O domu Iwaszkiewicza rozmowa z jego wychowankiem Wiesławem Kępińskim

Gabriela Pewińska
Palił dużo, zawsze delektując się. Były to papierosy najlepsze gatunkowo, eleganckie belwedery i wawele. Czasem caro Przemek Świderski
O domu Jarosława Iwaszkiewicza, o snach, w których czasem przychodzi, mówi Wiesław Kępiński, wychowanek poety.

Jarosław Iwaszkiewicz był dla Pana drugim ojcem. Zaopiekował się Panem, sierotą wojenną, gdy stracił Pan rodziców podczas rzezi na Woli w 1944 roku. W tym roku mija 35 lat od jego śmierci. Powtórzę zadane przez poetę w jednym z listów do małego Wiesia pytanie: Myślę, że nie narobiłeś głupstw podczas mojej nieobecności?
Boże! Chyba niczego głupiego nie zrobiłem przez te 35 lat! Na wszelki wypadek odpowiem jak kiedyś w liście do niego: Książek nie ruszałem, nie przekładałem. Mebli nie rżnąłem, nie przerabiałem... A miałem do takich przeróbek dryg. Pamiętam też jego widokówkę z Palermo: „Myślę, że uczysz się arytmetyki, francuskiego, i że myjesz się starannie” (śmiech). Myć to myłem się, ale wyłącznie dla przypodobania się moim koleżankom z klasy.

Kiedy po jego śmierci po raz pierwszy przekroczył Pan próg Stawiska?

Przez wiele lat nie mogłem się zdobyć na to, aby pojechać do domu. Nie wiedziałem, jak to przeżyję. Wejdę, a tu nikogo nie ma. Straszne! Bałem się, że boleśnie będę obijał się o wspomnienia. A kiedy wreszcie się zdecydowałem, poczułem się, jakbym wrócił do domu z długiej podróży. Syn marnotrawny. Stawinoga. Teraz jeżdżę tam bardzo często. Mimo że jest to już muzeum, wciąż czuje się w nim obecność Jarosława i innych mieszkańców sprzed lat. Na każdym kroku! Przy schodach prowadzących do holu wisi, jak kiedyś, barometr. Widzę mojego opiekuna, gdy bieży na obiad o wpół do drugiej, podchodzi do barometru i puka w szybkę. Za każdym razem. Rytuał. Wszystko w tym domu jest tak jak kiedyś. Tylko kuchni nie ma tamtej, gdzie piekło się chleb i węglem paliło pod fajerkami. Raz w tej kuchni rządził słynny kucharz Władysław Kucharski. Najlepszym dowodem jego kunsztu, niemal artysty, niech będzie to, że goszcząca w Stawisku królowa Elżbieta, wbrew etykiecie, poprosiła o dokładkę. Tak jej smakowało!


Miał Iwaszkiewicz w domu swoje ulubione miejsca.

Lubił siadywać w dużym gotyckim fotelu przy oknie, w gabinecie. Tutaj czytał najczęściej. Miał dobre światło i piękny widok na olbrzymią sosnę Uranię i aleje lipową i świerkową. W gabinecie stało wielkie biurko. Na nim mnóstwo drobiazgów, fotografie, także moje. Jedna z Krupówek: dwa zakopiańskie misie - czarny i biały - i ja między nimi. Jarosław wysłał mi to zdjęcie, gdy byłem w wojsku. Podpisał: „Czarnemu daj w mordę, a białego całuj”. Jest w tym ukryte przesłanie, czarne to zło, białe - dobro.

Na zdjęciach Pana autorstwa, których negatywy przechowywał Pan ponad pół wieku...
W pudełku po butach... (śmiech)

...Jarosław przy pięknym stole. Z papierosem.
To marmurowy stół, w sypialni. Tutaj po obiedzie najczęściej piło się herbatę. Najważniejszy był jednak stół w jadalni. Na 24 osoby. Jarosław siadał zawsze u jego szczytu. Obok żona, Anna. Ja także blisko, po prawej stronie. Ale gdy gospodarze wyjeżdżali, zajmowałem jego krzesło. W myśl tego, o czym mi przypominał, że podczas jego nieobecności mam opiekować się domem. Miejsce, które zajmował Jarosław, było niezwykłe. Latem, gdy główne drzwi były otwarte na oścież, z tego krzesła rozciągał się widok, przez cały stół, aż do alei lipowej. Wciąż widzę, jak podczas obiadu wpadają z ogrodu psy. Prosto na perski dywan, który z tej przyczyny był cały w piachu na okrągło. Ale jakoś nikt nad tym nie ubolewał. Psy miały w tym domu wszelkie prawa.

Ładnie palił. Dużo?

Różnie, zawsze jednak delektując się. Były to papierosy najlepsze gatunkowo, eleganckie belwedery i wawele. Czasem caro. Palił sporo, ale - dla mnie zadziwiające - nagle potrafił rzucić i przez pół roku nie palić w ogóle. Ale potem wracał do nałogu. Na stare lata odzwyczaił się od papierosów na dobre.

Na fotografiach pisarz w tatarskiej krymce.
Zawsze chodził w tym po domu. Orientalne nakrycia głowy przywoził z różnych stron świata. Miał nawet typowy turecki fez. Jeszcze niektóre chyba są w Stawisku. Zwoził je z podróży zagranicznych jak z sandomierskiego jarmarku koguta z gliny czy z wiejskich targowisk dzbany zwane siwakami. Lubił takie rzeczy. Na jego biurku było mnóstwo drobiazgów, pamiątek. Kiedy przybyłem na Stawisko jako 15-letni prosty chłopak z warszawskiej Woli, dostałem na poddaszu pokój, w którym były szafa, łóżko, kredens i biurko. To biurko... Urządziłem je sobie tak, jak swoje urządził Jarosław: zdjęcia, kamień - przycisk do papieru, książki, miecze z kości słoniowej do przecinania kartek. Naśladowałem go. Wziąłem sobie do serca słowa, który napisał: „Tak bym chciał, by mój Wiesiek odznaczał się zaletami, żeby znać było, kto go wychowywał. Pamiętaj, że ciążą na tobie obowiązki reprezentowania mojego domu”. To było zawsze dla mnie wyróżnienie reprezentowania jego domu, bo to był także mój dom. Nawet teraz.

Jednak przy Pana biurku wtedy wiersze nie powstały...

Byłem jak Cherubin z „Wesela Figara”, który ledwo dorósł, na okrągło wzdychał z pożądania (śmiech). Pamiętam, jak wieczorami siadywaliśmy w gabinecie Jarosława - ja na jego miejscu, za biurkiem, on przycupnięty z boku - jak ładował mi do głowy wszystkie mądrości , a Wiesio jak głąb był, tak długo głąbem pozostał. Żal mi go było, gdy przyjeżdżał wieczorem z Warszawy głodny, zmęczony plotkami, pomówieniami, głupotami tego świata, zły, a jednak jeszcze lekcje ze mną odrabiał! Książki mądre podrzucał. Szekspira tłumaczył. Mickiewicza na głos czytał. Ale poezję, której dom był pełen, odkryłem dopiero na starość. Zacząłem pisać, mając blisko 80 lat! Będąc w wojsku, prowadziłem z Jarosławem bogatą korespondencję, pamiętam, jak wysłałem mu mój pierwszy wiersz. O starej gruszy. Nigdy na ten tekst nie zareagował. Dziś wiem, dlaczego.

Dlaczego?
Bo to był bardzo zły wiersz. Artystyczna atmosfera domu Iwaszkiewiczów musiała mieć jednak na mnie ogromny wpływ. Dużo rysowałem. Do dziś są w Stawisku moje laurki dla Jarosława. Wejdą do książki „Moje Stawisko”. Jarosław cieszył się z tych prac, prosił, bym narysował mu jego ukochaną sosnę. Narysowałem ją, ale dzieło, miast jemu, dałem dziewczynie, w której się akurat podkochiwałem. Swoje rozczarowanie pisarz uwiecznił w opowiadaniu „Dziewczyna i gołębie”.

„Uranio, muzo dnia ostatecznego...” pisał w wierszu.
Tyle lat stała „pośrodku świata”, ale niedługo po śmierci Jarosława i Anny uschła. Ludzie pocięli jej piękny pień na wielkie koła, po których dzieci skakały, nic sobie nie robiąc z tego, czym ona była za życia dla tych, którzy na Stawisku żyli i umierali w bliskości jej piękna.

Nie poświęcił Pan wiersza sośnie, ale zmysłowej prasowaczce koszul... Poetycką etiudę odczytał Pan niedawno podczas wieczorów poetyckich w Stawisku.

Do czego to podobne, myślę sobie, by jakiś Kępiński czytał swoje wiersze w jadalni Iwaszkiewicza!

Co by na to On powiedział!
Byłby zachwycony! Do wierszy, jak do wszystkiego, trzeba dorosnąć. Dopiero niedawno przeczytałem dzieła wszystkie Gałczyńskiego. A przecież kiedyś miałem okazję siedzieć z nim przy jednym stole. Było to w kawiarni Kryształowa w Zakopanem, do której wstąpiliśmy z Jarosławem. Ale wtedy Gałczyński niewiele mnie obchodził. Już bardziej młode góralki.

Skąd ta prasowaczka?
Do mojego pokoju na poddaszu w Stawisku przychodziła kiedyś piękna dziewczyna. Raz na miesiąc prała i prasowała koszule, również dla mnie. Kiedy to było! Jej czerwone usta na pewno już dziś pobladły... Dni spędzone w tamtym domu... Pamiętam dzwonienie janczarów wzywające na posiłki - dziwne i egzotyczne. Te dzwonki wciąż wiszą w holu na szyi wypchanego niedźwiedzia („spadek” po teściu poety), nikogo już nie zapraszają na obiad. Z obiadem wiąże się też anegdota. Kiedyś po posiłku teściowa Jarosława odpoczywała w swoim pokoju. Tapczan ustawiony na środku wyglądał jak katafalk. Jarosław stwierdził, że to ...„próba generalna”.

Iwaszkiewicz przychodzi w snach...
Kiedyś spytałem go, dlaczego moi zamordowani w czasie wojny rodzice nigdy mi się nie śnią. Odpowiedział, że bardzo bliskie osoby na ogół nie pojawiają się w snach. Dziś to rozumiem. Gdy przyśniła mi się matka, cały dzień odczuwałem lęk, duchowy niepokój, że coś złego się wydarzy. Zmarli nie chcą nas niepokoić. Śni mi się czasem Stawisko, że wokół wyrastają bloki, suną sznury samochodów, w domu pełno obcych ludzi, a ja myślę: Boże, jak ciocia Hania to zobaczy, to co to będzie! Albo że przyjeżdżam, a tu Anna, Jarosław, psy... I w tym śnie myślę sobie: Co ci ludzie gadają, że oni nie żyją, przecież żyją!

A Jarosław? Jak przychodzi?

Na przykład tak: Idę ulicą Wiejską, mijam siedzibę Twórczości, gdzie pracował. Ktoś mi mówi, że On jest w redakcji, żeby wejść. Wchodzę. A tam remont, meble przykryte jasnym suknem. Jarosław siedzi na podłodze. Klękam więc przed nim i witamy się. Jak w jego wierszu: „Nie klękaj przede mną przyjacielu/ Czas między nami ukląkł”...


Wiesław Kępiński
- Miał 11 lat, gdy w pierwszych dniach powstania warszawskiego, podczas egzekucji na warszawskiej Woli zginęli jego rodzice. Z grupy 61 osób skazanych na śmierć jemu udało się uciec. Błąkał się po świecie, szukając domu. Po wojnie napisał do gazety dramatyczny list: „Może znajdzie się ktoś z drogich czytelników, kto ofiaruje mi jakąś pracę, a może się mną zaopiekuje lub weźmie na dalsze wychowanie?”.

Na jego apel pierwsi odpowiedzieli Iwaszkiewiczowie. Próg ich domu w Stawisku przekroczył w lutym 1947 roku. O Jarosławie Iwaszkiewiczu mówi dziś: - Przez lata wykształciło się w nas pokrewieństwo nie krwi, a ducha. Być „prawie synem” takiego człowieka, żyć na Stawisku to był cud.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie