Ekspert: to część politycznego kalejdoskopu, choć niekulturalna. Ekscesy podczas 100. rocznicy zaślubin Polski z morzem w Pucku

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński

Wideo

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
Polacy lubią sobie na polityków pokrzyczeć. Lubimy też przeklinać, więc i obelgi się przy tej okazji pojawiają - mówi dr Paweł Maranowski, socjolog polityki, wykładowca Collegium Civitas.

Okrzyki w Pucku na prezydenta Andrzeja Dudę wyznaczą standard kampanii prezydenckiej?

Myślę, że te okrzyki jest to pewnego rodzaju strategia przyjęta przez obywateli niezadowolonych z sytuacji politycznej. Próbuje się inicjatywę związaną z protestami w Pucku przypisać Platformie Obywatelskiej, m.in. w mediach publicznych. Z drugiej strony politycy Prawa i Sprawiedliwości są w trudnej sytuacji, bo przecież kilka lat temu bronili osób, które buczały i gwizdały na Bronisława Komorowskiego. Musieli tłumaczyć się ze swoich słów po tamtych wydarzeniach. Jeśli spojrzymy na „oddolne inicjatywy" mieszkańców, np na niedawne manifestacje poparcia dla reform sądownictwa wprowadzanych przez Zjednoczoną Prawicę, to widać, że one wcale takie oddolne nie są. W tym ostatnim przypadku manifestowało środowisko związane z Prawem i Sprawiedliwością. Nie wiem, jak było w Pucku, ale protest przyniósł pozytywny efekt Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, kandydatce PO na prezydenta.

Czytaj także

Małgorzata Kidawa-Błońska i PO bronią się przed zarzutami, że była to „ich akcja".

Jednak Andrzej Duda w 2015 r. nie spotykał się z gwiżdżącymi na Bronisława Komorowskiego. Kidawa-Błońska z protestującymi w Pucku się przywitała. Myślę, że zyskałaby jeszcze więcej, gdyby nie zaakceptowała stanu rzeczy poprzez spotkanie z gwiżdżącymi na prezydenta Dudę.

Buczenie jest częścią demokracji. W polityków rzucano jajami, tortami...

Nie jest to nic niezwykłego, to część politycznego kalejdoskopu. Buczenie w Polakach siedzi. Lubimy sobie na polityków pokrzyczeć. To rozładowanie frustracji rodzącej się w obywatelach, bo elektoratowi, których ulubieni politycy nie są u władzy, jest po prostu ciężko. Stąd rozemocjonowanie, obelgi, a przeklinać przecież lubimy. Z punktu widzenia kultury osobistej nie jest to właściwe, ale w DNA Polaków wpisane.

Pytanie czy powinno się to objawiać w czasie uroczystości, jak ta w Pucku, która z zasady powinna jednoczyć.

Podobnie jak gwizdanie na pogrzebie czy cmentarzu (kilka lat temu wybuczani m.in. w czasie rocznicy Godziny „W” zostali Bronisław Komorowski i Donald Tusk – red). To jest w mojej opinii zachowanie nieodpowiednie, wskazujące na niską kulturę osobistą. Pokazuje jednak, jak Polacy reagują na politykę i polityków - brakuje refleksji, że może jednak w pewnych miejscach, w czasie święta, buczeć nie wypada. Mówi się, że jesteśmy społeczeństwem podzielonym, choć ja uważam, że raczej różnorodnym, tych segmentów sympatii politycznych jest więcej. Utopią byłoby sądzić, że uda się osiągnąć stan powszechnego zjednoczenia. W dodatku jest w naszym rysie psychologicznym rozemocjonowanie, porywczość. Brakuje poczucia dobra wspólnego, o które należy dbać. Często myślimy, że nasze problemy ktoś powinien za nas rozwiązać, a najlepiej politycy, bo zostali wybrani. To ryzykowne, bo przekazując władzę politykom nie możemy pozbywać się odpowiedzialności. Tkanka obywatelska w polityce jest bardzo ważna.

Prezydent Duda apelował do kontrkandydatów, by kampania była czysta, ale czy on sam, swoimi wystąpieniami, gdy podniesionym głosem grzmiał na sędziów, protestów nie sprowokował?

Andrzej Duda musi być negatywnie nastawiony do sędziów, bo to strategia wpisująca się w działania Zjednoczonej Prawicy, jego politycznego zaplecza. On uczestniczy, choć jest w tym bardziej powściągliwy, w strategii poszukiwania zewnętrznego wroga. Socjologia uczy, że gdy taki jest wskazany, to grupa jego antagonistów staje się bardziej swoista, ludzie się angażują. Kiedyś za wroga mieliśmy uchodźców, potem przedstawicieli grup zawodowych: nauczycieli, lekarzy a sędziowie „wałkowani" są od momentu, gdy PiS doszedł do władzy. Prezydent w swoim wystąpieniu „o pouczaniu w obcych językach" wskazywał jako wroga Niemcy, Francję, Brukselę i angażował swój elektorat, który boi się tego co obce, czego nie zna. Znaczną część wyborców ZP, PiS i Andrzeja Dudy stanowi grupa elektoratu tzw. autorytarnego. Jej przedstawiciele w swoich decyzjach politycznych szukają kogoś, kto nadaje swego rodzaju duchowy ton - odwołuje się do Boga, narodu, jest konserwatystą. To skrajny elektorat chwyta za serce. Ci ludzie szukają przywódców, którzy wskażą co jest dobre, a co złe, kto jest wrogiem, dostarczą prostych odpowiedzi. To zwalnia takich obywateli z odpowiedzialności, w zamian za socjalną opiekę. Badania nad autorytaryzmem w Polsce wskazują, że właśnie ten elektorat mocno w ostatnich latach się zaktywizował, choć z drugiej strony mówią też, że ten układ także się powoli wyczerpuje. Ludzie zaczynają łączyć drożyznę, inflację, z pomocą, którą od państwa otrzymali.

Czy ktoś jest w stanie zagrozić w wyborach Andrzejowi Dudzie, który przewodzi w sondażach? Z drugiej strony jego porażka byłaby ciosem dla rządzącego obecnie Polską układu.

Na pewno byłby to początek rozkładu Zjednoczonej Prawicy. Natomiast do wyborów są jeszcze trzy miesiące. Niczego bym nie przesądzał. To krótko, ale wciąż może wydarzyć się wiele rzeczy, które mogą zaważyć na wyniku. Pamiętamy poprzednie wybory, gdy Bronisław Komorowski stracił przewagę, m.in. przez niefortunne wypowiedzi. Małgorzata Kidawa-Błońska ma do takich wpadek tendencję. Ona musi bardzo mocno zadbać o opiekę specjalistów marketingu politycznego, bo bycie miłą osobą z ciekawą przeszłością nie wystarczy. Andrzej Duda ma ogromną przewagę mimo swoich wpadek. Stoją za nim prorządowe media i finansowe zaplecze. Z drugiej strony prezydent mobilizuje także bardzo mocno swoich przeciwników, ma również na prawicy dwóch kontrkandydatów, którzy będą w stanie odebrać mu głosy. W II turze przepływ elektoratów opozycyjnych będzie raczej zasilał kandydatkę PO. Jednak analizy na trzy miesiące przed wyborami to trochę „wróżenie z fusów". Wiele powiedzą nam trendy w kolejnych miesiącach, komu będą słupki rosły, komu malały, a na tydzień przed wyborami sprawa będzie o wiele bardziej jasna. Chyba, że będzie „fifty-fifty”. Wtedy nikt nie będzie w stanie wyniku przewidzieć.

zmiany w 2020 roku

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie