reklama

Tomasz Schuchardt: - Trzeba się trzymać dobrych ludzi, a nie złych [ROZMOWA]

roz. Ryszarda WojciechowskaZaktualizowano 
Z Sobowidza do teatru w Gdańsku było daleko, do kina też. Ale do szkoły teatralnej jechałem bez kompleksów - mówi aktor Tomasz Schuchardt. - Nie miałem oczekiwań, wszystko mnie interesowało.

Tomasz Schuchardt... gwiazda. Tak mówią o Panu. Dobrze Pan się z tym czuje?
Ktoś powiedział, że gwiazdy są na niebie. I tego się trzymajmy. Nie czuję, żeby to słowo przylegało do mnie. Jeszcze do niedawna byłem słabo rozpoznawalny. Troszkę się to zmieniło po serialu „Bodo”. Ale w mediach nadal staram się nie funkcjonować krzykliwie. Trzymam się z daleka, jeśli mogę, od ścianek i czerwonych dywanów.

Dlaczego?
Bo nie potrafię się w takich miejscach odnaleźć. Jestem wtedy zestresowany i mam wrażenie, że się dziwnie zachowuję.

Można powiedzieć, że szczęściarz z Pana. Siedem lat od skończenia szkoły teatralnej, a na koncie już kilka dużych ról i nagród. Chyba, że Pan powie - zapracowałem sobie na to.
Byłbym nieszczery, mówiąc, że sobie na to nie zapracowałem. W szkole teatralnej spędzałem każdą chwilę. Bardzo często pierwszy do niej przychodziłem i ostatni z niej wychodziłem. Pracowałem ciężko, ponieważ chciałem się czegoś nauczyć. Ale sama praca nie wystarcza. W tym zawodzie trzeba mieć też szczęście. I ja je miałem. Najpierw dostałem szansę od Marcina Wrony i mogłem zagrać w jego „Chrzcie”. Równocześnie zadebiutowałem w Teatrze Jaracza. Dziś wydaje mi się, że wykorzystałem swoje szanse.

Jak to się stało, że chłopak z małego Sobowidza na Kociewiu zostaje aktorem i to tak dobrym? Kiedy się pojawiła ta pierwsza myśl o aktorstwie?
Jeszcze w dzieciństwie lubiłem się uczyć wierszy na pamięć. Miałem też świetnego nauczyciela i wychowawcę Stacha Szulista, który - podobnie jak ja - mieszkał w Sobowidzu. I to on pierwszy pokazał mi, czym jest teatr i film. Założyliśmy kółko teatralne, w którym występowałem. Ale o tym, żeby zdawać do szkoły teatralnej, pomyślałem dopiero w klasie maturalnej. Gdybym się jednak nie dostał za pierwszym razem, pewnie nie zdawałbym drugi raz. I studiowałbym może matematykę lub historię.

Do szkoły teatralnej w Krakowie jechał Pan podobno z kompleksem wiejskiego chłopaka, jak gdzieś przeczytałam.
Do Krakowa na egzaminy jechałem bez kompleksów. Nurtowała mnie tylko myśl - czy się uda. A potem, jeszcze przed studiami, znalazłem się na integracyjnym obozie. I tam spotkałem kolegów, którzy już byli świetnie zorientowani w tym, co się dzieje w świecie filmu i teatru. A ja, mówiąc szczerze, nie miałem o tym wielkiego pojęcia. Z Sobowidza do teatru w Gdańsku było daleko, do kina też. Na egzamin przyjechałem z marszu. I może to spowodowało, że na początku czułem, że tam nie pasuję. Teraz wiem, że ja sam pozwoliłem się takim myślom zagnieździć w głowie. Ale przez to, że byłem tabula rasa, w szkole teatralnej chłonąłem wszystko jak gąbka. Słuchałem każdej rozmowy. Wchodziłem w każdy teatralny eksperyment z ciekawością nowicjusza, czy to był teatr formalny, czy emocjonalny. I to było dobre. Bo niektórzy otwierali się tylko na to, co kochali. A ja nie miałem żadnych oczekiwań, więc wszystko mnie interesowało.

Młode pokolenie jest głodne sławy już na samym starcie. W Panu nie ma tej pazerności?
Myślę, że głód sławy jest możliwy w każdym wieku. Nawet wtedy, kiedy wydaje się, że jest na nią za późno. W aktorstwie na nic nie jest za późno. Przecież kino wielu aktorów odkryło późno, jak chociażby Mariana Dziędziela. Na pewno bolączką jest pęd do sławy dla samej sławy. Ale na to nie chorują tylko młodzi. Uwielbiam przebywać ze starszymi aktorami. Wtedy widzę, ile mi jeszcze brakuje. Chcę się cały czas rozwijać. Nie zatrzymywać się...

Teraz jest Pan Bodo...
Bodo to ja byłem rok temu, kiedy pracowaliśmy nad serialem.

Ta rola zmieniła coś w Pana aktorskim życiu?
Zdarza się, że więcej osób rozpoznaje mnie na ulicy. Ale musiałem po raz pierwszy przed kamerą zmagać się z tańcem, śpiewem, stepowaniem. Tego wcześniej zawodowo nie dotykałem. I świetnie się przy tym bawiłem.

Można wziąć udział w „Tańcu z gwiazdami” i też się świetnie bawić i jeszcze zarobić.
Ja mówię o tym, że przy takiej roli można się wyszaleć aktorsko. Ale nie lekceważyłbym takich show jak „Taniec z gwiazdami”. Agacie Kuleszy, na przykład, przyniósł ogromną popularność. Wcześniej nie miała szczęścia do dużych ról, pokroju tych z „Róży” czy „Idy”. Jednak ona sama podkreśla, że ta „rola” z Terrazzino otworzyła pewne drzwi. Tylko trzeba mieć dobrze ustawiony zawodowy kręgosłup, żeby taki program i taka popularność człowieka nie zepsuły. Popularność jest szczęściem, ale bywa też przekleństwem, jeśli człowiek nie wie, jak sobie z nią radzić.

Która z Pana ról jest tą najważniejszą?
Wiem, co mi każda rola przyniosła. Ale tą najważniejszą była rola dyplomowa. To ona nauczyła mnie, jak sobie radzić ze stresem i co trzeba w sobie mieć, żeby wyjść do widza. Potem było mi łatwiej wziąć udział w castingu do „Chrztu”.

Dla Pana był to również chrzest filmowy.
Nauka filmowego grania, bo po raz pierwszy stanąłem przed kamerą. I było to coś innego, niż stanie na scenie w teatrze. Trzeba było się szybko uczyć, bo na planie czas jest najważniejszy. Na szczęście Marcin ufał mi i prowadził mnie każdego dnia.

Nie dał się Pan zaszufladkować.
Wiadomo, że kiedy Marcin proponował, to przyjmowałem. Podobnie było z filmem „Jesteś Bogiem”. Takiej roli się nie odmawia. Ale przez te siedem lat nie odrzucałem wielu scenariuszy. Nie miałem przywileju odmawiania, jak inni aktorzy. To, że w każdym filmie mam „inną” twarz, jest zasługą castingowców i reżyserów, którzy na mnie stawiali.

Media lubią przyklejać aktorom różne łatki. Pana nazywają polskim Leonardo di Caprio. Ale usłyszałam też, że przypomina Pan Jacka Nicholsona. A Panu, do którego bliżej?
Obydwaj są dla mnie idolami i jeszcze wielu innych aktorów amerykańskich i polskich, począwszy od de Niro po Norto-na, Brada Pitta aż po naszych Kondrata i Lindę. Porównywanie mnie z nimi jest fantastyczne, ale daleko mi do nich. Kiedyś słysząc to porównanie, żartobliwie powiedziałem - jaki kraj, taki di Caprio (śmiech).

Rozbawiła mnie pewna anegdota z Pana udziałem na festiwalu Camerimage w Bydgoszczy.
Cały festiwal był dla mnie ogromnym przeżyciem. Zaproszono mnie tuż po filmie „Chrzest”. Leciałem samolotem z Warszawy do Bydgoszczy za darmo i to już mi się wydawało niesamowite. A potem w najlepszym hotelu czekał na mnie apartament z dwoma wielkimi łożami, co mnie już całkiem oszołomiło. Wieczorem zabalowałem. I obudziłem się wcześnie między... dwoma łóżkami. Wstałem i w samych bokserkach wyskoczyłem przed hotel, żeby zapalić papierosa. Nie miałem ognia. Mocno jeszcze zaspany usłyszałem, że ktoś stanął za moimi plecami, mówiąc coś po angielsku. Nie podnosząc wzroku, poprosiłem o ogień. Dostałem zapalniczkę. I kiedy oddawałem, dopiero wtedy spojrzałem na człowieka. Zobaczyłem, że to Keanu Reeves. Taka to była przygoda (śmiech).

Jak rodzice patrzą na Pana karierę?
Nie ma z Sobowidza drugiego aktora. Rodzice są więc bardzo dumni. Ale widzę, jak oni to pięknie rozgrywają. Dla nich nie ma znaczenia, że jedno z dzieci uprawia zawód, który jest na świeczniku. Tak samo kochają mojego brata i dwie siostry. Kiedy przyjeżdżam do rodzinnego domu, wszyscy żartujemy, bawimy się świetnie, jak za dawnych lat.

Dzieciństwo było normalne, ale trzeba było w polu pracować...
Nie można powiedzieć, że trzeba było. Rodzice mogli mi kupić trampki, ale jeśli chciałem mieć adidasy, to szedłem do pracy. Ale rodzice nie mieli gospodarki. Tylko dorabiałem sobie u okolicznych rolników. Zbierało się porzeczki, pieliło buraki. Potem pracowało w fabryce okien itd. Praca nie była nam obca, jeśli chcieliśmy coś mieć.
Tak byliśmy wychowywani. I uważam, że to zdrowe podejście. Moje rodzeństwo też tak myśli. Naprawdę, mam fajną rodzinę.

Czegoś nowego dowiedział się Pan o aktorstwie? Że może to nie jest tak słodko, jak się wydaje na starcie?
Ten zawód ma kilka ciemnych stron. I jeśli się nie ma w życiu kotwicy, która ściąga na ziemię, to można popłynąć.

A co jest Pana kotwicą?

Moje wychowanie i teza, że trzeba się trzymać dobrych ludzi, a nie złych. Kiedyś mi się nawet w telewizji wyrwało, że albo jesteś człowiek, albo jesteś ch... Wulgarne, ale prawdziwe. Osoba, która uprawia aktorstwo, musi być trochę narcyzem, egocentrykiem. Musi kochać siebie, żeby siebie innym dawać, mówiąc górnolotnie. Musi też lubić to, że jest podpatrywana, skoro sama wychodzi na scenę. Ale to zakochanie w sobie nie wolno stawiać na pierwszym miejscu. Dlatego dla mnie rodzina jest ważniejsza niż aktorstwo. Po pracy jadę do ukochanej kobiety, zrzucam z siebie cudzą skórę i jestem tylko sobą. To trzyma mnie w pionie. Dzięki temu nie wariuję.

RoZmawiała

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie