Śmierć 12-latka. Żeby ta tragedia nie nakręcała kolejnych

Dorota Abramowicz
Po samobójczej śmierci Ani tabloidy prześcigały się w podawaniu coraz bardziej drastycznych informacji
Po samobójczej śmierci Ani tabloidy prześcigały się w podawaniu coraz bardziej drastycznych informacji Adam Warżawa/archiwum
Kompletny chaos, jaki zapanował przed dziesięcioma laty po samobójstwie 14-letniej Ani, doprowadził do powstania ogólnopolskich procedur postępowania w kryzysie

Środa, 9 marca 2016 r., wieczór. Do łazienki, z której korzystają podopieczni Pogotowia Opiekuńczego w Gdańsku Wrzeszczu, wchodzi jeden z wychowawców. Znajduje nieprzytomnego, 12-letniego Marka. Próbuje reanimować chłopca, wzywa pogotowie. Niestety, dziecka nie udaje się uratować.

Pod budynek przy ul. Leczkowa podjeżdża radiowóz, na miejscu zjawia się prokurator. Wychowawcy zawiadamiają przełożonych. Już godzinę po otrzymaniu informacji w trybie pilnym zbiera się całe kierownictwo Wydziału Rozwoju Społecznego Urzędu Miasta w Gdańsku pod kierunkiem wiceprezydenta Piotra Kowalczuka. Zapadają decyzje, które będą obowiązywać w kolejnych dniach. Do matki Marka wraz z policjantami jedzie psycholog. Pomocą psychologiczną zostają objęte wszystkie dzieci z pogotowia oraz wychowawcy.

Wiceprezydent Kowalczuk, niezależnie od prokuratorskiego śledztwa, zarządza przeprowadzenie kontroli procedur obowiązujących w placówce.

Czytaj więcej o tragicznej śmierci 12-latka w pogotowiu opiekuńczym

Postanowienia obejmują także politykę informacyjną. Zakaz wypowiadania się w sprawie tragedii otrzymują wszystkie osoby, do których mogą zadzwonić dziennikarze. Jedynie Arkadiusz Kulewicz, doświadczony konsultant ds. komunikacji społecznej Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, ma przekazywać - w razie pytań - jednoznaczny komunikat zakończony apelem o „uszanowanie sytuacji i powstrzymanie się od ferowania wyroków”. Ma także zawiadamiać, że do czasu wyjaśnienia sprawy żadne dodatkowe informacje nie będą udzielane.

Dopiero sześć dni później „Dziennik Bałtycki” jako pierwszy informuje o tragedii. Piszemy, że Marek był zapalonym sportowcem, że miał zaburzenia zachowania, że od czerwca ub. r., decyzją sądu, przebywał w pogotowiu. Buntował się, uciekał. I że nic nie wskazywało, by chciał uciec od życia. Inne media nie mają już zbyt wiele do dodania - wszyscy otrzymują ten sam komunikat potwierdzony przez prokuraturę. Pod budynkiem pogotowia nie ustawiają się wozy transmisyjne, tabloidy nie polują na domniemanych winnych.

- Wyciągnęliśmy wnioski z doświadczeń sprzed dziesięciu lat - przyznaje Antoni Pawlak, rzecznik prezydenta Gdańska.

Dramat na lekcji języka polskiego

Sobota, 21 października 2006 r. Do pokoju 14-letniej Ani, uczennicy drugiej klasy gdańskiego gimnazjum, wchodzą rodzice. Znajdują martwą córkę.

Ania nie zostawiła listu pożegnalnego, ale policjanci szybko ustalają, że poprzedniego dnia na lekcji języka polskiego doszło do brzemiennych w skutkach wydarzeń. Po wyjściu z klasy nauczycielki kilku chłopców miało podejść do Ani, upokarzać ją, molestować i nagrywać to telefonem komórkowym. Dzień później Ania powiedziała koleżance, że zamierza odebrać sobie życie.

We wtorek w redakcji odbieram telefon. Prosząca o anonimowość osoba opowiada o wstrząsających okolicznościach śmierci dziewczynki. Informacje potwierdza policja i dyrektor szkoły. Po publikacji artykułu „Dramat na lekcji języka polskiego” rozpętuje się burza.

Dzień pogrzebu dziewczynki jest dniem żałoby w polskich szkołach. Ceremonii przewodniczy metropolita gdański, abp Tadeusz Gocłowski. Kwiaty na grobie Ani składa prezydent Lech Kaczyński. Dwa tygodnie po śmierci Ani do gdańskiego gimnazjum wkracza ówczesny minister edukacji Roman Giertych, by ogłosić program „Zero tolerancji” i zapowiedzieć przykładne ukaranie sprawców.

Dziennikarze zjeżdżają do podgdańskiej miejscowości, gdzie mieszkała Ania i piątka gimnazjalistów, którzy mieli ją upokorzyć. Przepytują sąsiadów. Koczują przed szkołą, zaczepiają uczniów i nauczycieli. Tabloidy prześcigają się w podawaniu coraz bardziej drastycznych informacji.

Sytuacja wymyka się spod kontroli. Okładki gazet epatują zdjęciami przerażonych chłopców, prowadzonych na kolejne rozprawy z podpisami „To oni zabili Anię”. Narasta atmosfera linczu. Wzrasta też gwałtownie liczba samobójstw wśród nastolatków. To tzw. efekt Wertera, przypisywany przez naukowców świadomemu lub nieświadomemu utożsamianiu się z osobą, która odebrała sobie życie.

Tak jak przy pożarze

- To był kompletny chaos - wspomina Krzysztof Sarzała, kierujący Centrum Interwencji Kryzysowej w Gdańsku. - Im bardziej narastało zainteresowanie, tym częściej wykonywano paniczne ruchy. To była pełna improwizacja.

Gdy zainteresowanie samobójstwem Ani osiągnęło apogeum, przerażona dyrekcja gimnazjum poprosiła o pomoc z CIK. Pomysł wykorzystania „specjalistów od kryzysu” wsparła ówczesna wiceprezydent Gdańska, późniejsza minister edukacji, Katarzyna Hall. Przede wszystkim szkoła otrzymała pełne wsparcie psychologów. Krzysztof Sarzała osobiście prosił dziennikarzy, by - w trosce o życie innych dzieci - nie informować czytelników szczegółowo na temat sposobu odebrania sobie przez Anię życia. Na przekór opinii publicznej bronił wówczas tezy, że chłopcy, którzy mieli molestować dziewczynkę, nie są zepsutymi do szpiku kości degeneratami. I że to, co stało się podczas feralnej lekcji, nie może przekreślać ich całego życia.

Niewielu wówczas wiedziało, że w sytuacji kryzysowej, gdy narastają emocje, strach, poczucie winy i złości, należy korzystać z pewnego algorytmu procedur.

- To tak jak z instrukcją przeciwpożarową - tłumaczy Krzysztof Sarzała. - Nikt z nas nie jest strażakiem, ale gdy pojawi się ogień, zamiast w panice wykonywać nieskoordynowane ruchy, ściągamy ją ze ściany i zaczynamy postępować według kolejnych zapisanych punktów. Kryzys jest takim właśnie pożarem, przy gaszeniu którego niewskazana jest improwizacja.

Sprawa samobójstwa Ani i następujących po nim wydarzeń została dokładnie przeanalizowana. Instrukcja „antykryzysowa”, stworzona przed dekadą w Gdańsku po objęciu przez Katarzynę Hall stanowiska ministra, została rozpowszechniona w szkołach i placówkach wychowawczych. Dziś korzysta się z niej w całym kraju. Określa ona m.in. skład zespołu kryzysowego, zasady współpracy z innymi instytucjami (m.in. z policją i prokuraturą), rozdziela zadania wykonywane według określonego planu.

- Najważniejsze jest szybkie udzielenie pomocy innym dzieciom, wychowawcom, rodzicom - mówi Krzysztof Sarzała. - Zapewnienie bezpieczeństwa, by nie było kolejnej ofiary.

A co z poczuciem sprawiedliwości? Znalezieniem winnych śmierci dziecka? - Od tego są policjanci, prokuratorzy, sędziowie - tłumaczy psycholog. - A nie tłum żądający linczu.

Efekt Wertera

Nazwa pochodzi od bohatera książki Johanna Wolfganga Goethego, która przyczyniła się do wzrostu liczby samobójstw. W latach 90. XX w. WHO opracowała zalecenia dla mediów, jak pisać o samobójstwach, by nie nakręcać śmiertelnej spirali. WHO zaleca m.in., by nigdy nie publikować zdjęć samobójców, nie podawać szczegółowo metody samobójstwa i szczegółowych powodów, które mogą usprawiedliwiać ten czyn. Nie należy robić sensacji z samobójstwa i udowadniać winy. Należy też pokazać, gdzie można szukać pomocy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie