Tata zjeżdża, moc truchleje

RedakcjaZaktualizowano 
Ireneusz Kotewicz zawsze przyjeżdża na święta. Na zdjęciu z żoną Elżbietą i dziećmi: Kasią, Kamilem i Łukaszem Grzegorz Mehring
U Krzeszowskich odliczanie zaczyna się 1 grudnia. Wioleta wyciąga z szafy biały obrus, który ma po bokach świerkowe gałązki haftowane złotą nitką. Rozstawia stroiki i kolekcję mikołajków w czerwonych kubrakach. Siada przy stole i patrzy w kalendarz. Jeszcze 19 dni! Piotr będzie 20 grudnia.

Wykończony jak zwykle, bo autobus z Trondheim do Gdańska jedzie 36 godzin, ale on tego po sobie nie pokaże. Będzie się śmiać i podrzucać Michała do góry. 3-letni synek zacznie pewnie z tej radości ryczeć i Wioleta też zacznie. Piotr i 14-letnia Karolina spróbują trzymać fason. Do czasu...

- Płaczemy, gdy się żegnamy, i gdy się witamy - Wioleta już teraz ma mokre oczy. - My nie możemy powstrzymać emocji, a cóż dopiero dzieci. Gdy mąż wyjechał do Norwegii po raz pierwszy, syn miał rok. Płakał przez tydzień, dreptał po mieszkaniu i go szukał. A ja myślałam, że zwariuję.

Wcześniej nigdy się nie rozstawali. Piotr pracował jako spawacz w Stoczni Gdańskiej. Nie mieli luksusów, ale dawali radę. Ale stocznia stanęła przed widmem bankructwa, pieniądze trzeba było wyszarpywać po 300-500 zł. i Piotr stracił cierpliwość. Dołączył do kolegów, którzy wcześniej zdecydowali się na saksy. Pracę ma legalną. W dwa tygodnie wyciąga dwa razy więcej niż w Polsce przez miesiąc. Tyle że tęsknota go zżera. "Ty masz dzieci - mawia do Wiolety - a ja jestem sam".
Norwescy pracodawcy zaproponowali, by sprowadził rodzinę. Oferowali mieszkanie, zasiłek, przedszkole dla syna. Odmówił.

- Nie wyobrażam sobie życia poza Polską - mówi Wioleta. - Tu są rodzice, przyjaciele. Nasz dom. I nasza polska tradycja. Oni tam nie siadają do wigilijnej wieczerzy, nie chodzą na pasterkę...

- W dodatku jedzą łosie! - oburza się Karolina. - Przywiązałabym się do kaloryfera, gdyby mnie ktoś zmuszał do wyjazdu.

Karolina trenuje wioślarstwo, jeździ na regaty, kocha Polskę, a z tatą prawie codziennie rozmawia przez Skype'a. Opowiada mu o szkole i o tym, że kran cieknie. Ojciec tłumaczy, co odkręcić, przełożyć, jak zamontować uszczelkę. Przez kamerę można się zobaczyć i przesłać buziaki. Tylko przytulić się nie można, więc Piotr stara się zjeżdżać co sześć tygodni, żeby bliscy go nie zapomnieli, a obcy nie nazywali jego dzieci eurosierotami.

Spaghetti story

Jerzy już trzeci rok remontuje londyńskie mieszkania. Na czarno. Hindus, u którego tyra, ma kłopoty, od wielu miesięcy nie płaci. Jerzy popada w coraz większe długi, ale do Polski nie wraca, bo inaczej tych kilku tysięcy funtów nigdy nie odzyska.
- Może przed świętami facet się ugnie? - pyta. Retorycznie, bo wie, że Hindusa polskie tradycje nie wzruszą. Już to przerabiali na Wielkanoc.

Jerzy pochodzi z popegeerowskiej wsi pod Elblągiem. W domu zostawił żonę i dwie córki. Starsza zaczęła wagarować.

- Dlaczego nie chodzisz na lekcje? - pyta Renatkę. A ona mówi, że się wstydzi, bo z angielskiego i informatyki jest najgorsza w klasie. Wszystko przez to, że w domu nie ma komputera z internetem, a ojciec nie potrafi zarobić nawet na korki z anglika. Dlaczego urywa się też z wuefu, już nie umie wytłumaczyć.

Szkolna pedagog uważa, że eurosieroctwo to problem społeczny. Dzieci przeżywają rozłąkę bardziej niż dorośli, manifestują to w najróżniejszy sposób, także poprzez wagary. Ale najgorzej jest wtedy, gdy dziecko traci oboje rodziców i trafia pod opiekę cioci czy babci, które sobie z nowym wyzwaniem kompletnie nie radzą.

W gimnazjum są takie przypadki, pani pedagog prosi jednak, by tego nie drążyć. To mała miejscowość, wszyscy się znają i rodziny jeszcze bardziej byłyby napiętnowane. Teraz, gdy z inicjatywy pełnomocnika rządu do spraw równego statusu prawnego międzyresortowa komisja pracuje nad przepisami, które wprowadzą nakaz ustanawiania prawnego opiekuna dla dziecka pozostawionego w Polsce, temat jest szczególnie drażliwy. Zwłaszcza że wiązałoby się to z czasowym ograniczeniem praw rodzicielskich.

- Zgroza! - Teresa, żona Jerzego, nawet nie chce o tym myśleć. Wolałaby pójść żebrać, niż wyjechać za chlebem i zgodzić się na takie restrykcje. Zanim jednak przepisy wejdą (lub nie) w życie, Teresa będzie ratować rodzinę przed śmiercią głodową, a mieszkanie - przed komornikiem.

Dokoła piszczy bieda, pracy nie ma. Gdy znajoma zaproponowała jej miesięczny wyjazd za granicę, powiedziała: "Tak". A potem płakała dwa dni i dwie noce, bo to jednak nie była łatwa decyzja. Owszem, pod jej nieobecność opiekę nad dziećmi będzie sprawować babcia, osoba energiczna, zaradna i w sile wieku. Szkopuł w tym, że trzeba wyjechać 23 grudnia, dzień przed Wigilią. Tylko pod takim warunkiem Teresa dostała tę fuchę.
Wyobraża sobie, że gdy jej eurosieroty zasiądą do wigilijnej wieczerzy w opustoszałym domu, ona - gdzieś pod Florencją - będzie przytulać cudze brzdące i szykować spaghetti bolognese dla włoskiej familii. A potem może zacznie coś wyszywać albo cerować, żeby nie oszaleć. Po miesiącu przywiezie 1000 euro, opłaci najpilniejsze rachunki i korepetycje dla Renatki.

Fundacja Prawo Europejskie wyliczyła, że co 9. polskie dziecko ma jedno z rodziców za granicą. Według Rzecznika Praw Dziecka, liczba eurosierot przekracza 100 tysięcy. Ale statystyki nie wychwytują wszystkich przypadków. No bo czy eurosierotą można nazwać nastolatkę, która traci matkę dwa razy w roku? Na Boże Narodzenie i na Wielkanoc? To nie sieroctwo, to trauma. Bez euro i bez znieczulenia.

Pudding z uszkami

Natalia Wiśniewska z Gdańska, lat 18, nie rozumie, skąd to emigracyjne zamieszanie. No dobra: Ojciec wyjechał. Jest pod Londynem. Pracuje. Zarabia. Ale matka jest w Polsce, dom istnieje, nikt nie histeryzuje, sytuacja opanowana. Odkąd świat stał się globalną wioską i w dwie godziny można dolecieć tu czy tam, rozłąka mniej boli. Zresztą, po roku człowiek się przyzwyczaja i już nie ryczy.

- Najgorzej było za pierwszym razem, gdy nie mógł wrócić na święta - opowiada. - Siedzieliśmy przy komputerze i gadaliśmy przez Skype'a. Ale to też nie była sytuacja, której nie da się przejść. Spoko!

Ostatni raz widziała ojca całkiem niedawno, bo 3 grudnia. Pierwsza w nocy, wszyscy śpią, a ona ślęczy przy komputerze. Emocje rozedrgane, bo to jej 18. urodziny. Coś się kończy, coś zaczyna. Siedzi więc i rozmyśla. A tu nagle otwierają się drzwi i w progu staje tata. Z wielkim czekoladowym tortem. Jak w hollywoodzkim filmie. Och, żebyście słyszeli ten wrzask! Okazało się, że rodzina wszystko ukartowała. A tort przygotowała babcia.

Nata jest w klasie maturalnej, marzy o dziennikarstwie i public relations na Uniwersytecie Gdańskim, a w wolnych chwilach bawi się w teatr. Z grupą 3 Hours Theatre była w Liverpoolu, na festiwalu Brouhaha International. Jest otwarta na nowych ludzi, ciekawa świata. W jej rodzinie wszyscy to mają, dlatego nikt nie rozpacza, gdy zmienia się coś, do czego przywykli. Na przykład, do bycia w piątkę na co dzień.
13-letnia Martyna już nie jest tego pewna. - Tęsknię za tatą - wyznaje wprost. - Zanim wyjechał, chodziliśmy razem na łyżwy, gokarty, spacery. A nawet jak nie chodziliśmy, to też było fajnie. Bo był.

- Najbardziej te rozstania przeżywa nasz 10-letni syn Kacper - uważa Katarzyna Wiśniewska. - Chłopiec potrzebuje męskiego wzorca.

Jej szczególnie brak męża, gdy zaczynają się problemy. Nie - techniczne, bo te Natalia opanowuje błyskawicznie. Wychowawcze. One zdarzają się w najlepszej rodzinie. Tomasz jest lepszym negocjatorem, szybciej daje radę. Katarzyna, choć jest nauczycielką, nie zawsze potrafi do dzieci dotrzeć.

Na święta Tomasz nie będzie w domu, nie może wyrwać się z pracy.

- W zeszłym roku my do niego pojechaliśmy - opowiada Martyna. - Siedzieliśmy przy małej metalowej choince, zajadaliśmy zrobione przez Natalię uszka z soczewicą, przywiezione z do-mu pierogi i angielski pudding z marketu. Było fajnie.

- Nie miejsce się liczy, ale ludzie - poucza Natalia. - Dlatego czuliśmy się jak u siebie.
Pani Katarzyna dodaje, że na tę wigilijną kolację dojechał jeszcze jej brat z rodziną i tylko teściowej zabrakło. Ale nie chciała lecieć. "Nacieszcie się sobą", powiedziała i została w Gdańsku.

Po sąsiedzku z Mikołajem

Kasia Kotewicz pamięta rozmowę z ojcem sprzed 10 lat, gdy szła do pierwszej komunii. Zapytał: "Mam zostać? Jeśli nie wyjadę, będziemy mieć mniej pieniędzy, jeśli wyjadę, zarobię na przyjęcie". Powiedziała: "Zostań". I został.

- Przyjęcia komunijnego nie było, ale ja i tak byłam szczęśliwa. Bo ojciec jest potrzebny, gdy dzieje się coś ważnego. Żadne pieniądze tego nie zastąpią - mówi.

Ireneusz Kotewicz od 12 lat pracuje na zagranicznych budowach. Rosja, Niemcy, Holandia, Norwegia, Finlandia, Urugwaj... Gdy wyjeżdżał po raz pierwszy, Kamil miał rok, Łukasz - trzy lata, a Kasia - siedem.

- To była trudna decyzja - przyznaje Elżbieta Kotewicz. - Ale chłopcy chorowali, brakowało na leki i na chleb, popadliśmy w długi. Mąż zarabiał grosze, ja - z uwagi na dzieci - wtedy nie pracowałam.
Wyjechał raz i drugi, jakoś to znieśli. No to go wciągnęło. Bo jak człowiek zacznie już te saksy, nie może przestać. Ciągle dochodzą jakieś nowe powody. A może by łazienkę wyremontować? Może urządzić Kasi osobny pokój? Wymienić szafki w kuchni?

- Już się przyzwyczaiłam, że wystarcza na chleb i na coś do chleba - mówi Elżbieta. - Co nie znaczy, że żyjemy w dostatku. Mąż dostaje pieniądze, gdy pracuje. Gdy zjeżdża do domu, nie zarabia.

A on wraca na wszystkie uroczystości i święta. Na Wigilię - bezwarunkowo, choćby z najdalszego zakątka świata i w ostatniej chwili. Jest jak poinsecja, zwana gwiazdą betlejemską, która na Boże Narodzenie musi być w domu. Albo jak betlejemskie światełko pokoju przynoszone z rorat w wigilijny ranek.

- Po pasterce dla dzieci, na którą od lat chodzimy, bo chłopcy są ministrantami, od tego światełka zapalamy świecę z Caritasu i siadamy do stołu - relacjonuje Elżbieta. - Czytamy Pismo Święte, czyli fragment o Maryi, która zmierza do Betlejem, z Ewangelii św. Łukasza. Dzielimy się opłatkiem i składamy sobie życzenia. Na białym obrusie, oprócz barszczu, karpia w galarecie, jest nakrycie dla niespodziewanego gościa. Nigdy nie wiadomo, co się zdarzy. Kiedyś nam ludzie pomagali, teraz my wspieramy biedniejszych od nas.

- Ale dla mnie na łyżwy nie ma - włącza się Łukasz. - Choć tak mi zależy.
Na kolana wskakuje 10-letni kot, bardzo chory. I to jest odpowiedź. Elżbieta tłumaczy: - Kicia ma raka. Operacja to 500 złotych plus leczenie.

Łukasz zwiesza nos na kwintę. Od czasu, gdy prysł mit Świętego Mikołaja, który czynił cuda, jakoś mu smutniej. Bo wie, że i mama ma dylemat.

- Ojca łatwiej naciągnąć na zakupy - uśmiecha się Kasia. - On w ten sposób nadrabia nieobecność.
Kasia uczy się w II LO, w klasie bilingualnej, czyli dwujęzycznej, z informatyką, biologią i geografią po niemiecku. Ma średnią 4,0. Kamil też nieźle sobie radzi. Tylko Łukasz mógłby w szkole dawać z siebie więcej, mówi mama, bo w domu to on chętnie pomaga.

Łukasz przytula się do mamy bez słowa. A Kamil przypomina o jeszcze jednej rodzinnej tradycji: po wigilijnej kolacji idą z tatą szukać świętego Mikołaja. Kręcą się po ulicach, zaglądają w różne zaułki. Daremnie. Wracają do domu, a tu - niespodzianka. Ktoś podrzucił prezenty pod choinkę.

Kamil wie, że z tym Mikołajem to lipa. Ale prezenty są prawdziwe. Może dlatego, że tata pracuje w Finlandii? Tam, gdzie mieszka Święty.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie