Orzechowski czy Nowak, czyli jaka jest prawda o teatrze Wybrzeże

Jarosław ZalesińskiZaktualizowano 
Za Orzechowskiego do teatru wróciła publiczność
Nie należy wtrącać się do rozmowy dorosłych, wiem, ale że rozmowa, jaką rozpoczęła "Gazeta Wyborcza Trójmiasto" artykułem Mirosława Barana, obraca się wokół sprawy i mnie bliskiej, czyli teatru Wybrzeże, zdecydowałem jednak wtrącić się na własnych łamach. Czegoś w niej bowiem nie rozumiem.

Chwytam tezę, bo jest prosta: teatr za poprzedniego dyrektora Macieja Nowaka był, poza paroma "spektakularnymi klapami", przykładem sceny "w świetnej kondycji artystycznej". Za obecnego szefa, Adama Orzechowskiego, jest teatrem w artystycznym upadku. Kłopot mam ze zrozumieniem licznych argumentów, jakie na rzecz tej tezy padają.

Weźmy choćby spektakl "Tytus Andronikus" w reżyserii Moniki Pęcikiewicz. Dla Mirosława Barana - to ilustracja świetności teatru Nowaka. Dowodem to, że w II konkursie na teatralną inscenizację dawnych dzieł literatury europejskiej "Tytus" zgarnął "aż cztery" z dziewięciu nagród. Ktoś niezorientowany pomyśli - no tak, zmiażdżyli konkurencję, prawdziwy knockdown i chapeau bas.

Ale w rzeczywistości to nie "Tytus", tylko "Baal" teatru im. Kochanowskiego z Opola został uznany za najlepszy spektakl w tym konkursie. "Baal" zgarnął w sumie trzy, przepraszam - zaledwie trzy nagrody, no i do tego jeszcze wyróżnienie. Owszem, otwiera się między uhonorowaniem Gdańska i Opola jakaś przepaść - tu "aż cztery" nagrody, a tu zaledwie trzy i jedno wyróżnienie, ale czy aż taka?

W dalszym wywodzie gubię się jeszcze bardziej. O chwale teatru Nowaka świadczy bowiem i to, że "Tytus" zdobył nagrodę honorową za spektakl roku oraz nagrodę za reżyserię od marszałka województwa pomorskiego. Wiem, pamiętam, sam na "Tytusa", bardzo ciekawy spektakl, wtedy głosowałem. Parę akapitów dalej Mirosław Baran stwierdza, że nagrodę honorową marszałka, gdy teatrowi szefował już Adam Orzechowski, dostał także "Blaszany bębenek", a co więcej nagrodę aktorską zdobył jeszcze Krzysztof Matuszewski i Jarosława Tumidajskiego uhonorowano za reżyserię "Grupy Laokoona".
Liczebnie nawet jakby więcej punktów zebrał teatr Orzechowskiego, ale nie dla Mirosława Barana. W tym bowiem przypadku wyróżnienia te "świadczą nie o potencjale sceny, ale o słabości trójmiejskiej konkurencji". Ratunku, ja tego nie ogarniam - pomyślałem w tym momencie - dlaczego jedna i ta sama lokalna nagroda raz świadczy o świetności sceny, a raz o jej funkcjonowaniu na kulturalnym zaścianku? "Cztery nogi dobrze, dwie nogi źle", zaczęło mi się przypominać, i od tego momentu wszystko stało się dla mnie jaśniejsze.

Przejrzysty zaczął mi się np. wydawać wywód o sukcesach teatru Nowaka na festiwalach i pomijaniu przez organizatorów tychże festiwali teatru Orzechowskiego. Do Kalisza, wytyka Mirosław Baran, zaproszono aktorów Orzechowskiego przez dwa i pół sezonu - tylko raz. Ile razy zaproszono teatr Nowaka, Mirosław Baran nie przypomina, bo to rozumie się samo przez się. W rzeczywistości teatr Orzechowskiego przez dwa swoje pierwsze sezony co roku pokazał w Kaliszu spektakl, a jeszcze na finalnej imprezie Marzena Nieczuja-Urbańska odśpiewała "Fado".

Natomiast teatru Nowaka nie zaproszono do Kalisza przez dwa wcześniejsze lata, ani w 2005, ani w 2006 roku. Nic to, "cztery nogi dobrze, dwie nogi źle". Oczywiście - Nowak zdobył np. trzy nagrody za "Demokrację" na festiwalu w Zabrzu, nie myślę przeczyć. Czemu jednak lekceważyć i unieważniać, jak to robi Mirosław Baran, zaproszenie Wybrzeża z "Blaszanym bębenkiem" na Warszawskie Spotkania Teatralne? Przecież o zaproszeniu decydował - Maciej Nowak, już jako dyrektor Instytutu Teatralnego im. Raszewskiego.

Pewnych rzeczy Mirosław Baran nie jest świadom. Pisze na przykład, że reżyserzy nie chcą współpracować z Orzechowskim, solidaryzując się ze zwolnionym Nowakiem. Mówił mi jeden z reżyserów, który na pracę w Wybrzeżu się zdecydował, jak ta solidarność wygląda od kuchni. - Jesteś młody, zdolny - usłyszał w Warszawie - mógłbyś się wybić, reżyserować tutaj, ale, rozumiesz, musiałbyś zmienić sponsora. Pewnych rzeczy, myślę, Mirosław Baran nie czuje.

Jeśli za ilustrację tezy, że młodzi reżyserzy, zapraszani przez Orzechowskiego, robili klapę po klapie, wybiera także Szymona Kaczmarka i jego "Poskromienie złośnicy", to znaczy, że nie czuje ani tego przedstawienia, ani talentu Kaczmarka. Ale to raczej klapa recenzenta niż teatru.
Moja największa trudność nie polega jednak ostatecznie na przyswojeniu argumentacji Mirosława Barana. Kiedy pisze się pod z góry przyjętą tezę, jest czymś naturalnym i zrozumiałym, że nagina się do niej fakty. Największą zagadką jest dla mnie żywotność w Gdańsku mitu Macieja Nowaka.
Nie jest, zapewniam, moją intencją pomniejszanie jego osoby.
Ani z racji jego postury, ani z racji jego osiągnięć nie byłoby to słuszne. Jestem mu wdzięczny za tych kilka naprawdę wartościowych przedstawień, jakie w Wybrzeżu wyprodukował, jak i za wcześniejsze rozkręcenie Nadbałtyckiego Centrum Kultury. Zadziwia mnie jednak atmosfera, jaka wytwarzała się po jego odejściu i z jednej, i z drugiej funkcji. - Nie wiedziałem, że takie ze mnie lody na patyku - komentował niegdyś sam zainteresowany. A jednak panie Macieju, a jednak.
Może Maciej Nowak leczy po prostu część lokalnej elity z jej kompleksu prowincji?

Były dyrektor Wybrzeża dawał poczucie uczestniczenia w sukcesie, w czymś głośnym, żywo komentowanym, spektakularnym. Mówiła o nas cała Polska - takie przeświadczenie wydaje się przebijać przez mit o bezdyskusyjnym i bezapelacynym artystycznym sukcesie teatru Nowaka. Ten mit - to tylko my stanowimy wartość, a wszystko inne jest bezwartościowe i mieszczańskie, fe - wytworzył wokół siebie sam Nowak i jego środowisko, i tak już na wieki wieków w Gdańsku zostało.

Jak silnie mit ten zniekształca percepcję rzeczywistości, widać nie tylko w artykule Mirosława Barana, ale i w innych wypowiedziach w dyskusji "Gazety Wyborczej Trójmiasto". Jeśli reżyser Andrzej Mańkowski potrafi opowiadać, że teatr Orzechowskiego, w połowie oparty przecież na przedpremierach, jest sceną "porządku, spokoju i przewidywalności", w przeciwieństwie do teatru Nowaka, to znaczy, że teza "cztery nogi - Nowak, dwie nogi - Orzechowski" niektórym przesłoniła cały świat.

Nie chcę lekceważyć dochodzących z teatru sygnałów o złej współpracy między zespołem i dyrektorem. Jeśli spektakl "Wiele hałasu o nic" ma być odbiciem tej współpracy, to nie ma się z czego cieszyć. Mam też świadomość, że część aktorów nigdy nie wybaczy Orzechowskiemu tego, że przyłożył rękę do aktu królobójstwa w teatrze. Żałuję co prawda, że zespół nie dostrzega faktu, iż za Orzechowskiego wróciła do teatru publiczność, której jest na spektaklach Wybrzeża w tej chwili dwa razy więcej(!) niż za Nowaka, ale rozumiem te emocjonalne rany.

Nie bronię Orzechowskiego, bo ani mi on brat, ani swat. Sam na łamach "Teatru" ganiłem jego styl wtrącania się w pracę młodych, zapraszanych reżyserów. Bronię faktów. W dyskusji o teatrze Wybrzeże trzeba by na początek więcej rozsądku i rzetelności, a mniej mitów. Wtedy bowiem może się okazać, że "cztery nogi dobrze, ale i dwie nie tak znów źle".

polecane: Wyniki wyborów parlamentarnych 2019

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie