„Mistrz i Małgorzata” w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Pandemia nie wszystkim wyszła na zdrowie

Dariusz Szreter
Dariusz Szreter
„Mistrz i Małgorzata”. Pandemia nie wyszła na zdrowie
„Mistrz i Małgorzata”. Pandemia nie wyszła na zdrowie Przemysław Burda
Z prapremiery „Mistrza i Małgorzaty” w Teatrze Muzycznym w Gdyni zapamiętamy fantastycznego fokstrota, Roberta Gonerę w roli Wolanda, niesamowitą przemianę gdyńskiej sceny w świetlisty korytarz, którym oddalają się Jeszua i Piłat oraz Małgorzatę latającą na miotle i wybijającą szyby w mieszkaniu krytyka Łatuńskiego. To ostatnie zjawisko, niestety, należało do kategorii „tego się nie da odzobaczyć”.

„Mistrz i Małgorzata” w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Pandemia nie wyszła na zdrowie

Zarówno słowo wstępne wygłoszone przez wicedyrektora Muzycznego Bogdana Gasika, jak i wcześniejsze uwagi reżysera Janusza Józefowicza wskazywały, że relacje między autorami spektaklu i kierownictwem teatru a zespołem nie układają się najlepiej. Padały sugestie, że aktorzy w czasie 18-miesięcznej przerwy, jaka minęła od ostatniego przedstawienia na gdyńskich deskach, odwykli od reżimu pracy. W rezultacie, po zakończeniu sobotniego spektaklu doszło do kuriozalnej sytuacji, gdy w trakcie końcowych oklasków część aktorów zeszła ze sceny, kiedy wywołano na nią reżysera.

Zacznijmy jednak od początku. A ten zapowiadał się obiecująco: od sceny rozmowy Jeszui z Poncjuszem Piłatem. Po wyprowadzeniu skazanego na śmierć „filozofa”, mury pałacu namiestnika walą się, a do środka wdziera się rewolucyjny lud Piotrogrodu z rękami pełnymi „trofiejów”. Sceny rewolucji z „wpłynięciem” i salwą krążownika Aurora, przy ogłuszających dźwiękach „Miedzynarodówki”, zrealizowane zostały w oszałamiającym tempie filmowych teledysków. Potem widzimy mieszkanie Mistrza, który w poczuciu załamania i zdrady pali rękopis swojej powieści o Piłacie. I dopiero wtedy trafiamy na Patriarsze Prudy, gdzie do dyskutujących literatów Bezdomnego i Berlioza dosiada tajemniczy cudzoziemiec, a Anuszka już wylała olej... Tę otwierającą sekwencję kończy brawurowy fokstrot biesiadników restauracji „U Gribojedowa”. Niestety, przez kolejne dwie godziny nic równie atrakcyjnego w sferze choreograficznej już się nie wydarzyło. Zabrakło też, mimo kilku efektownych fragmentów muzycznych, chociaż jednej przebojowej melodii, takiej, którą widz mógłby nucić, wracając do domu.

Do pokazania diabelskiego „piątego wymiaru” reżyser posłużył się scenami filmowymi, częściowo animowanymi, co udało się połowicznie. Czy pokazując (przydługi) lot nagiej Małgorzaty na miotle naprawdę trzeba było robić aż tak głęboki ukłon w stronę czytelników Harry’ego Pottera? A scena demolki w mieszkaniu Łatuńskiego to już zupełne nieporozumienie.

Co się udało? To, że autor libretta Jurij Riaszeńcow pomieścił w nim wszystkie zasadnicze wątki powieści Bułhakowa. Udany był też zamysł wprowadzenia moskiewskich proletariuszy i uliczników w roli greckiego chóru komentującego wydarzenia. Na długo w pamięci widzów pozostanie też spacer Jeszui i Piłata, kiedy scena, dzięki fenomenalnej grze świateł, nabiera niewyobrażalnej głębi w dosłownym, czyli przestrzennym znaczeniu.

Janusz Józefowicz powtarza, że dla niego premiera to tylko punkt wyjścia do dalszego udoskonalania dzieła. Wydaje się jednak, że w przypadku „Mistrza i Małgorzaty” różne diabelskie moce mogą mu to uniemożliwić.

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie