Hospicjum, kapłaństwo, dialog - to Jego testament

J. Zalesiński wspomina ks. Jana
Ks. Jan Kaczkowski zmarł 28 marca
Ks. Jan Kaczkowski zmarł 28 marca Tomasz Bołt
Po długiej walce z chorobą, w drugi dzień świąt odszedł ks. Jan Kaczkowski.

Moje dziennikarskie spotkania z księdzem Janem... Pierwsze w sopockim mieszkaniu Jego rodziców. Wcześniej oczywiście słyszałem o Jego chorobie, ale kiedy wyszedł przywitać się ze mną, ledwo poruszający się, o lasce, było to dla mnie jednak szokiem. Przechodził akurat ostrą fazę choroby, miało to mocny wpływ na Jego fizyczną stronę. Fizyczną, ale nie intelektualną. Rozmówcą był niezwykłym.

Rozmawialiśmy dość długo, na werandzie. Temat był niełatwy i dla Niego, i dla mnie: wybuchły akurat pewne kontrowersje - nie warto tego teraz wspominać - dotyczące gdańskiego Kościoła, do księdza Jana skierowały mnie osoby, które wiedziały, że ma on o nich coś do opowiedzenia. Rzeczywiście miał - ale mówił o tym, ważąc każde słowo. Potem zresztą dotarły do mnie głosy, że w opublikowanej rozmowie nie zostało powiedziane wszystko. Ja nie miałem o to do księdza Jana cienia pretensji. Widziałem to bardzo wyraźnie już w naszej rozmowie, że dla Niego o wiele ważniejsze niż jakieś osobiste rachunki (wszystkie zresztą unieważnił sam w swoim sumieniu, kiedy spadła na niego informacja o chorobie) było to, by nie powiedzieć niczego, co mogłoby przynieść jakąś szkodę Kościołowi. I o to właśnie starał się najbardziej w naszej rozmowie: żeby być prawdomówny, ale nie zapominać o tym, że jest kapłanem. Byłem po tym spotkaniu pod głębokim wrażeniem lekcji, jaką na temat stosunku do Kościoła udzielił mi wtedy ten młody ksiądz. Stosunku jeśli nawet krytycznego, to i kochającego, na równi.

Czytaj też: Ks. Jan Kaczkowski nie żyje

Kiedy spotkaliśmy się po raz drugi, ksiądz Jan był akurat w lepszej formie. Kręcił się po mieszkaniu, żartował, sypał anegdotami. Za grubymi jak denka butelek szkłami okularów widziało się iskry w Jego oczach. Tylko co ukazała się Jego druga książka, „Życie na pełnej petardzie”, o niej właśnie rozmawialiśmy. To była dla mnie kolejna, frapująca lekcja: nawet w tak granicznym doświadczeniu choroby żywa wiara może pozwolić na życie na pełnych obrotach. Nie dlatego, że wszystko się jakoś samo łatwo rozwiązuje, bo ksiądz Jan, choć mówił o tym bardzo oszczędnie, nie ukrywał, że Jego droga nie była wolna od cierpienia, trwogi, mrocznych momentów. Ale jednak - ksiądz Jan żył ku życiu. I póki mógł, cieszył się nim, może nie jak dziecko, ale jak chłopak, którym w jakimś stopniu pozostał. Tak, był na swój specyficzny sposób luzakiem, co tak wyraźnie odbija się w Jego książkach i co pozwalało mu znajdować wspólny język z młodymi ludźmi. Przypuszczam zresztą, że również dzięki temu miał tak cudowny kontakt z chorymi, którzy pewnie nie lubią obok siebie sztywnej, śmiertelnej powagi. Nosił koloratkę z humorem. Krzyż swojej choroby - także.

Lubiłem naciągać księdza Jana na dziennikarskie rozmowy na trudne tematy - np. o stosunku Kościoła do homoseksualistów. Wiedziałem, że to, co powie, zawsze będzie trzymało równowagę pomiędzy otwartością i pryncypialnością. Tak właśnie widział swoje miejsce w Kościele. Chciał być człowiekiem dialogu, środka, uciekał od jednostronności. Był zakochany w Tradycji: dlatego tak cenił sobie papieża Benedykta. A zarazem Jego stosunek do ludzi miał w sobie wiele z miłosiernego przesłania obecnego papieża. Można ubolewać, że w Kościele nie ma dziś nazbyt wielu ludzi łączących te dwie postawy. I ubolewać, że nie ma już wśród nich księdza Jana.

W którejś z tych naszych kilku rozmów mówił mi z autentycznym żalem o pani - imię nieważne - która umarła w puckim hospicjum pod Jego nieobecność. Mówił o tym z nieudawaną pretensją: obiecywała, że zaczeka, i nie zaczekała. Jestem pewien, że kochał wszystkich swoich chorych, i że ostatecznie to oni stali się dla Niego najważniejsi. W swojej ostatniej książce napisał, że najbardziej gryzie się tym, czy po Jego odejściu hospicjum przetrwa. Hospicjum to Jego testament. A wraz z tym - Jego kapłaństwo, Jego postawa dialogu, no i ten Jego kochający stosunek do życia, ze wszystkim, co ono człowiekowi przynosi.

Nie żyje ks. Jan Kaczkowski

Wideo: TVN 24

Wideo

Komentarze 8

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
syla
ale z tego testamentu kochanego księdza Jana niewiele zostanie,już nie jest tam taka opieka nad chorymi jak była za jego życia....kota nie ma a myszy harcują.....
s
syla
Kiedyś może zmądrzejesz,jak nad grobem będziesz stał
n
normalna
Blokujcie prosze tak okrutne i brutalne komentarze.
K
Krol KiK
Kiedy Pan z gory zawola wezmie nawet i mongola.
K
Krol KiK
Jesli mi brakuje taktu to wsadz #uja do kontaktu, jak juz przyjda fazy zmienne odpierd#lisz sie ode mnie.
m
michał
Brak Ci nie tylko rozumu ale i taktu.
B
Baribal
Wogole po co zyl i dlaczego tak dlugo? Spartanie podobnego zdechlaka zrzucali ze skaly. Onkocelebryta to korporacyjny wydrwigrosz. Pieciu minut nie przepracowal uczciwie. W sredniowieczu gdanszczanie potrafili wywlekac kaplanow z kosciolow, ganiac ich po ulicach i walic ich czym popadnie i gdzie popadnie. W bibliotece PAN-u na ulicy Walowej zachowaly sie ryciny z epoki jak- niech bedzie motloch- gonil gosci w sukienkach z wsciekloscia zomowcow w stanie wojennym. Po dopadnieciu przelajdaka wypruwano mu flaki. Czlowiek z epoki zoltej cizemki byl madrzejszy od wspolczesnego barana, ostrzyzonego przez chciwego "pasterza" i ktoremu zostalo tylko tyle runa, ze wystarczylo na moherowy beret. Dzien w ktorym Kaczka przestala kwakac jest moim najpiekniejszym dniem w zyciu. Ksiedza Jana mamy juz u Pana. Hosanna. Nawet Janek dostanie ode mnie wianek, gdybym to ja dziewica byla.
Z
Zenon
Dzisiaj w radiu puszczano wypowiedź abp. Gocłowskiego, o "księdzu Jasiu". Wychwalał go. Zapomniał jednak, że ze względu na jego poważną wadę wzroku, nie chciał go wyświęcić. Dopiero inni kapłani wpłynęli na niego, aby zmienił swe zdanie. No cóż. O Stelli Maris nie pamięta, więc trudno, aby pamiętał o takim szczególe.
Dodaj ogłoszenie