Gdy wiersze były z ołowiu

Irena Łaszyn
Kazimierz Stopa był zecerem, składał tekst literka po literce. Dziś drukarni czcionkowych już nie ma. W pomieszczeniach, w których powstawał "Dziennik Bałtycki",  jest garaż
Kazimierz Stopa był zecerem, składał tekst literka po literce. Dziś drukarni czcionkowych już nie ma. W pomieszczeniach, w których powstawał "Dziennik Bałtycki", jest garaż Fot. Grzegorz Mehring
Udostępnij:
Czy ktoś wie, ile waży czcionka? A skład potrzebny do wydrukowania książki? Co to jest kaszta? Do czego służy drewniak? Kazimierza Stopę, dawnego zecera, który szuka wiatru w polu, chce odkurzyć ołów i napisać książkę o drukarniach czcionkowych w Gdańsku, przedstawia Irena Łaszyn

Nazywa ich drucikami. Tych wszystkich komputerowców, którzy się pojawili nie wiadomo skąd, wygryźli zecerów i zaczęli robić gazetę na odległość, nie wychodząc zza czyściutkiego biurka. Nie, żeby negował potrzebę zmian i tęsknił za epoką ołowiu. Nie neguje i nie tęskni, bo to była ciężka robota. Do komputerowców nic nie ma.

Pretensje ma do tych, którzy zachowali się jak barbarzyńcy, niszcząc wszystko, co było przedtem. Uważa bowiem, że pewne rzeczy trzeba chronić przed utylizacją, zachować dla potomnych, choćby w celach edukacyjnych. Tak jak lokomotywę parową PM3, stary wiatrak czy za przeproszeniem - cep. Po to są skanseny, muzea i izby pamięci. Trudno jednak płakać nad rozlanym mlekiem.

Skoro już się czegoś fizycznie ocalić nie da, to należy zachować to przynajmniej na kartach albumów i książek.
- Dziś uczeń szkoły poligraficznej nie wie, jak wygląda linotyp i co to jest kaszta - nie może się nadziwić Kazimierz Stopa.
- A co to jest kaszta?
- Taka szuflada z przegródkami, w której mieściły się czcionki i inne elementy.
- Te z ołowiu?
- Z ołowiu, z dodatkiem antymonu i cyny. Takie metalowe słupki, które na górze miały główkę w kształcie drukowanego znaku, a na dole wyżłobienie, zwane żłóbkiem. Zecer te czcionki składał. Musiał czytać do góry nogami i w odbiciu lustrzanym jednocześnie.

Stopa miał szesnaście lat, gdy trafił do zecerni. Mały był, do kaszt w regale nie sięgał, a tu w jednym miejscu paneuropa, w drugim kursywa, w trzecim - excelsior. Ktoś podstawił mu skrzynkę, no to na nią wszedł. Przyszedł pewien stary drukarz, skrzywił się. - Nic z ciebie nie będzie - zakomunikował. - Chcesz z tą skrzynką ganiać po całej zecerni?

- To było w połowie lat 50., w filii Gdańskich Zakładów Graficznych przy placu Wałowym - wspomina. - Powstawały tam głównie plakaty. Drukowano je na starych wielkich maszynach typu Helenka. Nakładaczka stała przy jednym końcu i nakładała poszczególne arkusze papieru, starając się trafić dokładnie na cylinder; odbieraczka, przy drugim końcu, odbierała druki. Część z tych czcionek wykonana była z drewna gruszkowego. Mówiło się na nie - drewniaki.

Dziś zakładu na placu Wałowym nie ma. Podobnie jak pozostałych drukarni czcionkowych, w których pracował. Nie został po nich kamień na kamieniu, nie uchowała się ani jedna czcionka, choć teraz byłaby na wagę złota.

Kazimierz Stopa krąży więc między Świętojańską, Łąkową, Słowackiego, Bracką i Targiem Drzewnym. Zagląda w ciemne zaułki, za wysokie płoty i w nowe okna. Szuka wiatru w polu.
- Zniknęły drukarnie i ich wyposażenie - martwi się. - Przecież linotyp, takie urządzenie do składania gotowych ołowianych wierszy, kosztował milion złotych! Pani wie, ile zarobili złomiarze, a ile stracili przyszli drukarze, uczniowie szkół poligraficznych?
W Gdańskich Zakładach Graficznych przy Świętojańskiej drukowały się książki Stanisławy Fleszarowej-Muskat, literatura marynistyczna, m.in. popularne w latach 60. i 70. "Miniatury Morskie" oraz teksty po kaszubsku, co w owych czasach było ewenementem.

Wszystko składało się w ołowiu, jakże by inaczej, każdą literkę i każde słowo, każdy wiersz i każdą szpaltę. Ktoś policzył, że czcionki i inne elementy potrzebne do wydrukowania jednej książki ważyły tonę!
Stopa składał dzieła wybrzeżowych pisarzy. I zapamiętał, że do zecerni, na drugim piętrze, zachodził artysta malarz Antoni Suchanek, siadał przy oknie, spoglądał na dachy kamieniczek, kościół NMP i Kaplicę Królewską, szkicował.

- Z tych szkiców powstawały potem pocztówki - uśmiecha się Kazimierz Stopa. - Można je było kupić w kioskach Ruch.

Wspomina pracę w spółdzielni Nowator, która - za pomocą ołowianych czcionek - drukowała wizytówki, zaproszenia ślubne, dyplomy, a w latach 80. także legitymacje Solidarności. Pracę w drukarni stoczniowej, gdzie były rosyjskie czcionki z cyrylicą i grażdanką. I pracę w Prasowych Zakładach Graficznych przy Targu Drzewnym, w których drukował się "Dziennik Bałtycki", "Wieczór Wybrzeża" i "Głos Wybrzeża".

- Po zecerni już nie ma śladu - mówi. - A drukarskie maszyny rotacyjne stały tam, gdzie teraz jest garaż. Po tych szynach, zalanych w betonie, przewożono bele papieru na wózkach.
Najbardziej nerwowo było w stanie wojennym. To tu, 13 lutego 1982 roku Stanisław Danielewicz, dziennikarz muzyczny współpracujący z "Dziennikiem Bałtyckim", zamieścił słynną recenzję płyty "Incognito" Amandy Lear, z powodu której trafił potem do więzienia. Pierwsze litery akapitów układały się bowiem w hasło: WRONA skona. WRON to była Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, na czele której stał gen. Wojciech Jaruzelski.

- Te inicjały wycinało się w metalu i robiło się miejsce, np. na A - tłumaczy Stopa. - Danielewicz sam o to zadbał, redagując odpowiednio tekst, zecer czy linotypista nie miał w tym udziału. Początkowo nikt się nie zorientował, a potem wybuchła afera.

W drukarni działy się też inne rzeczy. Np. linotypista Krzysztof Majewski, szef zakładowej Solidarności, drocząc się z cenzurą, która nakazywała usunąć jakiś fragment tekstu, próbował zostawiać białe plamy. I na linii Komitet Wojewódzki PZPR - drukarnia - dyrekcja ciągle wrzało.
Barwne czasy. I barwne wspomnienia. Te kaszty, długie stoły, odlewy w ołowiu, montowanie składu, duże szufle formatu A0, łamanie, odbijanie na prasie.
- Z odbitego pozytywu odbijało się negatyw w ołowiu, półokrągły, dopiero z tych półwalców się drukowało - usiłuje tłumaczyć.
Stopa jako zecer przepracował ponad 30 lat. Ołowicy się nie nabawił, choć niektórzy tą chorobą straszyli. Może dlatego, że zecerzy regularnie dostawali mleko, a w ciężkich kryzysowych czasach nawet cytryny?

Twierdzi, że zecer jest jak kowal. Fachowiec w stanie spoczynku. Hasło w krzyżówce, zawód wymarły.
Gdy go zwolnili w latach 90. ze spółdzielni Nowator, poszedł na bezrobocie. A potem roznosił mleko, był palaczem c.o., sprzedawał ryby na dzikim targowisku, gazety w dworcowych tunelach i… obok kiosku Ruchu przy Kartuskiej.

W towarzystwie pana, oferującego papierosy po zniżkowej cenie. W książce "Supermarket", którą parę lat później napisał, jest taki fragment: "Stojąc całymi godzinami z plikiem gazet, kiedy chwilowo nie było klientów (…) przeliterował tytuł »Trzecia żona Urbana!«. I kiedy w Toposie studentki schodziły po opuszczeniu kolejki, zaczynał koncert:
- Czwarta żona Urbana!
- Piąta żona Urbana!
- Szósta żona Urbana!

Urban, głośny rzecznik prasowy czerwonego rządu Jaruzelskiego w stanie wojennym, ciągle był postacią kontrowersyjną. Gdy więc wykrzykiwał, ile to on ma żon, studentki podchodziły i pytały:
- Panie, to ile tych żon ma ten Urban?
- To jest jurny facet. Tyle co Henryk Siódmy w Anglii…".

W książce jest też o tym, że sprzedawca często marzł w nogi. I bardzo szybko nauczył się, że podwójne skarpety niewiele pomogą, jeśli nie włoży pod stopy wyciętej gazety.
Dziś Kazimierz Stopa ma 71 lat, ale nadal żyje aktywnie. Wstaje o piątej, jak w czasach, gdy o świcie wychodził na spacer z psem.
- Psa już nie ma, a ja ciągle zrywam się o tej samej godzinie - opowiada. - Wychodzę, karmię osiedlowe koty i ptaki. Na śniadanie, do mojej stołówki, najpierw przylatują wrony i krzykliwe mewy, potem sikorki i kawki, a na koniec, gdy już zostają okruszki, zjawiają się gołębie.
Komputera nie dotyka. Nie dlatego, że to dyshonor, bo on jest zecer, a nie drucik. Ktoś mądrzejszy już wcześniej mu wytłumaczył, że czasu nie zatrzyma. Chyba że na zdjęciu lub na kartach książki. Dlatego planuje kolejną publikację.

Tym razem o drukarniach czcionkowych w Gdańsku. Liczył, że dostanie od prezydenta miasta "stypendium kulturalne", by to przedsięwzięcie sfinansować, ale wsparcia, jak usłyszał, nie będzie. Szuka więc innych sponsorów. I dawnych drukarzy, którzy pomogą mu odkurzyć wspomnienia. Może ktoś pamięta drukarnię w Akademii Sztuk Pięknych przy Targu Węglowym? Albo drukarnię Zespołów Śpiewaczych i Chóralnych we Wrzeszczu? Albo drukarnię na statku Stefan Batory?

Może ktoś wie, gdzie trafiły linotypy i inne drukarskie urządzenia? Zainteresowanym podaje numer telefonu: 58 302 84 90. I mówi o artefaktach. To takie wytwory ludzkiej ręki, odkrywane podczas badań archeologicznych. Chciałby je odnaleźć, zanim będzie za późno.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie