Opowieści nie tylko o śmierci: Zaręczyny ze śmiercią [OPOWIADANIE]

Krzysztof Maria Załuski
Krzysztof Maria Załuski
123rf
Udostępnij:
Wybiła piąta. Marzena spojrzała odruchowo na zegar. Potem weszła do kuchni. Barszcz, pierożki, marynowane grzyby, karp po żydowsku, ciasta – wszystkie dania były już od dawna gotowe, czekały tylko, żeby wnieść je na stół…

Otworzyła lodówkę. Piwo i butelka polskiej wódki leżały wciśnięte pomiędzy pomidory i sałatę. Na najwyższej półce stał tort z wiśniami, czekoladą i całą masą bitej śmietany, a niżej szarlotka, którą zrobiła specjalnie na dzisiejszą okazję.
„Kurt powinien już dawno tu być”, pomyślała.

Była zdenerwowana. Otworzyła puszkę piwa i zapaliła papierosa. Nie miała ochoty ani na telewizję, ani na radio. Zaręczyny z Kurtem przesłoniły jej cały świat. W myślach wybierała mu już garnitur, a sobie ślubną suknię: białą falbaniastą, bo po co wszyscy mają widzieć. I koniecznie z welonem i sztucznymi perłami… A po ślubie zamieszkają w domu jego rodziców, w Schwarzwaldzie, ale dziecko urodzi tutaj, w Polsce. I tutaj je też ochrzci.
„Dlaczego go nie ma? Przecież wiedział, że specjalnie zwolniłam się z pracy, żeby to wszystko przygotować.”

Kurt mieszkał za Odrą, we Frankfurcie. Od paru miesięcy przechodził wieczorami na polską stronę. Wstępował do baru, w którym pracowała Marzena. Wypijał pięć butelek Lecha, wypalał pół paczki f6 i około dwunastej wracał do domu. Kiedyś powiedział jej, że w „Smoku” nie zjawił się przypadkiem – przecież mógł trafić do innej z dziesiątek takich samych nadgranicznych knajp – i to, że wybrał właśnie ten bar, i że spotkał w nim Marzenę jest potwierdzeniem jego teorii… Kurt wierzył bowiem w istnienie dobrego i złego fatum. Twierdził, że nic nie dzieje się bez powodu, ponieważ każdy człowiek został, jeżeli nie stworzony, to przynajmniej zaprogramowany do wypełnienia jakiejś misji – bez względu na to, czy jest to coś zupełnie banalnego, czy coś, od czego zależeć będą losy świata.

– No bo pomyśl, czy to przypadek, że urodziłem się tysiąc kilometrów stąd? Dlaczego moja matka nie wyszła za amerykańskiego żołnierza, albo za szwajcarskiego chłopa? Może byłbym teraz Amerykaninem i nie musiałbym pokutować za niemieckie grzechy. Widzisz, każdy z nas nosi w sobie gen szczęścia, albo gen nieszczęścia. Od tego, jakie otrzymaliśmy od Boga zadanie zależy nasze życie… A ty? Czy wiesz już co w sobie nosisz?

Takie pytania Kurt stawiał nie tylko Marzenie. Pozornie naiwny, pozornie obojętny, w rzeczywistości prowokował agresywne odpowiedzi. I może dlatego Niemcy, którzy tak jak on przychodzili do „Smoka” napić się tańszego piwa, nie mieli ochoty z nim rozmawiać. Czasem jego łamanej polszczyzny słuchali Polacy, ale tylko dopóki stawiał im piwo… Marzena była chyba pierwszą osobą, która słuchała go z takim zainteresowaniem i chyba jako jedyna dostrzegała w tym co mówi jakieś logiczne ciągi – tyle, że rodzaj logiki Kurta nie miał nic wspólnego z jej logiką. Zresztą wcale nie próbowała odpowiadać na te pytania. Kochała go, i tak naprawdę tylko to się dla niej liczyło… Siedząc za barem naprzeciwko Kurta, patrzyła jak gestykuluje, jak odgarnia z czoła przydługą grzywkę, i jak osuwa się w otchłań pijackiego niebytu.

Marzena nie lubiła kiedy Kurt się upijał. Sama też starała się nie pić, zwłaszcza od czasu, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Jej jednak było łatwiej – uciekła przecież z domu przez wódkę… Była pewna, że Kurt przestanie pić, kiedy urodzi się ich dziecko­… A jednak czasem, patrząc na niego, widziała swojego ojca: pijanego, utytłanego błotem i odchodami. I matkę, która też piła całe życie – jeszcze do niedawna zdarzało się, że sąsiedzi znajdowali ją nad ranem pod blokiem: okradzioną, pobitą, nieprzytomną­.
Zegar znowu zaczął wybijać pełną godzinę i Marzena ponownie spojrzała w jego tarczę: wypolerowaną i lśniącą jak słońce. Nawet nie zauważyła, kiedy minęły dwie godziny. Ani że wypiła cztery puszki piwa… Teraz pytania Kurta stały się zupełnie proste. Marzena odczytywała je na zupełnie innym poziomie. W tej chwili nie liczyły się już pojedyncze słowa, lecz atmosfera. Nie liczył się też ani czas, ani przestrzeń. Wszystko działo się poza nimi.

– Gdzie on jest? Gdzie jest ten pijak? – wyszeptała.

Narzuciła na plecy pelerynę i wybiegła w deszcz. Podwórko tonęło w ciemnościach. Z okien dwukondygnacyjnych kamienic słychać było pobrzękiwanie talerzy, sztućców i szklanek. Marzenie wydawało się, że słyszy melodię niemieckiej kolędy, którą kiedyś przed zaśnięciem śpiewała jej babcia­… Ale przecież ona nie żyła już od dwudziestu lat, więc to musiała być jakaś zupełnie inna melodia. Marzena zatrzymała się jednak, ale w tej samej chwili głos umilkł. Teraz słyszała już tylko nieznośny szum, dobiegający gdzieś z wnętrza czaszki… Ten szum słyszała zawsze, kiedy się upiła, i kiedy ogarniała ją ta dziwna niemoc; ta dziwna bierność, która obezwładniała ją do tego stopnia, że miała wrażenie, iż przestaję być sobą. I że jej ciało zaczyna żyć własnym życiem, że nie liczy się nic poza instynktami – zaspakajanie pragnienia, głodu i popędu seksualnego. A kiedy Kurt zapytał ją o te geny, zrozumiała, że tamta niemoc wywołana jest właśnie przez gen śmierci – to on jest tym pijackim fatum, które dziesiątkuje jej rodzinę od kilku pokoleń… Ale teraz przecież musiała iść w ten deszcz i w tę ciemność. Musiała odnaleźć Kurta.

Nie było go w żadnej knajpie, postanowiła więc przejść na drugą stronę Odry. Nigdy nie robiła tego sama, tym bardziej w nocy – Kurt mówił jej, że po drodze ktoś może ją skrzywdzić… Minęła postój taksówek i dancing, przed którym jak zwykle stali samotni podpici mężczyźni. Znała ich, bo niektórzy z nich przychodzili do „Smoka”. Na jej widok zamilkli. Czuła, że coś się stało. Wreszcie któryś powiedział jej, żeby wracała do domu, bo Kurt nie żyje.

­– Skiny czekały na niego za mostem. Zwiał między bloki, pewnie myślał, że ktoś otworzy mu drzwi, albo zadzwoni po gliny. Ale ludzie pozamykali się i nikt nic nie słyszał… Wiesz jak to jest; każdy się boi. Kurt zeskoczył z dachu, ale…

– Gdzie on teraz jest? – zapytała Marzena.
– Niemcy już go zabrali. Z jakąś godzinę temu.
– To nieprawda! – krzyknęła.

Marzena biegła wzdłuż wałów, w stronę portu jachtowego. Widziała jego światła, jak zataczają coraz większe kręgi nad wodą, jak skrzą się pomiędzy falami deszczem ognia. A kiedy nie mogła już złapać tchu, usiadła i zapaliła papierosa. W rzece odbijał się księżyc. Z budki strażniczej usłyszała niemiecką kolędę swojej babci. Wtedy zaczęła wymiotować.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

J. Parys: Zajęcie statków przez władze Doniecka to rodzaj odwetu

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie