"30 lat Samorządu Terytorialnego". Joanna Zielińska, przewodnicząca Rady Miasta Gdyni: Trwa niestety stały spór samorządu z władzą centralną

Szymon Szadurski
Szymon Szadurski
Joanna Zielińska jest nie tylko przewodniczącą Rady Miasta Gdyni, ale także pełnomocnikiem prezydenta Gdyni Wojciecha Szczurka ds. sportu.
Joanna Zielińska jest nie tylko przewodniczącą Rady Miasta Gdyni, ale także pełnomocnikiem prezydenta Gdyni Wojciecha Szczurka ds. sportu. Przemysław Świderski
Joanna Zielińska, przewodnicząca Rady Miasta Gdyni, jest osobą najdłużej ze wszystkich gdyńskich radnych zasiadającą w tym gronie. Mieszkańcy powierzają jej dbanie o ich interesy, głosując na nią w wyborach już od 1994 roku. Z jednym z najbardziej doświadczonych samorządowców nie tylko w Gdyni, ale i na całym Pomorzu, przy okazji rocznicy 30-lecia samorządu terytorialnego w Polsce rozmawiamy m.in. o roli samorządu w codziennym życiu mieszkańców.

Gdy w 1994 roku została Pani radną Gdyni i rozpoczynała pracę na rzecz samorządu, to na zdezelowanej ul. Świętojańskiej tynk z kamienic sypał się przechodniom na głowy, estakada Kwiatkowskiego urywała się na wysokości ul. Morskiej, a wielu mieszkańców i turystów bała się kąpać w brudnym morzu. Czuje Pani, że minęły już niemal trzy dekady i Gdynia jest zupełnie innym miastem?

Te niemal trzy dekady są dla mnie niesamowicie ważnym czasem. Nie tylko w Gdyni zaszły wielkie zmiany. Nastąpił też rewolucyjny skok cywilizacyjny w całym państwie. Wstąpiliśmy do NATO. Poprawiło się tym samym nasze poczucie bezpieczeństwa. Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej. Dało nam to tak duże środki finansowe, że dziś jadąc od najmniejszej wsi do największego miasta widzimy tablice, że z funduszy UE dofinansowane zostały zarówno lokalne drogi, jak i wielkie inwestycje, oczyszczalnie ścieków, kanalizowanie całych dzielnic i autostrady, którymi dziś mamy możliwość szybko się przemieszczać. Najmłodsze pokolenie już nawet nie pamięta, że kiedyś do Warszawy jechało się wąską ulicą, a do Zakopanego, w góry, wyprawa trwała dwanaście godzin. Natomiast wracając do lokalnych spraw, kiedy w 1994 roku zostałam pierwszy raz radną Gdyni, dla mnie, nauczycielki, otworzył się zupełnie inny świat. Znane były mi problemy dzieci, młodzieży, generalnie oświaty, ale zaczęłam też interesować się całym miastem. Miałam wspaniałych, charyzmatycznych nauczycieli. Przede wszystkim Franciszkę Cegielską, ale także Wojciecha Szczurka, wówczas młodego przewodniczącego rady miasta. Pamiętam listopad 1998 roku, kiedy przecinana była wstęga przy ul. Morskiej na estakadzie Kwiatkowskiego. Wtedy następowało to pierwsze scalenie kawałków estakady. Ale tylko na długości od ul. Unruga do ul. Morskiej. Odbierane to było wówczas jako wielkie wydarzenie. Pamiętam też likwidację dzikiego handlu na ulicach, z czym inne miasta walczyły przez wiele lat, a Franciszka Cegielska szybko sobie poradziła. Wielką przyjemnością i zaszczytem było dla mnie, kiedy w latach 1998-2002 zostałam członkiem zarządu miasta Gdyni, gdy jego prezydentem był już Wojciech Szczurek. Początkowo odpowiadałam za projekty, następnie po śmierci nieodżałowanego Macieja Brzeskiego za kulturę, sport i problemy mieszkaniowe. W tym czasie właśnie podjęliśmy uchwałę umożliwiającą remonty zabytkowych budynków w Gdyni. To właśnie spowodowało, że powoli zaczął zmieniać się obraz ul. Świętojańskiej i zyskała ona zupełnie nowy wygląd.

Wypiękniała nie tylko ze względu na remonty kamienic, ale także przebudowę i nowe oświetlenie, za które Gdynia otrzymała zresztą nagrodę w jednym z konkursów.

Oczywiście. Dawniej były inne latarnie. Inaczej, mniej nowocześnie, wyglądał też układ miejsc parkingowych. Natomiast, co jest dla mnie bardzo istotne, wszystkich tych zmian dokonywaliśmy wspólnie z mieszkańcami Śródmieścia, właścicielami i dzierżawcami sklepów. Przypominam, że pojawiały się projekty całkowitego zamknięcia dla ruchu ul. Świętojańskiej. Jednak na skutek licznych konsultacji wybrano wariant, który pogodził interesy wszystkich.

Samorządność niepodzielnie rządzi Gdynią od 30 lat. Taka sytuacja Pani zdaniem rozleniwia lokalną władzę i w pewnym sensie uodparnia na wsłuchiwanie się w głos mieszkańców, jak twierdzi opozycja, czy też raczej ułatwia sprawną realizację własnych pomysłów, bez oglądania się na malkontentów?

Może nie dokładnie Samorządność od tych 30 lat rządzi, bo wcześniej była Akcja Wyborcza Solidarność. Przez pierwsze dwie kadencje zawiązywały się różne, dość oryginalne koalicje, a my jesteśmy dziś kontynuatorem tych działań. Od 1998 roku, kiedy prezydentem miasta został Wojciech Szczurek, rzeczywiście rządzimy już samodzielnie. Taka sytuacja na pewno daje nam możliwość realizacji tego, do czego się publicznie zobowiązujemy. U mnie na półce w pokoju ciągle jeszcze leży nasz program wyborczy z 1998 roku. Mogę stwierdzić, że większość rzeczy, która jest w nim zapisana, została zrealizowana. Staramy się najpierw w połowie, a potem pod koniec kadencji sprawdzać, co udało się zrobić z tego, co obiecaliśmy. Oczywiście nigdy nie jest to sto procent. Ale wówczas szukamy przyczyn, co się stało, że niektóre pomysły nie doczekały się realizacji. Staramy się też je wcielać w życie w kolejnej kadencji. Czy taka pełnia władzy jest dobra? Powiem inaczej. Jest to wielkie wyzwanie i odpowiedzialność. My nie możemy powiedzieć, że czegoś nie zrobiliśmy, bo nam ktoś przeszkadzał, lub poprzednicy niewłaściwie przygotowali projekt.

Czytaj także

Co uważa Pani za największy sukces, a co za najbardziej spektakularną porażkę władz Gdyni w tym okresie?

Największym naszym sukcesem są mieszkańcy. To jest ogromnie ważne.

Ma Pani na myśli rankingi, które wskazują, że ich zdaniem w Gdyni żyje się najlepiej w Polsce?

Ranking jest rankingiem, natomiast ja patrzę na aktywność mieszkańców. To jest dla mnie budujące. Gdynianie są bardzo aktywni przy okazji wyborów samorządowych i parlamentarnych. Myślę, że sprawdzi się ta tendencja także w najbliższych wyborach prezydenckich. W Gdyni mieszkają wspaniali ludzie. Łączą się w najróżniejsze grupy społeczników. Podpowiadają nam, w jaki sposób zmieniać miasto. My się w te głosy wsłuchujemy. Bardzo ważne jest także, że mieszkańcy, co widać było przy okazji pandemii koronawirusa, potrafią zjednoczyć się, zmobilizować do pomocy innym. Seniorzy szyli maseczki. Harcerze je rozwozili. Gdyńscy biznesmeni sami do nas dzwonili i pytali samorządowców, w jaki sposób mogą pomóc. Konkretnymi kwotami, czy też zakupem drogiego sprzętu, wsparli szpitale. Mieszkańcy są wielkim skarbem tego miasta. Z przyjemnością mi się z nimi rozmawia. Ludzie chodzą uśmiechnięci, znają nas, mówią nam dzień dobry. Pamiętam, jak kilka lat temu szłam ul. Świętojańską z prezydentem Szczurkiem. Chcieliśmy omówić jakiś temat, ale nie daliśmy rady. Co chwilę ktoś podchodził, aby porozmawiać o mieście. Co się w nim podoba, co nie podoba, czy nawet o swoich osobistych problemach. Dobitnie to pokazuje, że ludzie nam ufają. Jeśli chodzi o sukcesy, które widać fizycznie, są to oczywiście inwestycje. Dawniej nie było też nowoczesnego, ekologicznego transportu. Dziś jeżdżą supernowoczesne trolejbusy. Podkreślała będę też zawsze nasz wysoki poziom edukacji. Wyremontowaliśmy niemal wszystkie szkoły, przedszkola. Pojawiły się nowe placówki. Wyniki osiągane przez gdyńskich uczniów plasują nas w czołówce w Polsce.

A porażki?

Na pewno nie udało się zrobić wielu rzeczy. Ale nigdy w życiu nie ma tak, że wszystko układa się idealnie, a każdy pomysł w stu procentach da się zrealizować. Dla przykładu jednak, jeśli nadal nie ma Drogi Czerwonej, to nie dlatego, że my ten temat zaniedbaliśmy. Planistycznie mamy przygotowaną tę inwestycję. Ale aby ją zrealizować, potrzebna jest współpraca z rządem, czy sąsiednimi gminami. Dlatego czasami tak się dzieje, że mimo szczerych chęci nie potrafimy się dogadać. Tak samo zresztą ciągle czekam na Obwodnicę Północną Aglomeracji Trójmiejskiej, która pozwoli nam ominąć korki w drodze na Hel.

Opozycja jako Waszą porażkę wskazuje spór z Komisją Europejską o uruchomienie lotniska cywilnego. Wierzy Pani, że tę sprawę uda się jeszcze pozytywnie rozwiązać?

Wierzę. Służby miejskie cały czas prowadzą negocjacje i rozmowy w tej sprawie. Ja osobiście w nich nie uczestniczę, ale bardzo mocno im dopinguję.

Ostatnio narasta spór samorządów z władzą centralną…

Wcale nie ostatnio. Jest to niestety stały spór.

Z czego Pani zdaniem wynika? Na przykładzie edukacji, którą jako nauczyciel zna Pani od podszewki, jest Pani w stanie potwierdzić tezę, że ustawodawcy i rząd zbytnio wtrącają się w lokalne sprawy? Słyszeliśmy przecież m.in., że subwencja oświatowa jest niewystarczająca, likwidacja gimnazjów była nieprzemyślana, a ostatnio kurator oświaty blokuje Wam reorganizację sieci szkół.

Samorządowcy, którzy poszli do władz państwowych, zapominają niestety, czym jest samorząd. Dzieje się tak bez względu na to, kto rządzi. Sytuacja jest naprawdę trudna. Obecny rząd postanowił scentralizować mnóstwo działań. Ogranicza nas. Jeśli chodzi o oświatę, w 1991 roku Franciszka Cegielska postanowiła, że przejmuje szkoły i tak się stało. Kiedy byłam w zarządzie miasta, mieliśmy pierwszą, wielką reformę, powoływanie gimnazjów, czemu towarzyszyły protesty rodziców. Niektórzy z nich nawet okupowali budynek urzędu. Negocjowali wówczas z prezydentem Szczurkiem i jego zastępczynią, Ewą Łowkiel. Ostatecznie udało się dojść do porozumienia. Wszyscy zmiany zaakceptowali. Pani minister Zalewska postanowiła ten stan rzeczy zmienić, wprowadzić reformę tak szybko, gwałtownie, że nie dała nam żadnej szansy, aby to zostało rozsądnie zrobione. Fakty dziś są takie, że każdy samorząd dokłada do edukacji. Najmniejsze z nich nawet 50 procent. My finansujemy oświatę z budżetu samorządu w 40 procentach. Inaczej nie byłoby szans, aby remontować szkoły, budować nowe placówki, w tym przedszkola. Nauczyciele nie mieliby płacone za nadgodziny, zajęcia pozalekcyjne, klasy dwujęzykowe. Żal mi jest, że niektórzy zapominają, iż to samorząd jest najbliżej mieszkańców, najlepiej rozpoznaje ich potrzeby. Warto więc dawać samorządowcom zadania, ale też i finanse do ich realizacji.

Czytaj także

Gdyby została Pani posłanką, nie zapomniałaby Pani, czym jest samorząd?

Oczywiście że nie. Głośno i stanowczo walczyłabym o jego dobro.

Pytam, bo przy okazji wyborów parlamentarnych w 2005 roku, gdy startowała Pani z listy Platformy Obywatelskiej, zabrakło dosłownie o włos, aby taki scenariusz się ziścił. Z perspektywy czasu żałuje Pani, że nie udało się wówczas zaczepić do „dużej” polityki, czy wręcz przeciwnie, cieszy się Pani, że nadal pracuje dla Gdyni?

Nie żałuję, że wtedy się nie udało. Wówczas świadomie podjęłam to ryzyko. Zabrakło rzeczywiście niewiele, około 60 głosów, z tego, co pamiętam. Nie było to jednak dla mnie żadną tragedią. Dziś w ogóle nie oceniam tego w kategorii porażki. Moi wspaniali współpracownicy, Lech Żurek i Marcin Wołek, przeprowadzili mnie wtedy przez całą kampanię, pomagali mi. Nie zaliczyłam też w tych wyborach jakiejś gigantycznej przegranej. Nikt nie miał do mnie pretensji. Z perspektywy czasu mogę natomiast powiedzieć, że to jest najlepsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać, że mogę dalej służyć Gdyni i w tej roli się realizuję. Praca dla miasta jest dla mnie wielkim szczęściem i sprawia mi niesamowitą satysfakcję.

Co musiałoby się stać, aby głos Związku Miast Polskich, którego Gdynia jest członkiem, był bardziej słuchany? Dlaczego Pani zdaniem wielu kwestii, proponowanych przez samorządy od lat, jak choćby ustawa reprywatyzacyjna, która akurat Gdyni bardzo by się przydała, do dziś nie udało się załatwić? Takich przykładów można by oczywiście mnożyć.

Przypomnę tylko, że Związek Miast Polskich zakładała Franciszka Cegielska. Dziś zrzesza już trzysta miast. To jest bardzo duża liczba i wielka różnorodność osób, charakterów. Doskonale prowadzone jest biuro ZMP. Jego prawnicy, wyspecjalizowani w prawie samorządowym, dają nam pewność, że stanowimy odpowiednie prawo. Mogę zdradzić, że kierowali nas oni także przy działaniach, jakie podjęliśmy w celu ratowania lokalnego biznesu i przedsiębiorców w związku z epidemią koronawirusa. Wydali nam także opinię, niezależną od naszych radców prawnych, w sprawie wyborów korespondencyjnych zaplanowanych na 10 maja i przekazywania baz danych Poczcie Polskiej. Samorządowcy między sobą w ZMP się wspierają. Natomiast rząd zachowuje się, jak zachowuje, nie wsłuchuje się w nasz głos. Moim zdaniem głównie dlatego, że obecnie w zarządzie ZMP nie zasiadają przedstawiciele rządzącej partii. Na szczęście Zygmunt Frankiewicz, przewodniczący ZMP i były prezydent Gliwic jest obecnie senatorem. Naszego głosu słucha więc Senat. Mam nadzieję, że kiedyś bardziej liczył będzie się z nami także Sejm i rząd.

Czytaj także

Bon turystyczny celem oszustów.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

a
aa

co za zart. zwyklego tunelu na chyloni nie moga zrobic od 30 lat a jakas rumia w ciagu roku tyaki zrobi. wszystkie inwestycje tylko z dotacja 99 procent z uni, reszta wtopiona, np lotnisko, park w centrum dla znajomego dewelopera zeby mog biura drozej wynajac. pani to chyba zna tego dewelopera bo to pracownik urzedu miasta gdyni kiedys byl a teraz dobry kumpel siwego w biznesach

Dodaj ogłoszenie