Rejsy po gospodarce: Cienka czerwona linia

    Rejsy po gospodarce: Cienka czerwona linia

    Piotr Dominiak, ekonomista

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Ludzie wściekają się, a przynajmniej dziwią. Z jednej strony płyną do nas optymistyczne komunikaty o bieżącej sytuacji budżetu państwa, z drugiej - widzimy zdecydowany opór rządu, szczególnie ministra finansów, przed jakimikolwiek obniżkami podatków.
    Koniunktura jest wciąż dobra. Rosną wpływy z podatków dochodowych, bo rosną wynagrodzenia i zyski. Rosną przede wszystkim wpływy z VAT i akcyzy, bo rośnie konsumpcja, stać nas na więcej. Te wpływy rosną także dlatego, że przyspieszyła inflacja. Stawki VAT i akcyzy są generalnie procentowe, więc rosnące ceny napędzają budżetowi dodatkowych środków. To m.in. dlatego rząd nie doszacowuje przeważnie w prognozach, na podstawie których konstruowany jest budżet, stopy inflacji. Jak będzie większa niż zaplanowano, to pojawią się dodatkowe wpływy.

    Dzisiejsza sytuacja, w połowie roku, jest najlepsza od niepamiętnych czasów. Utrzymuje się nadwyżka dochodów budżetowych nad wydatkami. Cały rok zapewne nie zamknie się takim wynikiem, ale niemal na pewno będzie sporo lepszy od przewidywań.

    Jak zatem rozumieć zdecydowaną odmowę rządu obniżenia akcyzy na paliwa? Jest kilka powodów. Po pierwsze i najważniejsze - popyt na paliwa jest w krótkim (a nawet w średnim) okresie sztywny w stosunku do cen. Prosto rzecz ujmując - klniemy i kupujemy tyle samo. Naprawdę nieliczni rezygnują z dotychczasowej skali zakupów benzyny z powodu wyższych cen. Opodatkowanie paliw jest świetnym źródłem dochodów państwa. I minister finansów, aczkolwiek jako człowiek kulturalny nie pokazuje tego po sobie, zaciera ręce. Maszynka dochodowa nakręca się sama. Tak jak cieszą się z tego koncerny naftowe, których zyski szybko rosną, tak jak cieszy się Rosja czy Wenezuela, podobnie czuje się zapewne minister Rostkowski. Zachowuje się jak zwykły, pazerny kapitalista, goli nabywców, dopóki może, a może jeszcze sporo.

    Oczywiście, to jest gra, i to gra ryzykowna. I z pewnością minister zdaje sobie z tego sprawę. Nie można przesadzić - jeśli gospodarka zwolni, wpływy z podatków nie będą już tak szybko wzrastały. Rosnąca inflacja podniesie stopy procentowe, kredyty będą droższe - konsumpcja i inwestycje przyhamują. Wzrosną też wydatki rządowe na obsługę długu publicznego.

    Po drugie - minister wie także, że dobra koniunktura, nawet pomijając wpływ czynników zewnętrznych w stosunku do gospodarki, nie trwa wiecznie. Trzeba się liczyć z tym, że tempo wzrostu spadnie, i trzeba mieć rezerwę na gorsze czasy. Czyli wycisnąć z podatników tyle, ile się da dzisiaj, by "zaoszczędzić" na przyszłość.
    Minister Rostkowski zachowuje się jak zwykły, pazerny kapitalista, goli nabywców, dopóki może, a może jeszcze sporo
    Po trzecie wreszcie - musimy pamiętać, że minister to polityk, którego wyborcy rozliczają za szybkie efekty. Rząd obiecywał ograniczenie deficytu budżetowego i to zadanie, jako jedno z niewielu, może się, dzięki szczęśliwym (dla ministra) zbiegom okoliczności udać zrealizować. Od dawna obserwuję, jak znakomici ekonomiści zmieniają poglądy w momencie, gdy stają się ministrami finansów. Niemal wszyscy (wyjątkiem był chyba tylko prof. Balcerowicz) zapominają nieco o tym, czego uczyli na uniwersytetach. Wszystkie te bajki o długich okresach, nadmiernym fiskalizmie szkodzącym wzrostowi gospodarczemu itd., itp. umykają z ich pamięci. Liczy się doraźny efekt. Obecny minister troszczy się werbalnie, jak jego poprzednicy, o przyszłość kraju, ale robi nieco inaczej, chcąc osiągnąć maksymalnie dobry wynik budżetowy już w tym roku. Specjalnie mu się nie dziwię.

    Z drugiej strony, obecny wzrost cen ropy naftowej nie jest epizodem. Jeśli gospodarka światowa nie zacznie szybko wdrażać technologii i produktów ropooszczędnych, skutki są trudne nawet do oceny. Stagflacja stoi pod drzwiami.

    Wreszcie - dobre bieżące doniesienia o kondycji naszego budżetu już teraz wzmagają naciski, by te nieprzewidziane dochody wydać na różne zbożne cele. Czy "przejemy" dobrą koniunkturę? Czy może uda się te nadwyżki zainwestować w przyszłość (naukę, wiedzę)? To ostatnie jest akurat najmniej prawdopodobne.

    Ale tak naprawdę to, co się teraz dzieje, pokazuje dobitnie, jak cienkie granice dzielą decyzje dobre od złych, myślenie krótko- od długoterminowego, doraźność od strategii.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo