Retrokuchnia, czyli gołąb stepuje w kawiarni

felieton Gabrieli Pewińskiej
Prawdziwej przyjaźni i boczek nie rozdzieli...
Prawdziwej przyjaźni i boczek nie rozdzieli...
Wyglądał jak Roman Boryczko z książki „Zaklęte rewiry”, ale Roman Boryczko z czasu, gdy, po szybkim awansie z pomywacza na kelnera, zostaje bodaj kierownikiem sali eleganckiej restauracji hotelu "Pacyfik". Na kierownika sali wyglądał mi właśnie ...ów gołąb, który rezyduje w gdańskiej cukierni Pellowski na Podwalu Staromiejskim.

Obserwowałam go pijąc sobie kawę przy stoliku. Paradował między stolikami, rozglądał się na boki, dreptał stawiając drobne, acz pewne kroczki. Mogłabym przysiąc, że miał na sobie frak. Ba, że stukał obcasikami niewidzialnych lakierków, jak Fred Astaire w kultowym numerze "Puttin' on the Ritz". Gołąb właściwie nie zachowywał się jak kierownik sali, on był jak szef lokalu, biznesmen, prezydent, szejk, wzięty przedwojenny poeta. Może nawet Tuwim? Brakowało mu tylko cygara w dziobie.

Paradował, paradował, a potem jednej pani spadł okruszek ciastka na podłogę i cały urok gołębia w smokingu czmychnął. Zapomniał, że miał być Tuwimem czy Astairem. Rzucił się na ten ochłap zupełnie bez klasy. Potem na kolejny, zresztą na każdy, który komuś upadł ze stołu. Po prostu głodny, nieustannie, do znudzenia głodny gołąb.

Ów wygłodniały gołąb przypomniał mi inne "gołąbki". Trójkę wiecznie głodnych studentów pewnego akademika z lat 60. Stołowali się panowie po stołówkach, a prawdziwa uczta była dopiero wtedy, gdy któryś przywoził wyżerkę z domu, od mamy.
Pewnego dnia jeden przytargał, niczym zdobycz z polowania, pieczony, pachnący kawał boczku. Kolegom się pochwalił, po czym mięcho ...schował do szafy. Nie podzielił się ni plastrem! Postanowił zjeść sam. Szczyty!

To, że ów skąpiec wyszedł rano na zajęcia, a pozostali panowie zabrali się za schowany w szafie łup mógł usprawiedliwiać boski zapach, który nie dawał im spać całą noc. A i niebywałe skąpstwo kolegi.

Skąpiec ni a nic nie zauważył, bo ukroili sobie bardzo cienko, ledwie kilka plastrów.
Pewnego dnia, boczek wydał się jednak jego właścicielowi dziwnie krótszy. O dziwo, zwietrzył sprawę i ...zmierzył długość mięsa ...centymetrem krawieckim, wynik zapisując skrzętnie w dzienniczku. I sprawdzając, czy się zgadza, dnia następnego.
Na nic to się zdało. Wielbiciele boczku okazali się bardziej pomysłowi. Zaczęli ciąć nie na długość, a szerokość. Ale i to się wydało. Skąpiec postanowił mierzyć tym razem w szerz.
Runda trzecia - pocięli na grubość. Nie zauważył! Nie wpadł na to, głupek! Ni a nic! Pewnego dnia wyjmuje z szafki, a tu sama skóra!
- Co to jest!!!! - wrzasnął oczom nie wierząc.
- Zostawiliśmy ci na sandały.

Treści, za które warto zapłacić! REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI

Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie