Tancerka z Gdyni i rewolucja w Egipcie

Dorota Abramowicz
22-letnia Sandra Królikowska z Gdyni uważana jest za jedną z najlepszych wykonawczyń klasycznego tańca egipskiego wśród nie-Egipcjanek
22-letnia Sandra Królikowska z Gdyni uważana jest za jedną z najlepszych wykonawczyń klasycznego tańca egipskiego wśród nie-Egipcjanek Archiwum prywatne
Czeka aż sytuacja w Egipcie się uspokoi, bo chce tam jak najszybciej wracać. Nie do chłopaka czy męża, ale tańca, który ukochała ponad wszystko - pisze Dorota Abramowicz.

Jadąc na lotnisko w Kairze, nałożyła czerwone spodnie, czerwoną bluzę, białe buty. Lolę, psa rasy chihuahua, zostawiła u poprzedniego właściciela. Wzięła tylko podręczny bagaż, resztę zostawiła w domu egipskiej rodziny, która przyjęła ją pod swój dach na sześć nocy.

- Mam tylko dwóch synów, nie mam córki - z ciepłym uśmiechem odpowiadała na podziękowania za gościnę gospodyni.
Przez miasto odwoziła ją męska część rodziny: ojciec, wuj i Tarek. Tak było bezpieczniej. Mijali po drodze uzbrojone oddziały milicji obywatelskiej.

Na lotnisku tłum nie do wyobrażenia. Niósł człowieka w jedną stronę, potem w drugą.
Miała szczęście - doniósł ją do miejsca odprawy samolotu do Pragi. W drugiej godzinie stania w kolejce nad punktem odpraw napis "Praga" zastąpił napis "Damaszek". Dzieci i kobiety zaczęły płakać, mężczyźni klęli. Tłum rzucił ją na ziemię.

Bagaże rozsypały się, kątem oka zauważyła mężczyznę, unoszącego torbę z jedzeniem, przygotowanym przez mamę Tarka na drogę.
Przed zadeptaniem uratowały ją czyjeś ręce, podniosły z podłogi. Ocierając łzy, rozglądała się po lotnisku.
Wtedy zadzwonił telefon.
- Masz czerwone ubranie, Sandro? - spytał Islam, znajomy z lotniska w Hurgadzie. - Zaraz ktoś podejdzie.

Nieznajomy pracownik lotniska podszedł do jedynej w tłumie ubranej krzykliwie na czerwono kobiety. Chwycił za bagaż, załatwił odprawę. 48 godzin później była w domu. W Gdyni.
- Chciałabym już wracać - mówi Sandra Królikowska, 22-letnia tancerka orientalna, uważana za jedną z najlepszych wśród nie-Egipcjanek wykonawczyń klasycznego tańca egipskiego. Absolwentka studiów marketingowo-turystycznych w Polsce i berlińskiej Akademii Tańca Orientalnego, występowała już przed księciem Kuwejtu i elitami Egiptu.

Pod koniec stycznia miała podpisać bardzo dobry kontrakt na występy w Kairze. Na drodze stanęła rewolucja.

Dach z widokiem na Nil

Droga Sandry z Gdyni na egipskie parkiety zaczęła się jeszcze w liceum, od warsztatów tańca orientalnego, prowadzonych przez instruktorkę o wdzięcznym imieniu Bassimah. Ukoronowaniem warsztatów była wycieczka taneczna do Luksoru.

- Nie miałam jeszcze 18 lat, mama podpisywała zgodę - wspomina Sandra. - Musiałam ją przekonać, że będzie bezpiecznie. Wyruszyło kilka kobiet, większość w okolicach trzydziestki, ja byłam najmłodsza. Zamieszkałyśmy na zachodnim brzegu Nilu, uczyłyśmy się tańca od miejscowych kobiet. Nigdy nie zapomnę tańców na dachu w widokiem na Nil.

Od tamtego wyjazdu była już 15 razy w Egipcie. Chwyciła bakcyla, który kazał jej szukać tajemnic tańca u najlepszych.
- To pasja - tłumaczy. - W stylu egipskim nie wystarczy sama technika, tu ważny jest ładunek emocjonalny, a każdy gest musi podkreślać słowa pieśni. Zaczęłam czytać literaturę arabską - po polsku i angielsku, poznawać religię, nauczyłam się w stopniu komunikatywnym języka arabskiego.
Jeździła na Ahlan Wa Sahlan Festival Cairo - największy z festiwali tańca orientalnego na świecie. Po to, by przez tydzień ćwiczyć z najlepszymi, do Kairu wyruszają tancerki z USA, Europy, Japonii, Korei. Płacą za to równowartość 8 tys. zł. I nie żałują.
Po zdobyciu licencjatu oraz ukończeniu szkoły w Berlinie wiedziała, że jej miejsce pracy jest tam, gdzie narodził się taniec brzucha.

Zaowocowały znajomości i przyjaźnie, zawarte podczas wcześniejszych wyjazdów. Dostała pracę w Egipcie.

Zapracować na szacunek

Egipt to kraj islamski. Egipt to kraj kochający taniec. Między tymi zdaniami rozciąga się morze niedopowiedzeń, uprzedzeń, sprzeczności. Islam każe zakrywać ciało, taniec orientalny - odkrywać. Czy tancerka zasługuje w Egipcie na szacunek?

- Na szacunek każdy musi zapracować - Sandra waży słowa. - Mogę mówić tylko za siebie. Unikam wszelkich dwuznaczności. Występuję tylko na renomowanych scenach, jeśli w hotelach, to jedynie pięciogwiazdkowych. Przed i po występie nie rozmawiam z gośćmi. Trzeba zachowywać czujność i dbać o reputację. Wystarczy jeden fałszywy krok, by spaść w "rankingach" na niższy poziom.

Wyższy poziom oznacza np. zaproszenia z występem na wesela znanych aktorów, reżyserów, biznesmenów. Wesela są niezwykłe - w najlepszych hotelach, na 200-300 gości, z występami artystycznymi. Zabawa - bez alkoholu - trwa do godziny 5 nad ranem.

Opinia idzie za tobą. Po weryfikacji została poproszona o taniec na ogromnej scenie w modnym wśród VIP-ów kurorcie Port Ghalib. Na widowni, otoczony ochroniarzami, siedział książę Kuwejtu.

Nie ma w Egipcie chłopaka, narzeczonego, męża. Ma wielu znajomych i przyjaciół, ale podkreśla - to tylko znajomi i przyjaciele. Bez podtekstów. W kontaktach zawodowych pomaga wykształcenie z marketingu - nie oddaje połowy zarobków pośrednikom. Na ulicach czuje się bezpieczna.

- To kwestia poznania norm obyczajowych i odpowiedniego ubioru - tłumaczy. - Turystki, chodzące po egipskich ulicach w spódniczkach mini i z ogromnymi dekoltami, odbierane są jako osoby czekające na zaczepki.
Egipcjanki, będące zawodowymi tancerkami, mają dusze feministek. Najlepsze z nich są niezależne finansowo, pomagają całym rodzinom. Taka jest przyjaciółka Sandry, Madiha.
Madiha - choć na to nie wygląda - ma 38 lat, córkę niewiele młodszą od Sandry i jest bardzo dobrą tancerką.

- Nie żyje z mężem, który zresztą ożenił się z Madihą wbrew woli swojej rodziny - opowiada Sandra. - Mąż wyjechał z Egiptu, a ona mówi, że ważniejsza od mężczyzny jest praca. Traktuje ją z ogromną pasją, więc mogłaby być tylko z osobą, która ową pasję zaakceptuje.

- A może przemawia przez nią gorycz?
- Skądże. To osoba w pełni pogodzona z życiem. Uśmiechnięta. Otwarta. Nie narzeka. Zarabia - w przeliczeniu na polskie warunki - około 12-15 tys. złotych miesięcznie. Kupiła 200-metrowe mieszkanie, sfinansowała studia córki, pomaga bratu i matce.
Przy czym matka do tej pory nie wie, gdzie pracuje Madiha.

Kair, demonstracje i polska telewizja

25 stycznia rozpoczęły się uliczne protesty w Egipcie. Tego samego dnia Sandra przyleciała do Kairu. Dostała ciekawe propozycje, m.in. na Nile Maxime, łodzi, uchodzącej za fabrykę tanecznych talentów.

Jadąc na lotnisko w Kairze, nałożyła czerwone spodnie, czerwoną bluzę, białe buty. Lolę, psa rasy chihuahua, zostawiła u poprzedniego właściciela. Wzięła tylko podręczny bagaż, resztę zostawiła w domu egipskiej rodziny, która przyjęła ją pod swój dach na sześć nocy.

- Spotkałam się w pubie z przyjaciółmi - wspomina. - Można ich określić mianem egipskiej inteligencji, reprezentującej młody nurt myślenia. Z dystansem podchodzili do tego, co działo się w kraju. Uważali, że Mubarak musi odejść, ale bez zadęcia ideologicznego. Obawiali się, jakie skutki dla turystyki przyniosą niepokoje i wzrost znaczenia islamskich fundamentalistów.

Sytuacja nie jest prosta, zerojedynkowa. Na przykład dla wielu egipskich kobiet dużo dobrego zrobiła żona prezydenta, Susan Mubarak. To ona walczyła ze zwyczajowym obrzezaniem kobiet i doprowadziła do jego delegalizacji.

Jeden z przyjaciół Sandry, który brał udział w demonstracjach na placu Tahir, zaginął. Potem okazało się, że został aresztowany. Wypuszczono go po kilkudziesięciu godzinach.
Władze odcięły najpierw Facebooka, potem cały internet.

Sandra miała wynająć w Kairze mieszkanie, ale sytuacja zmieniała się z godziny na godzinę. Tarek, przyjaciel pracujący w banku, zaproponował, by zamieszkała z jego rodziną.
I tak trafiła do domu, który stał się dla niej na prawie tydzień schronieniem.

Matka Tarka, wykształcona kobieta, pracująca w Ministerstwie Rolnictwa, przyjęła ją jak córkę. Z nią i ojcem rodziny, właścicielem firmy produkującej olejki, rozmawiała po angielsku, z babcią, znającą francuski - po arabsku. A oni gotowi byli nieba przychylić dziewczynie z Polski. Dbali, karmili, gościli i... nie wypuszczali z domu, żeby nikt krzywdy jej nie zrobił.
Niespokojnie zrobiło się po "ucieczce" setek więźniów, według niektórych spekulacji, wypuszczonych przez ludzi prezydenta. Zaczęły się grabieże, a mieszkańcy dzielnic zorganizowali policję sąsiedzką. Dyżurowali na ulicach dzień i noc, broniąc dobytku.
Poważne starcia ograniczały się do placu Tahir i okolic.

Rodzice w Polsce, obserwując doniesienia z Kairu, byli przerażeni. Wprawdzie uprzedziła ich, że łączność telefoniczna zostanie przerwana (z taką informacją zadzwonił znajomy kilka godzin wcześniej), ale polska telewizja podawała coraz groźniejsze wieści.

- Nasi dziennikarze przesadzali - mówi Sandra. - Oglądaliśmy programy informacyjne z całego świata, nikt tak nie straszył jak polskie media.

Komórki nie działały, ale okazało się, że można z zewnątrz zadzwonić na telefony stacjonarne. Kiedy zadzwoniła przyjaciółka Tarka z Kanady, poprosiła ją o przekazanie wieści do Gdyni.

- Tata stanął na głowie i załatwił bilet przez Pragę do Polski - uśmiecha się Sandra.
Od kilku dni jest w domu. Dzwoniła już do ambasady egipskiej, by spytać, jaka jest szansa na otrzymanie długoterminowej wizy. Usłyszała, że na razie - żadna.

Gdynia, lutowy, chmurny poranek, pada deszcz, wieje wiatr.
- Czy wyobraża sobie pani, by zatańczyć tu i teraz taniec brzucha? - pyta gorzko Sandra, spoglądając przez okno. Rzeczywiście, nic nie pasuje.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie