Tragedia na statku Costa Concordia. Historie Pomorzan, którzy płynęli tym wycieczkowcem

Irena Łaszyn
Izabela i Cezary Tatarczukowie w Neapolu, a w tle Costa Concordia, którą płynęli po Morzu Śródziemnym. Rejs trwał siedem dni
Izabela i Cezary Tatarczukowie w Neapolu, a w tle Costa Concordia, którą płynęli po Morzu Śródziemnym. Rejs trwał siedem dni Archiwum prywatne
Ktoś, kto płynął Costą Concordią, tragedię statku przeżywa osobiście. Przeczytajcie o mieszkańcach Pomorza, którzy dotknęli tego luksusu.

Costa Concordia co godzinę przesuwa się o kilka milimetrów. Może dojść do pęknięcia zbiorników, może dojść do zatonięcia wraku. Niektórzy straszą, że to kwestia paru dni albo nawet godzin. Na razie statek leży na prawym boku, częściowo zanurzony w wodzie. Okiem laika, wygląda tak samo, jak 13 stycznia, gdy - po uderzeniu w skały koło włoskiej wyspy Giglio - zaczął się przechylać i nabierać wody. Specjaliści, którzy są na miejscu, na pewno mają inne zdanie.

- Przeżywam to wszystko osobiście - wyjawia dr Cezary Tatarczuk, dziekan Wydziału Zarządzania Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu imienia E. Kwiatkowskiego w Gdyni. - Moja kabina była na drugim pokładzie, z prawej strony. To oznacza, że prawie natychmiast znalazła się pod wodą.
Tatarczuk, w towarzystwie żony Izabeli oraz dwojga przyjaciół - Ewy i Zbigniewa Olszówków - płynął Costa Concordią w maju 2010 roku.

Czytaj także: Katastrofa Costa Concordia. Przerwano poszukiwanie ludzi na statku

- Wydawało się, że to najbardziej bezpieczny statek świata - mówi Zbigniew Olszówka, emerytowany wojskowy, dziś wykładowca w gdyńskiej WSAiB. - Pełny profesjonalizm, wszystko funkcjonowało jak w zegarku. Dlatego trudno uwierzyć, że coś takiego mogło się zdarzyć. Ale wtedy dowodził inny kapitan. Starszy, siwy, stateczny mężczyzna, który nie robił ze statku ferrari. Mamy z nim zdjęcia.

Kapitana Francesco Schettino nie poznali, choć już pracował w firmie Costa Cruises, która jest właścicielem luksusowych wycieczkowców, w tym Concordii.

Dr Cezary Tatarczuk, specjalista od bezpieczeństwa publicznego, emerytowany policjant, nie ukrywa, że robi mu się gorąco, gdy myśli o tej katastrofie.

- Tam są takie wąskie korytarze i strome schody - opowiada. - Nic dziwnego, że gdy zgasło światło, a statek zaczął się przechylać, wybuchła panika. Osoby, które w feralny piątkowy wieczór po wypadku posłuchały apelu załogi, by wracać do kabin, pewnie miały problem, żeby się stamtąd wydostać. Czy my byśmy posłuchali? Nie wiem. Gdy się ma dzisiejszą wiedzę, trudno o uczciwą odpowiedź.

CZYTAJ TEŻ:
* Kapitan Costa Concordii brał narkotyki w czasie rejsu? Będzie przebadany
* Katastrofa statku Costa Concordia. Kapitan rozbił statek, bo chciał zrobić przyjemność przyjacielowi
* Kapitan Costa Concordii był proszony o powrót na statek. Nie zrobił tego
* Kapitan Costa Concordia zatrzymany. Śledczy postawili mu zarzuty

Tańczyli do świtu

Obaj są zgodni: taki statek to luksus na granicy kiczu. Rzuca na kolana i jednocześnie wywołuje pobłażliwy uśmiech. Te złocenia, draperie, barokowe klimaty. Wyszukane potrawy, kolorowe drinki i usłużność kelnerów. Wzorzyste parkiety, na których można tańczyć do białego rana.
- Tańczyliśmy każdej nocy - przyznaje Tatarczuk. - Byliśmy zachwyceni.

Poza tym - dwupokładowe spa, cztery baseny, w tym dwa z rozsuwanym szklanym dachem. Pięć restauracji i 13 barów, z nazwami europejskich miast. Teatr Athene usytuowany na trzech pokładach, jacuzzi, wielofunkcyjne boisko sportowe, trasa do joggingu, fitness center, kasyno, dyskoteka, kawiarenka internetowa, biblioteka, centrum handlowe, salon gier komputerowych, sala zabaw dla dzieci, symulator Grand Prix Formuły 1, galeria sztuki, kaplica, pralnia, biuro wycieczek fakultatywnych. Kabiny, od tych najbardziej luksusowych, z prywatnymi zewnętrznymi balkonami i dostępem do spa, po mniej wytworne, wewnętrzne, na niższych pokładach.

ZOBACZ WIĘCEJ ZDJĘĆ Z KATASTROFY STATKU COSTA CONCORDIA

- Nas te najtańsze, o powierzchni 14 m kw., w zupełności satysfakcjonowały - podkreśla Cezary Tatarczuk. - W ciągu dnia wychodziliśmy na ląd i zwiedzaliśmy, wieczorem, po kolacji, gdy statek był już w morzu, podziwialiśmy występy artystów, bawiliśmy się na dancingach i dyskotekach. Wracaliśmy o świcie, nie mieliśmy czasu na sen.
- Miał pan smoking?
- Nie. Ale miałem odpowiedni garnitur. Podczas kolacji obowiązywały stroje wieczorowe. Walizka żony ważyła trzydzieści kilogramów, choć to tylko siedem dni rejsu.
Kreacje pań można podziwiać na zdjęciach. Odkryte ramiona, koronki, tafta, tiul. W tle - błyszczący parkiet, basen lub morza toń.

Cezary Tatarczuk uprzedza pytania. - Wcale nie było tak drogo, jak się niektórym wydaje - twierdzi. - Można płynąć za 1500 euro i można za 500. Jeśli się wykupuje wycieczkę odpowiednio wcześnie, podstawowy koszt nie przekracza 400 euro za osobę. Razem z opłatą serwisową i drinkami sięga 500-600 euro, w zależności od poziomu konsumpcji. Tyle się zazwyczaj płaci za tygodniowy pobyt w Turcji czy Tunezji, a atrakcje i standard nieporównywalne. Uważam, że każdy powinien choć raz w życiu wybrać się w taki rejs. Dotknąć odrobiny luksusu.

Tatarczukowie dotknęli już drugi raz. Po raz pierwszy płynęli statkiem Costa Mediterranea na trasie Kopenhaga-Tallin-Petersburg-Helsinki-Sztokholm -Kopenhaga. Byli urzeczeni. Zdjęcia wymyślnych potraw i dekoracji, które statkowi kucharze potrafią zrobić ze zwykłego arbuza, do dziś krążą wśród znajomych.

Na Morze Śródziemne zabrali przyjaciół.

Na prawym boku

Do Włoch dotarli samodzielnie. Najpierw samolotem z Gdańska do Bergamo, potem dwie noce w hotelu w Mediolanie i udali się do Savony, gdzie czekał na nich statek.

- Nie chcieliśmy korzystać z transferu oferowanego przez niemieckie biuro podróży, w którym tę morską wycieczkę kupiliśmy - tłumaczą. - Tak było wygodniej. Podczas rejsu, gdy statek przybijał do portu, też zwiedzaliśmy na własną rękę. Widzieliśmy Neapol, Palermo, Tunis, Palmę de Mallorcę, Barcelonę, Marsylię. Podobną trasą miała płynąć Costa Concordia podczas tego ostatniego rejsu. Ale wyruszyła z Civitavecchia, której my nie znaliśmy. Kilka godzin później uderzyła w skały, bo statek za bardzo zbliżył się do wyspy. Pasażerowie nie zdążyli jeszcze odbyć ćwiczeń, związanych z ewentualną ewakuacją. One, podobnie jak podczas naszego rejsu, miały być dopiero następnego dnia.
- Dlaczego następnego?
- Nie wiem. Ale płynąłem dwa razy i dwa razy miałem szkolenie drugiego dnia. Obecności bardzo rygorystycznie pilnowano, wszyscy bez wyjątku musieli w tych ćwiczeniach uczestniczyć. Podzielono nas na grupy, rozdano różne kolory kapoków, tłumaczono, jak się poruszać w chwili zagrożenia. Szalupy znajdowały się na czwartym pokładzie. To było znakomicie zorganizowane. Zresztą, jak wszystko na tym statku. Nie rozumiem, dlaczego w chwili katastrofy wszelkie procedury zawiodły.
O tragedii Costy Concordii Tatarczukowie dowiedzieli się w sobotni ranek, 14 stycznia. Zadzwonił telefon. - Jakim statkiem ostatnio płynęliście? - zapytał drżącym głosem ojciec. - Lepiej włączcie telewizor.

ZOBACZ WIĘCEJ ZDJĘĆ Z KATASTROFY STATKU COSTA CONCORDIA

Włączyli. A potem zatelefonowali do przyjaciół, którzy razem z nimi byli na pokładzie. Z przerażeniem patrzyli na statek, leżący na prawej burcie. Na swoje zatopione kabiny.
Podczas tamtego rejsu płynęło tylko sześcioro Polaków. Podczas tego ostatniego - 12. Polacy przeżyli, ale 17 osób zginęło, a 20 uznaje się za zaginione. Na statku było 3200 pasażerów i 1023 członków załogi. Potem się okazało, że były też osoby, które nie figurowały ani na jednej, ani na drugiej liście. Jak choćby ta Mołdawianka, która towarzyszyła kapitanowi na mostku, zanim statek uderzył w skałę. I która przekonywała dziennikarzy, jak bardzo był dzielny, zanim się poślizgnął i przypadkiem wpadł do szalupy.

- Pan też widywał takie tajemnicze piękności?
- Nie! Żadne przypadkowe osoby nie kręciły się po statku - zapewnia Cezary Tatarczuk. - Jestem policjantem z 20-letnim stażem, na takie sprawy jestem wyczulony. Nigdy nie odczułem na tym statku najmniejszego dyskomfortu.

CZYTAJ TEŻ:
* Kapitan Costa Concordii brał narkotyki w czasie rejsu? Będzie przebadany
* Katastrofa statku Costa Concordia. Kapitan rozbił statek, bo chciał zrobić przyjemność przyjacielowi
* Kapitan Costa Concordii był proszony o powrót na statek. Nie zrobił tego
* Kapitan Costa Concordia zatrzymany. Śledczy postawili mu zarzuty

Walczył z tirówkami

Zanim Cezary Tatarczuk został emerytem, był komendantem powiatowym policji w Wejherowie. A ponieważ mieszkał w Lęborku, wciąż pokonywał trasę między oboma miastami. I z niesmakiem przyglądał się paniom w kusych sukienkach, które niektórzy nazywali tirówkami. Za prostytucję w Polsce nie można karać, panie spacerowały więc sobie beztrosko po drodze krajowej nr 6 i nagabywały kierowców. Komendant doszedł do wniosku, że trzeba znaleźć na nie inny sposób. Postanowił działać w oparciu o kodeks wykroczeń, który przewidywał mandaty dla osób "powodujących zagrożenie bezpieczeństwa w ruchu drogowym". Panie - jak najbardziej zagrożenie stanowiły. Policjanci zaczęli wystawiać mandaty.

A komendant poszedł za ciosem i wymyślił tablice z napisem "Kierowco, pomyśl, czy warto. Nie narażaj się na HIV". Ponieważ jest legalistą, wystąpił o zgodę na ich postawienie do oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych w Gdańsku.

- Zgody nie dostałem - przyznaje. - Próbowałem więc zmobilizować do działań miejscową społeczność. Podjąłem rozmowy z sołtysami i proboszczami. Bo skoro jeden grzybiarz potrafił te panie przepłoszyć, to co dopiero, gdyby pojawiła się tam cała procesja? Pomyślałem, że takie grupy parafian mogłyby utrudnić prostytutkom życie. Niestety, natychmiast się pojawili dziennikarze z mikrofonami i wszystko zepsuli.

ZOBACZ WIĘCEJ ZDJĘĆ Z KATASTROFY STATKU COSTA CONCORDIA

Dziennikarze reprezentowali różne opcje, zdania więc były podzielone. Jedni się śmiali, że komendant chce wysyłać parafian na drogi, by się modlili za panie lekkich obyczajów. Inni przekazywali wyrazy poparcia.

- Dzwonili do mnie z tygodnika "Nie" i z Radia Maryja - wspomina. - Miałem tego powoli dość. Podobnie jak okoliczni mieszkańcy. Efekt był tego taki, że parafianie się pochowali, a prostytutki zostały. Stoją tam zresztą do dziś. Kiedyś doliczyłem się dwunastu.
Gdy zmieniła się władza, w 2006 roku, komendant Tatarczuk został emerytem, podobnie jak paru innych powiatowych komendantów. Miał 43 lata.
- Dostałem całkiem przyzwoitą emeryturę, ale nie czułem się usatysfakcjonowany - przyznaje. - Mężczyzna w sile wieku nie może nic nie robić. Ja byłem w tej dobrej sytuacji, że miałem wykształcenie i różne pomysły na życie. Doktorat z historii prawa zrobił dużo wcześniej, jeszcze gdy był kierownikiem dzielnicowych w Lęborku i ganiał złodziei marchewek, a wieczorami trochę się nudził.

Teraz pracuje nad habilitacją, rozwija się naukowo, a w wolnych chwilach - podróżuje. Przeważnie - z żoną i z przyjaciółmi.

Na Barbados

Płk Zbigniew Olszówka, zanim przeszedł na emeryturę, był komendantem WKU w Wejherowie. Teraz uczy w WSAiB im. Kwiatkowskiego i rozmyśla o kolejnych rejsach.
- Marzy się nam taki do Ameryki Południowej - wyjawia. - Nadal uważam, że te statki są bezpieczne. To człowiek popełnił błąd, zgubiła go rutyna. Mam nadzieję, że inni wyciągną wnioski. Dlatego wejdę na pokład bardziej spokojny niż poprzednio.

Tak jak Olszówka myślą inni turyści. Wertują oferty. Zwłaszcza, że ceny wycieczek spadły. Np. najbliższy rejs trasą Gwadelupa-Dominikana-Antiqua-Barbados-Gwadelupa można wykupić już za 439 euro. Na pokład zaprasza Costa Mediterranea, którym Tatarczukowie kiedyś płynęli.
Niektóre biura podróży węszą w tym niezły interes. Podnieciły się tym do tego stopnia, że nadal proponują rejsy na pokładzie… Costy Concordii. Wystarczy zajrzeć do Wielkiego Młyna albo na ul. Kowalską w Gdańsku. Oferty wiszą w oknach. Kuszą rejsem za bezcen, od 199 euro. Nie precyzują, czy pod dowództwem Francesco Schettino.

CZYTAJ TEŻ:
* Kapitan Costa Concordii brał narkotyki w czasie rejsu? Będzie przebadany
* Katastrofa statku Costa Concordia. Kapitan rozbił statek, bo chciał zrobić przyjemność przyjacielowi
* Kapitan Costa Concordii był proszony o powrót na statek. Nie zrobił tego
* Kapitan Costa Concordia zatrzymany. Śledczy postawili mu zarzuty

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 8

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Polnau
Jakieś zadawnione urazy? Tak! Znalazł pracę i to niejedną. Skończył służbę jako komendant WKU, a teraz pracuje na etacie w Akademii Pomorskiej w Słupsku; jest nauczycielem akademickim w Instytucie Bezpieczeństwa Narodowego oraz dodatkowo w Uczelni Kwiatkowskiego w Gdyni. Żyje intensywnie i twórczo! Nie obcina kuponów, nie marudzi, nie kontestuje i nie złorzeczy pod adresem tych, którym się powiodło ...
t
tonio
A ten Olszówka to zdjęty ze stanowiska dowódca pułku? Znalazł robotę?
D
Darec
Pragnę nieśmiało zauważyć, że słowo "burta", kilka akapitów niżej, w reportażu występuje (...Z przerażeniem patrzyli na statek leżący na prawej burcie...). Przynajmniej tak jest w moim komputerze i w papierowym wydaniu gazety, które posiadam. Myślę że autor celowo użył początkowo innej formy, dzięki czemu treść jest lepiej zrozumiana dla wszystkich. Może czasami warto czytać coś więcej niż nagłówki?
l
lol
na porządku dziennym są poważne błędy merytoryczne w sprawach podstawowych i zasadniczych w materiałach (nie tylko tej autorki) "DB" dotyczących spraw morskich... - to naprawdę wstyd dla gazety wydawanej w mieście portu, stoczni i o niebagatelnych tradycjach żeglugowych...

dziennikarz nie ma obowiązku znać się na sprawach morskich

ale ma absolutnie obowiązek robić dobry research i przygotowywać się merytorycznie do pisania poszczególnych tekstów...
l
lol
aza nie ma racji...

burta to podstawowe słowo z terminologii morskiej, znane niemal wszystkim, a nie specjalistyczne, wielce fachowe i niedostępne dla laika...

to wstyd, że dziennik mieniący się "bałtyckim", wydawany w mieście portowym, wstawia takie babole w podstawowym zupełnie słownictwie dotyczącym statków...
a
ast
w najbliższym wydaniu miesięcznika "Nasze MORZE" (dostępnym od ok. 15 lutego) m.in. aspekty sprawy pomijane przez media głównego nurtu... | pamiętacie słynną rozmowę telefoniczną z kapitanem, który odmawia wykonania polecenia powrotu na statek?... takie polecenie, które wydał oficer służb morskich z lądu (za co stał się bohaterem Włochów) nie miało sensu i było conajmniej niemądre | w najnowszym "Naszym MORZU" także wspomnienia polskiego kapitana, który pływał wcześniej na statkach dowodzonych przez włoskich kapitanów...
a
aza
Niech Pan nie będzie taki zasadniczy! Terminologia morska jest tylko dla wtajemniczonych, więc nic się właścieie nie stało. Ale zwrócenie uwagi- to już problem... Jak się ktoś nie wie jak zachować, na wszelki wypadek niech się zachowuje przyzwoicie. A Pan jest niegrzeczny wobec Pani Redaktor/której naprawdę nie znam/ Dobre wychowanie, a nie tylko wiedza powinna obowiązywać szczególnie tych, którzy piszą komentarze anonimowo.
w
wstyd
statek nie leży na prawym boku !! statek leży na prawej burcie !! przed przystąpieniem do redagowania artykułu należy , choć trochę, zapoznać się z terminologią morską !! przecież pani bierze za to pieniądze !!
Wróć na dziennikbaltycki.pl Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie