Krzysztof Tyniec: Wiem, że lepiej nie wpadać do szuflady

Ryszarda Wojciechowska
"Lubię jak się ludzie do siebie uśmiechają" - mówi Krzysztof Tyniec
"Lubię jak się ludzie do siebie uśmiechają" - mówi Krzysztof Tyniec Piotr Panfil
Dla jednych to groteskowy doktor Wstrząs z popularnego serialu "Daleko od noszy". Dla innych zaś świetny Pignon z "Kolacji dla głupca". Dla większości to niezapomniany biesiadny wodzirej. Z Krzysztofem Tyńcem o tańcu, szufladzie i celebrze - rozmawia Ryszarda Wojciechowska

Mimo że w tym zawodzie nietrudno wpaść do szuflady, to Pan się szufladkowaniu wymyka. Ale łatwo nie było. Bo długo kojarzył się Pan z piosenką biesiadną.
Jeszcze wcześniej próbowano mnie szufladkować jako Pana Fasolę, ponieważ przez wiele lat prowadziłem ten program dla dzieci. A kiedy w moim życiu pojawił się kabaret Olgi Lipińskiej, to z nim mnie identyfikowano. Potem była Gala Piosenki Biesiadnej, teleturnieje. Tych szuflad w naszej aktorskiej aptece może być wiele. Ale ja je sobie swobodnie otwieram i trochę się jednak wymykam zamknięciu mnie w jednej z nich.

Szuflada nie musi być dzisiaj niczym złym dla aktora.
Nie mniej lepiej do niej nie wpadać. A Gala Piosenki Biesiadnej odniosła rzeczywiście ogromny sukces i to z takim skutkiem, że przyczepiono mi etykietkę wodzireja Rzeczpospolitej. To zaszczytne miano i chełpię się tym. Żeby się już nie rozklejać powiem tylko, że ta dekada z Galą była wspaniałym okresem w moim życiu. Ale już bym dziś nie wrócił do tej samej rzeki. Na podobne propozycje mówię: - Nie, to już odpłynęło i róbmy coś innego.

Dubbing zaczął się...
...od myszki Miki ale potem był Goffy. Goffuję zresztą do dziś. No i rola w Królu Lwie albo Dżina w Aladynie, którą sobie najbardziej cenię, bo Dżin musiał za każdym razem, kiedy się przeistaczał mówić innym głosem.

Teatr jest ważny?
Nie chciałbym używać wielkich słów. Mówić, że teatr to dom. Ale w moim zawodowym nurcie jest najważniejszy. W teatrze jestem od 1981 roku i nadal mnie pociąga ten magnetyzm teatralnych desek. To miejsce szczególne, w którym lubię być.

Na drugim biegunie jest serial "Daleko od noszy". Też Pan w nim grał przez wiele lat.
I nadal słyszę za sobą: doktorze Wstrząs. Tak za mną wołają (śmieje się). Pamiętam jak kiedyś na plaży jakiś mężczyzna biegł za mną i wołał: panie Krzysztofie, panie Krzysztofie. A ja nic. Nawet się nie obejrzałem. Dopiero jak krzyknął: doktorze Wstrząs, zatrzymałem się. Dopadł mnie zdyszany, mówiąc: - Tak pędzę za panem, bo ja też jestem lekarzem, tyle że w Kudowie Zdrój. I chciałem panu powiedzieć, że to, co pokazujecie w tym serialu, wcale nie jest farsą. U nas tak jest. - To może ja u was etat złapię - odparłem? Niech pan przyjedzie, to pogadamy. Tak to jest. Serial wchodzi w życie, życie wchodzi w serial. Ale miło się przy "Daleko od noszy" pracowało. Tworzyliśmy zgraną paczkę i kiedy kończył się dzień zdjęciowy, nie chciało nam się jeszcze iść do domu. Żartowaliśmy, że coś byśmy jeszcze sobie pokręcili albo siadaliśmy w garderobie, opowiadając dowcipy z planu zdjęciowego.

Film Pana nie pokochał.
Tak bywa. Ostatnio zagrałem u Konradów dwóch: Szołajskiego i Aksinowicza. Ale ich filmy nie zyskały uznania publiczności. Ja nie mam szczęścia do filmu. A trzeba utrafić w ten jeden. I jak człowiek trafi, to powiedzą, że świetnie zagrał i sypną się dalsze propozycje. Ja nie trafiłem na swoje filmowe pięć minut. Może w drugim wcieleniu?
Wraca Pan jeszcze wspomnieniami do Tańca z gwiazdami?
Tak, zwłaszcza wtedy, kiedy dzwonią do mnie z supermarketu (śmieje się).

Po co?
Żebym zatańczył między stoiskiem rybnym, a wędliniarskim. Naprawdę miałem telefon z ofertą tańca z.... koszykami. Nie żartuję.

I co Pan na to?
Że chętnie, ale jak mi znajdą inne miejsce, między na przykład pralkami i lodówkami. Stwierdziłem: - jeśli mi wykombinujecie jakąś dobrą powierzchnię przy sprzęcie AGD, to może się zdecyduję. Nie wykombinowali.

Ten program przyniósł Pana ogromną popularność.
A czemu nie? Ja taki zawód uprawiam. Ale też przy okazji nauczyłem się tańca towarzyskiego. Dla mnie jako aktora taka nauka była cenna. Wcześniej towarzysko nie tańczyłem. Nie wiedziałem, jak się tę ramę trzyma, albo co i jak w tangu. A jeszcze mi za to płacili. No i zwyciężyliśmy. Dostaliśmy z moją partnerką Kryształową Kulę w nagrodę. Oddaliśmy ją potem Jurkowi Owsiakowi i Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Zlicytowano ją za 9 tysięcy 900 złotych. I bardzo dobrze, że ta kula pokulała się na pożytek innym.

Mówiono wtedy, że Tyniec jest ambitny. Że się zawziął na zwycięstwo. Pamiętam jak Pan ćwiczył w hali garażowej.
Ćwiczyłem w garażu, bo w innych miejscach tak naprawdę nie miałem wiele czasu na ćwiczenia. Nadal byłem aktywny zawodowo. Nie odstawiłem pracy w serialu i teatrze. Moja partnerka taneczna, Kamila Kajak, miała ze mną problem. Bo ja mogłem ćwiczyć tylko przez dwie godziny i to najchętniej po północy. Prywatnie mam zupełnie inny styl pracy. Wcześniej markuję, robię szkic, a dopiero jak jest premiera nanoszę barwę. A ona była przyzwyczajona do modelu siłowego. Czyli do tego, że za każdym razem, na każdej próbie trzeba dać z siebie sto procent.

Po latach ma się tę samą radość bycia aktorem?
Z latami nabywa się coraz większej przyjemności. Bo człowiek coraz więcej potrafi, jest dojrzalszy. No i ktoś go już kopnął, ktoś pogłaskał. Jest z czego czerpać w tej naszej studzience.

Jak głaszczą to pewnie jest przyjemnie. A jak kopią, to bardzo boli?
Komplementy zawsze są miłe. A jako aktor z tym swoim dzbanem próżności potrafię to docenić. Kopnięcie za to się lepiej pamięta. Ale ja staram się wyciągać wnioski z sukcesów i porażek. Tak, żeby mnie zarówno sukces jak i porażka nie przywaliły. Powołam się na mędrca Arystotelesa i jego złoty środek. Trzeba te skrajne opinie zachwalające i dołujące odciąć i zostawić to, co w środku. Wtedy ani megalomania ani nadmierny krytycyzm nie zaszkodzą. Ja wiem, kiedy źle gram. Myśli pani, że jak zagram źle, a powiedzą mi, że jest świetnie, to ja w to uwierzę? Skąd. Nie wierzę w nalepki, które mi inni przyklejają.

Pan nie jest w sercu dzisiejszej celebry. Szczęśliwie?

Poproszę o kolejne pytanie.

Pana ta celebra mierzi? Bo widzę grymas na Pana twarzy.
Mierzi mnie kwaśna albo zbyt przesolona zupa. A to mnie nie obchodzi. Nie lubię kolorowych pism. Nie kupuję. Nie czytam, co kto o mnie pisze. Czasami przypadkowo na coś trafię, ale tak naprawdę nie śledzę tego. Można bez tego żyć.

Ale niektórym młodym wydaje się, że to celebryckie życie to początek i koniec.
Bo oni nie mają nic innego tylko tę celebrę. I ganiają od jednego hotelu do drugiego, tu otwarcie, tam zamknięcie. Marząc o tym, że ktoś im zrobi zdjęcie i jakieś pismo je wydrukuje. I napisze, że dzisiaj jest w takim kapeluszu, bez wąsów albo z wąsami. Do czego może mi to być potrzebne?

A co jest Panu w życiu potrzebne?
Uśmiech. Lubię jak się ludzie do siebie uśmiechają. A kiedy mijam ponurego, myślę - pewnie ma jakiś problem. I wtedy zaciskam kciuki z nadzieją - oby mu to szybko przeszło.

Krzysztof Tyniec - Człowiek o Wielu Twarzach
Krzysztof Tyniec wychowywał się w Zgorzelcu na Dolnym Śląsku. W 1980 r. ukończył studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Przez wiele lat był jednym z aktorów występujących w telewizyjnym kabarecie Olgi Lipińskiej. W latach 80. występował w roli Pana Fasoli w muzycznych programach dla dzieci: "Fasola" oraz "Tik-Tak". Prowadził takie teleturnieje jak "Idź na całość", czy "Koło Fortuny". W latach 90. został gwiazdą koncertów "Gali Piosenki Biesiadnej". Zajmuje się też dubbingiem i konferansjerką. Zwyciężył 5. edycję programu TVN - Taniec z gwiazdami. Występował w serialach takich jak "Klan", "Dylematu 5". "Tygrysy Europy" i "Daleko od noszy".

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jaś zielony

O tym technikum to przenośnia kabaretu Pietrzaka ?

W
Weronika

On skończył PWST w Warszawie a średnią szkołę skończył w Zgorzelcu.Faktycznie jego ojciec chciał żeby skończył Technikum Energetyczne lub Górnicze.Nawet próbował się tego uczyć, w rezultacie skończył LO.Może zna się wyłącznikach energetycznych, coś tam lizną ...

J
Jaś zielone ucho

Krzysiu nie bądź taki skromny. Po Technikum Energetycznym to duży sukces jak na prostego chłopinę.
Może zostaniesz GŁÓWNYM ENERGETYKIEM UNI EU i zrobisz doładowanie PL. Pozdrawiam Jaś.

Dodaj ogłoszenie