Żywili się w znacznej mierze jagodami, grzybami. Ta rodzina żyła w skrajnej biedzie, oglądała na co dzień po dwa razy każdy kawałek chleba. Dzieci beztrosko żartowały, że kromki są tak cienkie, że widać przez nie "jak wujek idzie z Warszawy", a tymczasem och rodzice odejmowali sobie od ust, by tylko ich potomstwo nie cierpiało głodu. Dzieci spodziewały się, że przy takiej biedzie nie będzie żadnej Gwiazdki, że zaśpiewają kolędę i położą się spać.

Tymczasem rodzice potajemnie odkładali wszystko to, co zdołali uszczknąć z codziennego i tak już skromnego menu, aby przygotować święta. Gdy maluchy położyły się spać, oni po cichu ustawili i ozdobili drzewko i przygotowali niewielką ucztę. Dzieci obudziły się w Wigilię i zobaczyły, że mają choinkę ozdobioną łańcuchami z kolorowego papieru, że jest coś dobrego do jedzenia. Ta opowieść jest nie tylko przykładem ogromnego poświęcenia. To jest magia świąt Bożego Narodzenia.

Niemcy wprowadzili systemowy głód, który odgrywał rolę w pacyfikacji polskiego narodu. Jego symbolami były kartki na żywność oraz czarny chleb i marmolada o konsystencji betonu.

Niemcy głodzili Polskę. Nie możemy zapominać, że oni wywołali wojnę, by w pewnym sensie uciec do przodu. Niemcy były pogrążone w kryzysie, ludzie tam klepali biedę i naziści upatrywali szans na wyjście z tej sytuacji w podboju i rabunku innych krajów. Gospodarka niemiecka przestawiona była na produkcję wojenną, zatem trzeba było skądś pozyskać całą resztę niezbędną do funkcjonowania społeczeństwa. Kiedy zajęta została Polska, niemieccy żołnierze właśnie z naszego kraju wysyłali paczki żywnościowe do swoich domów. Były w nich kawa, prawdziwa czekolada, masło, wędliny i cała masa innych produktów, które w przedwojennej Polsce może nie były tanie, ale były dostępne, gdy tymczasem Niemcy stały tzw. ersatzami. Na potrzeby gospodarki niemieckiej drenowano z żywności Polskę. Wywożono całe pociągi zboża, trzody, by wyżywić Niemcy. Polakami się nie przejmowano. Oczywiście, ten systemowy głód miał i inne zadanie. Pamiętajmy, że gdy człowiek jest tak głodny, że jego myśli krążą wyłącznie wokół jedzenia, nie wystarcza ich na bunt.

Polska, okupacyjna opowieść wigilijna. Na stołach gościły po...

Nie ma się też na niego siły.

Oczywiście, Niemcy musieli zapewnić określoną ilość żywności dla Polaków, by ich potencjalni niewolnicy, robotnicy przymusowi przeżyli, by można było ich dalej wykorzystywać na potrzeby wysiłku wojennego. Hitler miał wielkie plany, w których Polska była zaledwie etapem. Polakom dawano żywność bardzo złej jakości i w niewielkiej ilości. Gdyby Polacy opierali się na tym, co przysługiwało im w ramach systemu kartkowego, to nie przeżyliby okupacji niemieckiej. Musieli wszelkimi sposobami pozyskiwać dodatkowe porcje żywności, czy to na czarnym rynku, czy hodując we własnym zakresie, czy szmuglować ją, ryzykując życiem. To była walka o przetrwanie.

Trudno sobie dziś wyobrazić, że w polskich miastach pod niemiecką okupacją niemal każdy park był wykorzystywany na kartoflisko.

U podnóża Zamku Królewskiego w Warszawie były grządki z ziemniakami. Warzywa hodowano na pustych placach, na podwórkach między kamienicami, na balkonach. Większe areały dzielono na ogródki działkowe. Nawet gazety gadzinowe publikowały artykuły z poradami, jak wyprodukować jak największą ilość żywności w warunkach domowych czy porady dotyczące uprawy warzyw i jadalnych roślin.

W czasie Powstania Warszawskiego powstańcy równie dobrze mogli zginąć z bronią w ręku lub motyką. Takie samo znaczenie, co walka z Niemcami, miało pozyskiwanie żywności.

W swojej książce przytacza pani opinię, że w jednym kursie podmiejskiej kolejki mieściło się dziesięć poporcjowanych krów. Tak Polacy przemycali żywność. Przypomina się jedna ze scen w filmie Zakazane piosenki.

Często odwołuję się do tego filmu, bo on doskonale oddaje atmosferę tamtych czasów. Ta scena w pociągu szczególnie - ludzie ściśnięci, z jednej strony nieco rozluźnieni alkoholem, szmuglerzy opasani mięsem, zbieranie łapówki dla bahnschutzów, a z drugiej atmosfera strachu. W każdej chwili mogą przyjść Niemcy, zarekwirować tę odrobinę żywności, która mogła pomóc przetrwać całej rodzinie. Niejednokrotnie w czasie kontroli przechodzili przez taki wagon z koszykiem jak na zakupach - od jednego Polaka wzięli jajka, od innego bimber, jeszcze od innego szynkę i, proszę pana, kolacja była gotowa. Innym razem chcieli pieniędzy, a jeszcze kiedy indziej zastrzelili człowieka za kawałek słoniny.

Jak w czasach terroru i głodu przygotować wigilijny stół lub świąteczną wieczerzę? Mięso było luksusem, za nielegalne świniobicie groziła śmierć, w miastach zabrakło w końcu gołębi, z których przygotowywano posiłki.

Wbrew temu, co nam próbują obecnie sugerować np. kulinarne programy telewizyjne, trudno jest wskazać 12 czysto polskich, tradycyjnych potraw wigilijnych. Właściwie to nie ma czegoś takiego. Jednolita, polska kuchnia powstała dopiero w czasach powojennych. Wcześniej mieliśmy bogactwo kuchni regionalnych. W jednej części Polski na wigilijnym stole gościł barszcz czerwony, w drugiej barszcz biały, w jeszcze innej była zupa grzybowa, a w kolejnej słodka zupa z owoców. W czasie II wojny światowej elementem łączącym te wszystkie kuchnie była bieda. Pierwsza wigilia wojenna była dla Polaków najtrudniejsza. To było zaledwie kilka miesięcy odkąd utraciliśmy wolność, którą Polska cieszyła się niemal dwie dekady. Polacy obudzili się z tej wolności będąc pod butem okupanta. Ludzie dopiero co stracili bliskich, dopiero co obserwowali przemarsz wrogich wojsk. Mężowie, bracia, ojcowie siedzieli w obozach jenieckich bądź byli zaginieni i najbliżsi nie mieli o nich żadnych wieści. Inne rodziny były razem, ale wcześniej straciły swoje domy, mieszkania. Wszyscy musieli sobie radzić, przetrwać w strasznej rzeczywistości. Atmosfera była grobowa, ale ludzie i tak urządzali święta.

To była tradycja, jedno z dwóch najważniejszych świąt chrześcijańskich. Od zawsze Boże Narodzenie i Wigilia były najbardziej bliskie sercom. Ludzie w czasie wojny starali się świętom nadać choć trochę podniosłą atmosferę, cieplejszą, lepszą po prostu od codzienności. Z najgłębszych czeluści spiżarni wyciągali to, co odłożyli specjalnie na tę okazję. Na stołach świątecznych pojawiały się przede wszystkim postne zupy. Zupa zresztą była chyba najważniejszym wojennym daniem, bo da się ją dzielić niemal w nieskończoność. Mimo że była ona coraz cieńsza, to jednym garnkiem można było obdzielić bardzo dużo osób.

Najprostszym przepisem był ten na barszcz czerwony, z buraków ćwikłowych. Wystarczyło nastawić odpowiednio wcześniej zakwas, i na święta ugotować zupę. Grzyby były bardzo tanie, poza tym można je było zebrać samemu, a zapewniały piękny, świąteczny aromat. Przygotowywano wszelkiego rodzaju dania z kapusty. Jak opisywał Władysław Bartoszewski, w wielu domach na wigilijnych stołach gościły ziemniaki. W niektórych regionach Polski one się pojawiały przed wojną (są obecne i dziś), ale większość mieszkańców takich potraw wigilijnych nie znała. W czasie wojny był to przymus, bo ziemniaki były tanie, łatwo je było wyhodować. Jedna z bohaterek mojej książki we wspomnieniach pisała, że to ziemniaki uratowały Polskę przed śmiercią głodową w czasie wojny. Kochane, polskie ziemniaki nas wówczas wyżywiły.

Nie tylko potrawy i codzienne niebezpieczeństwa były problemem w czasie wojennych świąt. Choinka była kilkanaście razy droższa niż przed wojną, a rarytasem były słodycze, które były wówczas jednym z najpowszechniejszych prezentów dla dzieci. Nie można było też pójść na pasterkę.

Niemcy zepsuli Polakom pasterkę. Wprowadzili godzinę policyjną, by zapanować nad ludnością, by utrudnić działania członkom podziemia. Zdarzało się, że do ludzi, których godzina policyjna zastała na ulicach, Niemcy po prostu strzelali, nawet nie legitymując. Nie można więc było pójść na tradycyjną pasterkę o północy. Ale Polacy są sprytni, zaradni i potrafią się adaptować. Stwierdzili, że skoro nie możemy na pasterkę pójść w nocy, to zróbmy ją rano. W czasie wojny ludzie spotykali się na kolacji wigilijnej, a potem musieli jakoś do rana wytrzymać. Śpiewali więc kolędy, rozmawiali, bawili się, jedli, pili, cieszyli się swoim towarzystwem. O świtaniu, gdy już minęła godzina policyjna, wyruszali do kościoła. To była prawdziwa, tradycyjna pasterka, w pełnym obrządku. Po mszy wracali do domu i kładli się spać.

Czytaj także

Rozmawialiśmy o szczególnych, pierwszych wojennych świętach Bożego Narodzenia. Czy w grudniu 1945 r., gdy wojna już się zakończyła, Polacy mogli wreszcie obchodzić je jak kiedyś? Oczywiście kraj był zniszczony, nadal panowała bieda.

To, co bardzo mocno odróżniało pierwsze, powojenne święta od tych sześciu lat pod okupacją, to była radość, że wreszcie nie ma Niemców. Byli natomiast Rosjanie i wciąż nie było bezpiecznie. Zagrożeni byli ci, którzy działali w niepodległościowym podziemiu w czasie okupacji niemieckiej i zwykli ludzie na ulicach. Ci, którzy wyszli cało z Powstania Warszawskiego, stracili dosłownie wszystko - i bliskich i wszystko, co posiadali. Byli na łasce obcych ludzi, w zupełnie obcych dla siebie miejscach. I znów, ludzie w takiej atmosferze starali się świętować, poczuć tę doniosłą, ciepłą atmosferę. Było to jednak niezwykle trudne.

Niełatwo było zapomnieć o tym, co się działo w czasie okupacji niemieckiej, gdy mieliśmy w Polsce właściwie kolejną wojnę

Kraj był kompletnie zrujnowany, w 1944/45 roku ponownie przecież przez Polskę przetoczył się front. To czego nie zniszczyli Niemcy w 1939 r., zostało zniszczone w końcówce wojny. Rzeczywistość zmieniła się diametralnie, nic nie było takie, jak przed 1939 rokiem. Odnalezienie się w niej było trudno. Sytuacja zmieniała się wraz z upływem czasu. Z każdym, powojennym rokiem świętowanie Bożego Narodzenia wracało do normalności. Trwała odbudowa kraju, ludzie mieli pracę, źródła dochodu. Nie było na pewno idealnie - dojście do jako takiego poziomu gospodarczego zajęło nam przecież lata, a i tak były okresy, gdy w sklepach do klientów uśmiechał się z półek jedynie ocet. Polska kuchnia, także jej bożonarodzeniowe wydanie, przemieszała się na skutek wielkiej, powojennej emigracji. Polacy z różnych stron osiedlali się na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Ludzie, których wojna rzuciła z dala od rodzinnych okolic, budowali swoje życie w nowych małych ojczyznach. W konsekwencji na przykład Kresowiacy łączyli się w pary z mieszkańcami Wielkopolski czy Mazowsza. Wszystkie te zmienne prowadziły to zupełnego wymieszania zwyczajowych wigilijnych potraw z różnych regionów i powstawania w takich rodzinach zupełnie nowej tradycji kulinarnej. Działo się tak, bo nikt nie chciał rezygnować z babcinych, tradycyjnych przepisów. Dziś w wielu polskich domach na Wigilii są i pierogi ruskie i pierogi z kapustą i grzybami, barszcz biały i barszcz czerwony, gołąbki z ryżem i grzybami oraz gołąbki z kaszą gryczaną i ziemniakami, kutia i makiełki, czy kluski z makiem. Mamy zatem totalną, wigilijną kuchnię fusion.

Święta 2019

Flesz - Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 7

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Nadciagnela wielka orda ze wschodu i gwalcila, nasilowala, jedni wsadzali w paszczu a dwoch naraz w odbyt.

G
Gość

W czaie okupacji na Wybrzezu wszyscy mezczyzni nosili pasy z klamrami "Gott mit uns" Polacy, Kaszubi sluzyli na U- Bottach.A dezerterzy i defetysci jak Zwarra kryli sie pod dwunastoma spodnicami baby Koliaczkowej.

G
Gość

A zycie pod butem bolszewika przez ponad 50 lat nie bylo okupacja?`Nawet w tuskowo- bolkowo-bolszewickiej Polsce nie bylo rozwalania ubekow i bolkow?. Ta lajza akurat sie ostala. Zawsze lazil z piecioma ubekami- z obstawa.

G
Gość

Juz sie wlaczam. Niech pasozyt zdechnie. W imie ojca i syna i ducha swietego. Amen.

T
Teresa, róża różańcowa

Proszę o pilne włączenie się w modlitwę różańcową w intencji ks. Pawła Miraszewskiego.

G
Gość

Jeszcze ten opasly wieprz Aleksander- Hall do tego. I Zyd Taylor- ubecki kapus.

G
Gość

Zydy -Adamowicze mialy sie zawsze dobrze. Hitlerowcy i komuchy zawsze tak mialy.Czerwone parchy. SZMP i ubowcy "Na gorce" u Mikolaja.

Dodaj ogłoszenie