Jak uczyć umiejętności transferowalnych

Piotr Dominiak
Traf chciał, że informacji premiera o zmianach w rządzie słuchałem w towarzystwie prof. Jarosława Górniaka z UJ, głównego autora cyklicznych badań "Bilans Kapitału Ludzkiego".

Z wywiadów, z ankiet, z rozmów przeprowadzonych z pracodawcami i szefami działów kadr wyłania się dość klarowny obraz tego, czego pracownikom, szczególnie nowym, brakuje. Okazuje się, że najsłabiej wypadają pod względem takich kompetencji jak komunikacja, umiejętność pracy w zespole. Obie te sprawy wiążą się ze sobą ściśle. Przedstawiciele firm skarżyli się, że kandydaci do pracy pod tymi względami wypadają najsłabiej.

Podczas wielu dyskusji na ten temat mówi się raczej, że szkoły i uczelnie powinny zmienić programy studiów na bardziej praktyczne. Owa praktyczność staje w centrum uwagi, przeciwstawia się jej teorię, jako coś niepotrzebnie zaśmiecającego umysł dzieci i młodzieży.

Ostatnio jeden z pracodawców uskarżał się mojemu znajomemu, że pewien wydział politechniczny źle przygotowuje absolwentów, bo oni nie potrafią obsługiwać stosowanej w jego firmie technologii. Firma produkuje nietypowe produkty, zatrudnia około 20 inżynierów. Facet wini uczelnię, nie zdając sobie sprawy ze śmieszności swego postulatu. Przecież duży uniwersytet nie może kształcić pod konkretne potrzeby każdej z niewielkich firm. Za te konkretne umiejętności, musi odpowiadać właściciel.

Natomiast problem braku umiejętności komunikowania się i pracy zespołowej ma zupełnie inny charakter.Tego typu kompetencje należą do grupy "transferowalnych". Czyli takich, które są możliwe do wykorzystania nie tylko w jednym miejscu pracy, ale w wielu. I tu można rozumieć pracodawców, że nie chcą finansować szkoleń pracowników w tym zakresie. Boją się, po prostu, że po nabyciu tych umiejętności pracownik zażąda podwyżki albo zwolni się z pracy.

Jaki stąd wniosek? To system edukacyjny powinien odpowiadać za taki typ kompetencji. Bo trudno sobie wyobrazić, by prywatny przedsiębiorca chciał inwestować w coś, co może szybko utracić. Wydaje się, że ciężar dyskusji o dostosowywaniu kształcenia do potrzeb rynku pracy powinien być przeniesiony z dyskusji o programach, na dyskusję o metodach nauczania i metodach uczenia się. A to dotyczy wszystkich przedmiotów. Jeżeli w badaniach okazało się, że marne umiejętności komunikacyjne dotyczą kłopotów ze sprawnym posługiwaniem się językiem ojczystym, to tego sama zmiana programów nie załatwi.

Nacisk powinien być zatem położony, przez wszystkich - od ministrów, poprzez regionalne i lokalne władze oświatowe, rektorów i dyrektorów - na wdrożenie innych metod nauczania. I to nie na odległość i nie za pomocą sprawdzania przez testy. A w tę stronę próbujemy iść i tu chyba najbardziej się rozmijamy z potrzebami przedsiębiorców.

Treści, za które warto zapłacić! REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI

Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kasia

Żadna szkoła nie nauczy niczego, jeśli uczeń sam nie będzie tego chciał. System potrafi zniechęcić, ale wystarczy zmienić podejście i pomyśleć o wspólnej nauce z drugą osobą. A od tego już tylko krok do założenia konta w serwisie łączącym osoby o wspólnych pasjach, zainteresowaniach czy ambicjach. Zapraszam wszystkich na www.comlearn.pl. Czekamy tam na Ciebie :)

s
szekla

"Młoda nauczycielka, która za ponad czterdzieści lat przejdzie na emeryturę, dostanie świadczenie odpowiadające wartością obecnym 500 zł. W nie lepszej sytuacji znajdą się przedsiębiorcy."- co na to komuszy ćwok?

e
erwi

A miliony wyjeżdża z PEŁO!!!!!!!!!!!!!!!

K
Krytyk

Prof. Dominiak zdaje się nie dostrzegać daleko posuniętej degeneracji naszego szkolnictwa wyższego. W Polsce mamy najwięcej - jak liczyć na głowę mieszkańca - tzw. szkół wyższych, jest ich około 500! W niemal każdym mieście powiatowym mamy jakąś tam szkółkę wyższą o kuszącej nazwie. Poziom nauczania w większości z nich jest żałosny, w szkołach tych najważniejsze jest aby student wniósł stosowną opłatę a reszta to już jakoś się tam załatwi. Wprawdzie jeszcze do tego nie doszliśmy, że cała "sprawa" może być załatwiona korespondencyjnie .... łącznie z wysłaniem dyplomu! Prof. Dominiak zdaje się tego nie zauważać ... i dywaguje nad jakimiś tam umiejętnościami transferowalnymi, komunikacyjnymi itp. To daremne zawracanie głowy szanowny Panie Profesorze! Lepiej aby Pan zechciał pomyśleć o tym jak tu odbudować nasze zdewastowane szkolnictwo wyższe, które obecnie "produkuje" absolwentów nie dorównujących swoim poziomem dawnym absolwentom szkół średnich, i jak słusznie pisze: absolwentów mających "kłopoty ze sprawnym posługiwaniem się językiem ojczystym". To jest właśnie to nasze edukacyjne osiągnięcie! Na koniec warto zauważyć, że odbudowa najczęściej jest trudniejsza od budowy od nowa!

J
JAŚ

Duże firmy jakoś człeka uchowają. Skąd się bierze problem? Choć jedną z przyczyn jest wybór szkoły(studiów) podyktowaną modą, a nie analizą szans na rynku, oraz brak doświadczenia. Jeszcze w trakcie nauki szukać pracy, po studiach(szkole) jest stanowczo za późno. Potem zostaje jakakolwiek praca. Ogólnie mówiąc, stanowczo jest nas dużo na świecie!

Dodaj ogłoszenie