„30 lat Samorządu Terytorialnego”. Gdański radny Bogdan Oleszek: Dziś nie ma przyjaźni, jest nieufność [ROZMOWA]

Ryszarda Wojciechowska
Ryszarda Wojciechowska
Bogdan Oleszek: Dziś nie ma przyjaźni, jest nieufność Przemyslaw Swiderski
Mam wrażenie, że ta próba „centralizowania” przez PiS również samorządu, zabierania pieniędzy i dokładania zadań, zwłaszcza tam, gdzie są wobec nich niepokorni, osłabia samorządność – mówi Bogdan Oleszek, gdański radny, kolejny bohater cyklu „30 lat Samorządu Terytorialnego”.

NASZ CYKL: 30 LAT SAMORZĄDU

Jest Pan rekordzistą w gdańskiej Radzie Miasta, radnym z najdłuższym stażem.

Dwadzieścia dwa lata, a minęło jak jeden dzień, można powiedzieć. ​

Do Pana należy też rekord w długości sprawowania funkcji przewodniczącego Rady Miasta – siedemnaście lat. Jak to się Panu udało? ​

Przez zasiedzenie... A mówiąc poważnie, w 1998 roku wystartowałem w wyborach do rady z list AWS. Przewodniczącą została wówczas Elżbieta Grabarek-Bartoszewicz. Mniej więcej w połowie kadencji zaczęły się konflikty w klubie AWS. Coraz częściej pojawiały się głosy, że ona nie daje sobie rady, że ma kłopoty ze zwoływaniem sesji na czas, popełnia błędy. I tak pojawił się wniosek o jej odwołanie.​

Nie miała dobrej prasy. Pamiętam, że wygrała plebiscyt na „Skandalistę Roku 2000”. Uzasadnienie brzmiało: „za sumienie ukryte w torebkach i za kilka etatów w kraju, w którym panuje bezrobocie”.​

Po decyzji o odwołaniu przewodniczącej, w klubie stwierdzono, że następcą będzie Joachim Szyc. Ale Joachim w dwóch głosowaniach uzyskał kiepski wynik, poniżej 20 głosów, a wtedy rada liczyła jeszcze 60 radnych. Nie pamiętam, kto zaproponował moją kandydaturę. Byłem „świeżym” radnym, dopiero pierwszą kadencję, bez doświadczenia. Ale koledzy przekonywali mnie: „Ty Bogdan masz doświadczenie związkowe ze Stoczni Gdańskiej, a tu trzeba trochę takiego związkowego porządku” Wystartowałem, zdobywając 48 głosów. Myślałem, że przewodniczącym będę tylko do końca tej kadencji. Ale rozwinęło się na kilka kolejnych.

To był 2001 rok. I jeszcze czuło się w radzie wyraźny, miejski puls. Życie nie obracało się wokół wielkiej polityki, jak teraz. ​

Rada wtedy żyła głównie sprawami miasta, chociaż była takim tyglem partyjnym, z różnymi osobowościami. Podczas kadencji w latach 2002-2006 mieliśmy nawet w gdańskiej radzie koalicję Platformy i PiS, a wiceprezydentem przy Pawle Adamowiczu była Anna Fotyga.​

Ale to długo nie trwało.​

Padło po kilku miesiącach. Szybko się przekonaliśmy, że PiS mówi jedno, a robi drugie, czyli miało być dobrze, a wyszło jak zawsze.

Czytaj także

Jakie wydarzenia jeszcze Pan zapamiętał?

Dla mnie najciekawsze kadencje to te w latach 2006-2010 i 2010-2014. Co prawda już wtedy zaczęła się do rady wkradać wyższa polityka i zatruwać trochę nasze szeregi, ale to był czas wielu zakupów dla miasta. Pamiętam, jak podejmowaliśmy decyzję o kupowaniu autobusów dla Gdańska, niemieckich mercedesów. Bój o ten zakup szedł na ostro. Opozycja pytała – dlaczego mamy kupować niemieckie, skoro można polskie? Tłumaczyliśmy, że chodzi o względy ekonomiczne. I kiedy już te autobusy zaczęły jeździć, okazało się, że ich awaryjność jest niska i dzięki temu są tanie w użytkowaniu. Wyszło więc na nasze. Ale to był czas, kiedy z opozycją można było rozmawiać. Pamiętam, jak Aleksander Żubrys z SLD przy każdej spornej sprawie, mówił nam: „Dobra, przekonajcie mnie, że tak ma być”. I po dyskusji albo się z nami zgadzał, albo twierdził, że go nie przekonaliśmy i jego klub zagłosuje przeciw. To było uczciwe postawienie sprawy. A dzisiaj taka rozmowa jest prawie niemożliwa, bo wszystko od razu sprowadza się do politycznej walki. ​

Wtedy radni różnych opcji nawet się przyjaźnili. Były wspólne wyjazdy, które potem rozliczały media.​

Teraz nie ma przyjaźni. Jest za to duża nieufność i obawa. Wystarczy, że ktoś z koalicyjnego klubu rozmawia z kimś z PiS na korytarzu, a od razu słychać z obu stron głosy: „Co ty tam spiskujesz?”. Ludzie się boją swoich poglądów i również w radzie miasta się to czuje. Czasami ktoś z opozycji po cichu powie, tak wiem, że macie rację, ale nie możemy inaczej zagłosować. Ale gorsza jest jeszcze agresja i to już nie w radzie, a na ulicy. Ktoś mnie niedawno zaczepił koło domu słowami: „Gdybym ja należał do tego klubu co Pan, to bym się powiesił”. Zaniemówiłem i dopiero po chwili odpowiedziałem mu: „Panie, nie warto się wieszać z takiego powodu. Zrozum człowieku, że nieważne, gdzie kto należy, tylko co robi”. ​

Pamięta Pan jakieś wydarzenia, które zatrzęsły radą?​

Nie tylko w Sejmie głosowano na „dwie ręce”. My byliśmy pierwsi. Głosował tak radny SLD. Widziałem, jak to zrobił. Powiedziałem mu nawet żartobliwie: „Pomylił pan przyciski”. Ale potem już nie było do śmiechu ani mnie, ani jemu.​

Dlaczego tak zagłosował?​

Jego koleżanka klubowa zwolniła się, bo miała tego dnia imieniny. Wyszła i nie wyciągnęła karty. Patrzę, a na pulpicie mi się wyświetla, że ona głosuje. Zobaczyłem, jak ten radny chowa rękę. Pytałem go potem, o co chodziło, czy nie pomylił przycisków, ale on niezbyt mądrze się tłumaczył. ​

Jak to się skończyło?​

Wyrokiem 7 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Dociągnął do końcówki kadencji, zanim wyrok się uprawomocnił, ale już nie mógł kandydować. Prawdę mówiąc, nie chciałem tego zgłaszać, ale prawnik mnie ostrzegł: „Musisz to zrobić, bo inaczej ty za to odpowiesz. Wtedy potraktowano to głosowanie niezwykle poważnie. I jak widziałem posłankę, która w Sejmie też zagłosowała na „dwie ręce”, ale do tej pory nie wyciągnięto wobec niej żadnych konsekwencji, to myślę, że się z nas kpi.

Czytaj także

Rola przewodniczącego rady miasta, nie tylko w Gdańsku, była trochę jak ta „paprotka” przy silnych prezydentach. Czy może Pan się z tym nie zgadza?​

To może tak z zewnątrz wyglądało, że robiliśmy wszystko pod dyktando prezydenta Pawła Adamowicza. Ale my też potrafiliśmy się z nim spinać w różnych sprawach. Prezydent wybierany przez mieszkańców miał bardzo silny mandat. W przeciwieństwie do wcześniejszych czasów, kiedy prezydenta wybierali radni i wtedy to on był ich zakładnikiem. Jeśli chciał jakąś uchwałę przeprowadzić, musiał się z nimi układać, rozdzielać funkcje, żeby przyciągnąć ich na swoją stronę. I żeby zagłosowali po jego myśli. Pamiętam, że podczas mojej pierwszej, pełnej kadencji przewodniczącego, Paweł Adamowicz był odwoływany z funkcji prezydenta pięć albo sześć razy. Zamiast zajmować się rządzeniem, musiał szukać koalicjantów. Dobrze się stało, że prezydenci przestali być zakładnikami radnych i sami sobie dobierają teraz współpracowników. Szkoda było czasu na takie przepychanki.

Tarcia były przy wielkich gdańskich inwestycjach.​

Przy każdej. Opozycja nigdy nie darowała. Nawet budowa stadionu w Letnicy, czego się już dziś nie pamięta, miała wielu przeciwników wśród radnych. Po co nam taki wielki stadion? Przecież my nie będziemy umieli go wykorzystać, to będzie skarbonka bez dna i tym podobne głosy z ich strony się pojawiały. A potem ci sami przeciwnicy podczas otwarcia zasiedli w pierwszych rzędach na tym stadionie, prężąc pierś z dumy. A co było przy budowie tunelu pod Martwą Wisłą? – To rzecz kompletnie niepotrzebna, wyrzucone pieniądze – mówiono. Były protesty. A dzisiaj? Wystarczy, że na jeden dzień zamyka się tunel ze względu na prace konserwacyjne i miasto się korkuje. Długo naszą piętą achillesową była Wyspa Spichrzów. Pod koniec każdej kadencji opozycja grzmiała: „I znowu nic nie zrobiliście”. No i wreszcie coś się ruszyło. ​

Ale o Gdańsku mówi się, że deweloperka nim rządzi. ​

Tak, ale ci deweloperzy by nie budowali, gdyby nie było zapotrzebowania na mieszkania. Gdańsk się dzięki temu też rozwijał. Jesteśmy naprawdę jednym z niewielu miast, gdzie nie ubywa mieszkańców, a przybywa. Jesteśmy miastem, do którego ciągnie biznes. ​

Czytaj także

Pan przez te wszystkie lata przesiedział sobie spokojnie i tylko raz znalazł się w świetle fleszy, kiedy porzucił macierzysty klub Koalicji Obywatelskiej. ​

Nie było tak „lajtowo”, jak się wydaje. Co prawda, przez te siedemnaście lat nie pojawił się ani razu wniosek o odwołanie mnie z funkcji przewodniczącego, chociaż próby były. Zwłaszcza intensywnie próbował były radny PiS Andrzej Jaworski. ​

Jak to było z tym odejściem?​

Tak na marginesie, na przejście do Platformy po tym jak AWS się zwinęła, namówił mnie Maciej Płażyński. Obaj byliśmy wtedy w radzie nadzorczej Stoczni Gdańskiej. Paradoks polegał na tym, że ja wstąpiłem do Platformy, a Maciej, mniej więcej po roku odszedł z niej. Kiedy z kolei ja po latach odchodziłem z klubu Platformy, mówiłem, że w samorządzie powinno być jak najmniej takiej twardej polityki i że nie chcę być radnym politycznym, tylko samorządowcem. Szukałem miejsca, gdzie polityki będzie mniej. W tym czasie Paweł (Adamowicz – dop. aut.) zbudował stowarzyszenie „Wszystko dla Gdańska”, do którego wstąpiłem. ​

Teraz jest Pan w bezpartyjnym klubie „Wszystko dla Gdańska” razem z obecną prezydent Aleksandrą Dulkiewicz. Wielu obserwatorów mówi, że obecna prezydent bardziej tkwi w twardej polityce niż w samorządzie.​

Start prezydencki miała niezwykle trudny. Zaatakowano ją polityczne bardzo brutalnie. Znalazła się w ogniu walki i musiała przyjąć obronną pozycję.​

Ale może lepiej czuje tę twardą politykę niż lokalną?​

To są złośliwości...​

Wiem, że Pan będzie jej bronić.​

Ale Pani Prezydent czuje ten klimat miejski. Pracowała wcześniej z Pawłem Adamowiczem jako jego asystentka i przyglądała się pracy w samorządzie. Była też radną, wiceprezydentem. Miała więc duże doświadczenie jako samorządowiec. Z mojej obserwacji wynika, że ona bardzo szybko wskoczyła w te miejskie buty. Ale ta paskudna polityka gdzie może, to niszczy. Ona ma jeszcze dodatkową trudność. Jest prezydentem kobietą. Mam wrażenie, że nasze społeczeństwo nie dorosło jeszcze tak do końca do kobiet prezydentów, także miasta. Słyszę jak w różnych wypowiedziach i komentarzach przebija się ten polityczny szowinizm.​

Pan też czuje, że teraz w przypadku samorządu można powiedzieć – łatwo już było?​

Niestety, tak. Mam wrażenie, że ta próba „centralizowania” przez PiS również samorządu, zabierania pieniędzy i dokładania zadań, zwłaszcza tam, gdzie są wobec nich niepokorni, osłabia samorządność. A do tego jeszcze dokłada się koronawirus, który także uderza mocno w lokalne budżety.​

Wspomniał Pan o Stoczni Gdańsk. Jak Pan dziś patrzy na kolebkę „Solidarności” i na to, co z niej zostało?​

Stocznia była najpierw państwowa, potem sprywatyzowana. A kto ją sprywatyzował? Też już wielu nie pamięta. A było to za czasów prezesury Andrzeja Jaworskiego, byłego posła PiS. Ja się o moją stocznię martwię. Bo związałem się z nią w 1972 roku i zostawiłem w niej kawał swojego życia. I traktuję jak drugą rodzinę. Dziś już jestem poza stocznią, ale jak mogę, to jeszcze czasami w czymś pomagam. ​

A w jakim momencie jest teraz Stocznia Gdańsk?​

W trudnym, bo przemysł stoczniowy wyniósł się do innych części świata, do Korei Południowej, do Chin. Armatorzy chcą u nas budować tylko kadłuby, to, co jest najtrudniejsze i najtańsze. A to, na czym można najwięcej zarobić, czyli na wyposażeniu, chcą robić u siebie, w Norwegii czy w Niemczech. Dlatego stocznia się przebranżawia, robi próby z wieżami wiatrowymi. A ja trzymam kciuki za moją drugą rodzinę.

Testy na Covid tańsze za granicą

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie