Pies Filip z Rytla to prawdziwy bohater. Jego pana szukali trzy doby. To on go uratował

Maria Sowisło
Filip ma niespełna 9 lat. Mieszka w Rytlu. Bardzo lubi zwiedzać swoją wieś. Jest też urwisem. Ma swój ulubiony fotel i nikt nie może na nim siadać. Oczywiście przed telewizorem. Choć na początku życie go nie rozpieszczało, teraz ma w Rytlu "jak u pana Boga za piecem". Poznajcie psa, który uratował swojego pana.

Opowieść o psie, który ani na krok nie odstąpił swojego pana, kiedy trzy doby szukali go policjanci, strażacy i mieszkańcy Rytla, zna już chyba każdy. Kim jest dzielny Filip? Chyba kundelkiem. Tak przynajmniej mówi o nim rodzina, z którą od ponad ośmiu lat mieszka.

- Po śmierci naszego poprzedniego psa - dobermana, córka szukała nowego. Postanowiła, że będzie to pies ze schroniska. Z mężem oglądali wiele zdjęć i to właśnie mąż chciał Filipa. Aż pod Warszawę jechali po niego – wspomina pani Basia z Rytla. - Zanim jednak zamieszkał z nami, dwa razy mieliśmy u siebie wizytę czy na pewno ten pies będzie miał u nas dobrze – dodaje kobieta, a jej syn Jarek przyznaje: - No gdzie on by miał tak dobrze? Pół hektara podwórka do biegania i mieszkanie w domu! A i tak ucieka – zaznacza.

Papużki nierozłączki

Filip miał około dziewięciu miesięcy kiedy przyjechał do Rytla. Zawsze bał się samochodów. Do żadnego nigdy nie chce wejść.

- Kiedy był szczeniakiem, ktoś go wyrzucił z samochodu. Był strasznie poturbowany. Taka bieda z nędzą. Nie to co teraz

– wspomina pani Basia.

I takim sposobem Filip stał się najlepszym towarzyszem pana Józefa, męża pani Basi. To właśnie jego od czwartku (18 czerwca 2020 r.) do soboty (20 czerwca 2020 r.) szukali policjanci, strażacy i mieszkańcy Rytla. Wyszedł z domu i zniknął. Pies też. Sytuacja była dramatyczna, bo 83-letni mężczyzna cierpi na zaniki pamięci i choruje na serce. - W czwartek rano mąż jeszcze mówił, że ma coś do załatwienia w Czersku. Nie mógł sam wyjeżdżać, ale wiedziałam, że tego dnia muszę być czujna – mówi pani Basia.

Czytaj także

I tak jak Filip potrafi zakręcić się i dać dyla za ogrodzenie, tak pan Józef wyszedł z domu. Nie wziął smyczy. Pies pewnie tradycyjnie pobiegł za swoim panem. Często bowiem się zdarzało, że Filip przyprowadzał go do domu spod sklepu, gdzie pan Józef kupuje gazetę. Są nierozłączni. Nawet telewizję oglądają razem. Pan na kanapie, Filip obok na fotelu. Zawsze czujny i uważny. - Na Gwiazdkę kupiłam mu legowisko. Wszyscy w domu dostawali prezenty, więc Filip też. Myśli pani, że się na nim kiedyś położył? Nie. Tylko fotel - mówi pani Basia.

- Kiedy mąż wstaje z kanapy, Filip na nią wskakuje. Jeszcze poduszkę ma pod głową. Normalnie to mu chyba tylko gazety i kawki brakuje

– żartuje pani Basia i dodaje, że skoro Filip nie odstępował swojego pana na krok, rodzina postanowiła wesprzeć akcję szukania pana Józefa. Wywiesili w okolicy zdjęcia psa z informacją, że zaginął i proszą o pomoc. - Dostawaliśmy różne zdjęcia psów. Nawet podobnych do Filipa. Tylko nasz ma charakterystycznie wygięty lewy dolny kieł. Filip zawsze lubi się bawić. Chwycił kiedyś trzonek grabi i pognał po ogrodzie. Podciął mi nogi, ale trzonka nie puścił. I tak wykrzywił sobie tego kła – wspomina pani Basia.

Bóg czuwał

Filip jest wpatrzony w pana Józefa, jak w obrazek. I chyba właśnie to sprawiło, że uratował swojego pana. Kiedy przeczesane zostały lasy, Brda, Wielki Kanał Brdy po prawej stronie drogi krajowej nr 22, jadąc z Chojnic do Rytla, kiedy mijała trzecia doba poszukiwań, kiedy chyba już tylko rodzina miała nadzieję na odnalezienie pana Józefa żywego, Danuta Łangowska otworzyła w domu okno. Mieszka w osadzie Błota, niemal w samym środku lasu lub bardziej tego, co zostało po nawałnicy w 2017 roku. Błota są dwa kilometry od Rytla po lewej stronie drogi krajowej nr 22.

- Była sobota, godz. 18.00. Wstałam z łóżka, spojrzałam na zdjęcie mojego nieżyjącego męża Zygusia. Nie wiem dlaczego otworzyłam to okno. Wyjrzałam przez nie i usłyszałam krzyk. Ktoś wołał „Jarek, Jarek”. Zawołałam wnuczka, bo w pierwszej chwili myślałam, że mi się to zdaje. Głos dobiegał z okolic ambony, z której mój Zyguś polował. Kiedy wracał do domu, krzyczał: „Danusia, już wracam”. Znam okolice tych bagien, bo zbieram tam z siostrą żurawinę. Wnuczek posłuchał i powiedział, że tam jeszcze pies szczeka

– relacjonuje pani Danka. - Normalnie, to wsiadłabym w samochód i pojechała w to miejsce ale przebiłam dwie opony i samochód stał na klockach. I jeszcze burza miała być, a ja po tej nawałnicy bardzo się boję. Zadzwoniłam do sąsiadki, żeby syna tam wysłała. Nie mógł pojechać. To zadzwoniłam do sąsiada Franka, a on wysłał tam swoją córkę i jej męża. To oni znaleźli pana Józefa – mówi pani Danuta, która nie czuje się bohaterką. - Mój mąż pracował kiedyś u pana Józefa. Zawsze był ciepły i serdeczny. Myślę dziś, że Bóg nad nim czuwa. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że otworzyłam okno w tym momencie, w którym pan Józef krzyczał, a pies szczekał? - dodaje Łangowska.

Czytaj także

Dogadali się z Filipem

Jak podają chojniccy policjanci, 83-latek ugrzązł w mokradłach i był zatopiony w wodzie prawie po samą szyję. Wołał o pomoc. W mokradłach siedział też pies. - Byłem tam pierwszy. Pan Józef leżał nad brzegiem błota oparty o brzozę. Po pachy w błoto wpadł, ale policjant który ruszył po tego faceta – mówi pan Marek. To zięć pana Franka, sąsiada Łangowskiej. - Znam te błotka, bo na ryby tam chodzę. Pana Józefa też tu widywałem z psem. Dlatego żona od razu dzwoniła na 112. W ośmiu ludzi go wyciągaliśmy. Kiedy przyjechała karetka i straż, od razu mówiłem, żeby inną drogą dojechać, bo z tamtej strony (od Gutowca – przyp. red.) jest asfalt i bliżej by mieli. Uparli się i zakopali. Jakieś 15 minut trwało zanim strażacy wyciągnęli karetkę z panem Józefem – wspomina pan Marek.
Chojniccy policjanci relacjonują, że funkcjonariusz z Czerska, który ruszył na ratunek, miał utrudnione zadanie, bo 83-latka cały czas bronił wierny pies Filip. Nie chciał dopuścić policjanta do swojego pana i gryzł funkcjonariusza.

- Rzeczywiście mnie też dziabnął. Ale on nie gryzł. Raczej kąsał

– dodaje pan Marek, a żona poszukiwanego wspomina, że kiedy policjanci dotarli do pana Józefa, od razu przyjechali po nią. - Nie mogli sobie dać rady z Filipem. Nikogo do niego nie dopuszczał. Wybiegając z domu, chwyciłam tylko kaganiec, smycz i parówkę – mówi pani Basia. Kiedy dotarła na miejsce, kilka chwil wcześniej Filip został obłaskawiony. - Jeden z policjantów mówił do niego. Mąż też ponoć mu tłumaczył, że oni chcą pomóc. Dał się przekonać. Policjant zdjął marynarkę i zawinął w nią Filipa. Ale jak mnie zobaczył, jak on się cieszył, jak on się czulił. Nawet do samochodu bez problemów ze mną wsiadł – wspomina żona pana Józefa.

Najlepszy przyjaciel

Pies wrócił do domu, a pan Józef trafił do szpitala na obserwację. Dziś rodzina 83-latka zaznacza, żeby nie szukać sensacji, żeby podziękować wszystkim biorącym udział w akcji. - W takich sytuacjach trzeba współpracować ze wszystkimi służbami, bo nawet najmniejszy szczegół może być bardzo ważny. I niech pani dopisze, żeby brać psy ze schronisk. Będą bardzo wdzięczne – mówi pani Ania, córka pana Józefa.

JAK NIE SZKODZIĆ ZWIERZĘTOM?

Ogródki działkowe znów na topie

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
MAGoz44FIRE

74

Dodaj ogłoszenie