Kalendarium muzyki rozrywkowej: Na co umarł Liberace? (WIDEO)

Dariusz Szreter
Jedna z niezliczonych kreacji Liberace. Estetyczne szaleństwa Eltona Johna i image późnego Elvisa były jedynie marną podróbką jego stylu
Jedna z niezliczonych kreacji Liberace. Estetyczne szaleństwa Eltona Johna i image późnego Elvisa były jedynie marną podróbką jego stylu Materiały prasowe
Udostępnij:
Tekstem o Liberace rozpoczynamy nowy cykl - Kalendarium Muzyki Rozrywkowej. Co tydzień będziemy w nim przypominać ważne, niekiedy sensacyjne, wydarzenia związane z muzyką popularną i show-biznesem, które miały miejsce dokładnie tego dnia, opisywać ich szerszy kontekst i przybliżać sylwetki artystów, którzy w nich uczestniczyli. W piątek, 4 lutego 2011 roku, minęła 24 rocznica śmierci najbogatszego pianisty świata. Przypominamy sprawę jego pośmiertnej "lustracji medycznej".

Informacja o śmierci Liberace nie była wielkim zaskoczeniem dla fanów. Ci, którzy mieli szczęście i dość gotówki, by uczestniczyć, jako widzowie, w jego kolejnym tryumfalnym tournée w październiku 1986 roku (18 koncertów w ciągu 23 dni, dwa i pół miliona dolarów zysku), nie mogli nie zauważyć, że 67-letni artysta jest nienaturalnie wychudzony.

Piano Roll Blues & Strauss

Po raz ostatni Liberace pojawił się publicznie jeszcze w Boże Narodzenie, w telewizyjnym show Oprah Winfrey. Wtajemniczeni wiedzieli jednak, że program nagrano miesiąc wcześniej. Święta Liberace spędził w swojej zimowej rezydencji w Palm Springs, pod intensywną opieką lekarzy i w otoczeniu najbliższych. To oni, 4 lutego 1987 roku, poinformowali o śmierci człowieka, który od bez mała czterech dekad był bożyszczem Ameryki. Oficjalnie jako przyczynę zgonu podano zatrzymanie akcji serca. Nie ukróciło to jednak domysłów. Połowa lat 80. była bowiem w USA okresem lęku, a zarazem podniecenia, wywołanego pojawieniem się epidemii tajemniczej i kojarzonej z grzechem choroby.

Wladziu Valentino Liberace, znany po prostu jako Liberace (czyt. "Liberaczi"), urodził się w 1919 r. w rodzinie polsko-włoskiej. Jego matka z domu nazywała się Zuchowska. Ojciec, sam niespełniony muzyk, dbał o to, by syn mógł rozwijać tę pasję, mimo sprzeciwów żony, która uważała lekcje gry na fortepianie czy zakup patefonu za kosztowne i bezproduktywne fanaberie.
Wzorem dla Liberace był słynny rodak jego matki, Ignacy Paderewski, którego po raz pierwszy usłyszał na żywo w wieku lat ośmiu, i z którym później się zaprzyjaźnił. Początkowo wydawało się, że i on podąży drogą wirtuoza klasycznej pianistyki. W wieku 21 lat został zaproszony do gościnnych występów z orkiestrą symfoniczną Chicago, co stanowiło duże wyróżnienie dla początkującego artysty. Mimo pozytywnych recenzji szybko zdecydował się na rozbrat z muzyką klasyczną, koncentrując się na występach w klubach rozrywkowych, z repertuarem lżejszego kalibru. "Dalej gram klasykę, tyle że bez tych wszystkich nudnych fragmentów" - mawiał.

Szybko trafił do amerykańskiej stolicy hazardu, Las Vegas, gdzie swoimi popisami umilał czas paniom, których mężowie w tym czasie trwonili pieniądze w kasynach. Jego niezwykły wpływ na publiczność, szczególnie żeńską, nie uszedł uwadze jednego z lokalnych impresariów, który szybko zawarł z nim kontrakt. Pomysł wylansowania na gwiazdę pianisty wydawał się szaleństwem, a jednak wypalił. Zadecydowała osobowość sceniczna Liberace, który potrafił nawiązywać magiczny wręcz kontakt z publicznością. Zagadywał, żartował, a podczas swoich małpich sztuczek na klawiaturze przesadnie gestykulował rękoma i cały czas uprzejmie się uśmiechał, od czasu do czasu puszczając oko do pierwszych rzędów.
Prawdziwa popularność Liberace zaczęła się w latach 50. wraz z rozpowszechnianiem się w USA telewizji. Było to wówczas raczkujące medium, którego potencjału ani nawet reguł funkcjonowania nikt nie był w stanie przewidzieć. Liberace miał genialną intuicję. Grając, patrzył i uśmiechał się wprost do kamery. Bezpośrednio do niej zagadywał i opowiadał swoje żarciki. Dzięki temu widzowie mieli wrażenie, że goszczą go u siebie w salonie. W tamtych czasach wiele, szczególnie starszych osób, nie rozumiało dobrze zasady działania telewizji. Sądzili, że skoro oni widzą występujące tam osoby, to i sami są przez nie widziani. Zachowało się wiele anegdot o amerykańskich babciach, ciociach czy mamach zasiadających przed odbiornikiem na cotygodniowe spotkanie z Liberace w swoich najelegantszych ubraniach. Traktowano go jak najlepszego gościa. On dbał zresztą o rodzinną oprawę audycji. Często występował w duecie ze swoim bratem, Georgem, grającym na skrzypcach. Do studia zapraszał swoją mamę, opowiadał publiczności o siostrze i drugim bracie oraz ich rodzinach.

Show Boogie Woogie

W szczytowym okresie telewizyjnej kariery Liberace jego program transmitowało ponad 170 stacji telewizyjnych w całych Stanach, a przed odbiornikami potrafiło zgromadzić się jednocześnie nawet 30 milionów osób. Jedna ze stacji każdy z odcinków powtarzała 10 razy w tygodniu. Nie przejmowano się opiniami krytyków muzycznych, zarzucających pianiście brak wyczucia, upraszczanie i trywializowanie arcydzieł muzyki klasycznej. Jakie znaczenie mogło to mieć dla rzesz gospodyń domowych, stanowiących główną grupę jego fanów? Sam muzyk też specjalnie się tym nie martwił. Miał zwyczaj posługiwać się ironicznym komentarzem: "Płakałem całą drogę do banku" - nie liczą się głosy mądrali, tylko efekt przy kasie.

Jego osobistym sukcesem było przyciągnięcie do programu bogatych sponsorów. Reguły telewizyjnej reklamy też nie były jeszcze jednoznacznie określone. Któregoś razu Liberace zaprosił do programu dyrektora jednego z banków i zachwalał miłą obsługę. W kolejnych dniach bank zanotował przyrost depozytów wartości ponad 600 tys. dolarów.

W miarę przyrostu zer na koncie pianisty otaczał się on coraz większym przepychem, a jego stroje i sceniczne zachowanie stawały się coraz bardziej ekscentryczne. Jeśli dodać do tego fakt, że największą miłością blisko czterdziestoletniego milionera pozostawała cały czas mamusia, zaczęło rodzić to naturalne wątpliwości co do jego orientacji seksualnej. Jako pierwszy odważył się o tym napomknąć w 1956 r. felietonista brytyjskiego "Daily Mirror", William Connor. W tamtych czasach rzecz jasna takiej tematyki nie podejmowano wprost. Dziennikarz zaatakował kiczowaty image pianisty przebywającego akurat w trasie koncertowej w Wielkiej Brytanii. Przy tej okazji napisał, że emanuje z niego seksualizm, który jest zarazem męski, żeński i nijaki. Wśród licznych epitetów pod adresem Liberace Connor użył określenia "o owocowym posmaku" (fruit-flavoured), które było eufemizmem jednoznacznie wskazującym na homoseksualizm. Muzyk pozwał gazetę. Przed sądem zeznawał: "Nie jestem homoseksualistą. Nigdy nie miałem stosunku homoseksualnego. Uważam to za naganne i szkodliwe dla społeczeństwa". Sąd dał wiarę tym słowom i zasądził osiem tysięcy funtów odszkodowania, co pozwoliło Liberace powtórzyć swoje ulubione "płakałem całą drogę do banku".
Ale media łatwo nie odpuściły. Już w kolejnym roku amerykański magazyn plotkarski "Confidential" zamieścił artykuł pt. "Dlaczego przewodnią piosenką Liberace powinna być »Mad About the Boy«?". Teoretycznie chodziło o wielki przebój Dinah Washington z 1952 r., ale skojarzenie było oczywiste. Tytuł piosenki oznacza "Szaleję za chłopakiem". Chłopak zresztą też się w końcu ujawnił. W 1982 r. 24-letni Scott Thorson, ochroniarz i kierowca limuzyny, wniósł pozew o 113 milionów dolarów "alimentów" po tym, jak Liberace z nim zerwał. Thorson nie szczędził pikantnych informacji, m. in. o tym, że jego chlebodawca finansował mu operacje plastyczne, by ten mógł się do niego jak najbardziej upodobnić. Liberace konsekwentnie wszystkiemu zaprzeczał. Zresztą po dwóch latach sąd odrzucił pozew, a były kierowca zadowolił się marnymi 95 tysiącami w ramach ugody.
Wiwisekcja idola

Vegas Show

Ray Carillo, koroner (czyli policyjny histopatolog) z Palm Springs, o śmierci Liberace dowiedział się, jak wielu jego rodaków, z telewizyjnego porannego programu "Good Morning America". Kiedy w kolejnym wydaniu wiadomości usłyszał, że rodzina zamierza wywieźć ciało do Los Angeles i tam je skremować, uznał, że oto nadchodzi jego pięć minut sławy. Nakazał zawrócenie karawanu i przewiezienie zwłok do miejscowego prosektorium, by tam dokonać sekcji. Wieść o tym zelektryzowała media. Prosektorium było dosłownie oblężone przez dziennikarzy. Wreszcie Carillo, otyły, siwiejący, brodaty pięćdziesięciolatek, w za dużym garniturze i przyciemnianych okularach mógł wyjść do nich wszystkich i w blasku fleszy odczytać oświadczenie, że przyczyną śmierci Liberace był AIDS.

Tajemnica, którą ekscentryczny gwiazdor chciał zabrać do grobu, została z niego wydarta skalpelem i objawiona światu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie