reklama

Bronią chemiczną w gazociąg

Tomasz SłomczyńskiZaktualizowano 
Jeśli broń chemiczna zalegająca w dnie Bałtyku ma zostać użyta do powstrzymania budowy Gazociągu Północnego, europejscy naukowcy pod polskim przewodnictwem powinni się spieszyć.

Wygląda jednak na to, że pośpiech nie jest możliwy przy realizacji międzynarodowego projektu badawczego, którego nikt oficjalnie nie chce wiązać ze sprawą gazociągu.

W ostatnich dniach października głowy państw i szefowie rządów Europy spotkają się w Brukseli na Radzie Europejskiej. W planie obrad znajduje się przyjęcie strategii UE dla regionu Morza Bałtyckiego. Jak wynika z tego dokumentu, Główny Inspektorat Ochrony Środowiska ma nadzorować międzynarodowy projekt badania amunicji chemicznej w dnie Bałtyku. Jeśli okaże się, że występuje ona na drodze planowanego Gazociągu Północnego, Rosjanie i Niemcy będą musieli przedstawić plan jej usunięcia i utylizacji. A to zdaniem ekologów wiąże się z ogromnym ryzykiem katastrofy ekologicznej. W konsekwencji - konieczność wydobycia broni chemicznej z dna może zablokować inwestycję, która będzie musiała przejść procedurę oceny w Komisji Europejskiej.

Tej procedurze służy raport z oceny oddziaływania na środowisko, który budowniczowie gazociągu opublikowali w lutym tego roku. Wynika z niego, że problemu amunicji chemicznej nie ma. Dokładnie sprawdzono teren, na którym ma być realizowana inwestycja. Naukowcy pracujący na zlecenie budowniczych gazociągu skanowali "korytarz dna o szerokości dwóch kilometrów - pod kątem obecności dużych obiektów. Poszukiwanie zawężano następnie aż do korytarza o szerokości 15 metrów, w którym szukano obiektów wielkości telefonu komórkowego. (…) Oczywiście znaleziono tysiące obiektów, które zostały poddane ocenie przez niezależnych ekspertów. Większość znalezisk (np. stare pralki) była nieszkodliwa" (fragment raportu).

Ekolodzy nie zostawiają suchej nitki na raporcie. Nie przewidziano tam żadnych procedur związanych z usuwaniem broni chemicznej i nie zbadano ich możliwego wpływu na środowisko. Nie przedstawiono też żadnych informacji dotyczących amunicji w wodach należących do Rosji. Nie wspomina się tam o amunicji ukrytej w osadach na dnie Bałtyku, utrudniających jej wykrycie. Poza tym dokument zawiera w sobie braki zasadnicze.

Każdy raport z oceny oddziaływania na środowisko powinien zawierać analizę wariantów, czyli dać odpowiedź, czy planowana inwestycja to rzeczywiście najlepszy sposób na osiągnięcie celu. Tutaj celem jest dostarczenie gazu do Europy Zachodniej. W analizie wariantów powinien się znaleźć taki, który rozpatruje przesył gazu drogą lądową. Tymczasem nic takiego nie znajdziemy w raporcie Nord Streamu. Jak tłumaczą autorzy dokumentu: Trasa lądowa spowodowałaby "większe zaburzenia środowiska, a także musiałaby omijać miasta, miasteczka, drogi, tory kolejowe, uwzględniać kanały, rzeki, rzeźbę terenu, obszary rolnicze, a także wrażliwe ekosystemy i zabytki dziedzictwa kulturowego" (fragment raportu). Wszystko prawda, tylko że najbardziej zasadnym rozwiązaniem byłoby zbudowanie dodatkowej nitki tuż obok istniejącej rury, która obecnie omija miasta, miasteczka i zabytki. Ale wówczas Gazociąg Północny przebiegałby przez teren Polski.
Przywódcy Rosji i Niemiec utrzymują, że inwestycja nie ma nic wspólnego z polityką. Ma to być "projekt paneuropejski" służący dywersyfikacji dostaw gazu do Europy. Włosi, Francuzi korzystają ze złóż afrykańskich, Niemcy z norweskich. Dla nich rzeczywiście to będzie dywersyfikacja, dla nas wręcz przeciwnie - wzrośnie nasze uzależnienie do gazu rosyjskiego.

Urzędnicy komisji, nawet gdyby chcieli powstrzymać budowę gazociągu ze względu na ryzyko wycieku trucizny, potrzebują dowodów na istnienie amunicji chemicznej. Twardych dowodów na razie nie ma. Być może dostarczy ich projekt nadzorowany przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska. Tylko czy ta instytucja ze swoją analizą zdąży na czas? Pracownicy GIOŚ przyznają, że nie da się tego zrobić szybko. Nie wiemy, kiedy badania dna się rozpoczną i kiedy zakończą. Na razie muszą zostać zgromadzone dostępne dane i sporządzona pierwsza ekspertyza. Wówczas powstanie plan działań. Wśród partnerów projektu zapewne nie zabraknie Rosjan i Niemców. Wszyscy będą zgodnie pracowali dla wspólnego dobra, jakim jest czysty Bałtyk. Bo przecież ten projekt badawczy nie jest inicjatywą polityczną. I nie ma nic wspólnego z budową gazociągu.

Po zakończeniu II wojny światowej na terenie Niemiec znalazło się 300 000 ton niewykorzystanego żelastwa zawierającego w sobie substancje określane jako bojowe środki trujące. Szacuje się, że bezpośrednio po wojnie zatopiono w Bałtyku od 6500 do 15 000 ton samej trucizny, głównie w okolicach Gotlandii i Bornholmu. Później przez lata wojska Układu Warszawskiego zatapiały w Bałtyku własne zapasy broni chemicznej. Znane są relacje oficerów, z których wynika, że jednostki nie docierały na miejsce zrzutu. Nie wiadomo dziś, gdzie i ile amunicji zatopiono w ten sposób.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie