Miłość matki do Małego Księcia

Dorota Abramowicz
Udostępnij:
Była kapitanem Marynarki Wojennej, chciała jako pierwsza kobieta w Polsce podjąć służbę na okręcie wojennym. Dziś Aleksandra Chodoniuk - żołnierz, poetka i matka, toczy codzienną żmudną walkę o sam fakt istnienia swego syna Szymona

Nie pamięta już, kiedy przespała całą noc. Pewnie było to jakieś 14 lat temu, przed narodzinami Szymona. Budzi się w nocy co godzinę, sprawdzając, co u niego słychać.

Mały pokój w bloku na gdańskiej Morenie. Łóżko Szymona, jej tapczan, biurko. Na biurku komputer, z którego płyną dźwięki melodii. Szymek lubi słuchać muzyki, budzi się, czasem się nawet denerwuje, gdy nastaje cisza.
Kiedyś, dawno temu, Aleksandra Chodoniuk była żołnierzem. Oficerem Marynarki Wojennej w stopniu kapitana. I prawdopodobnie pierwszą kobietą, która po 1990 roku została w Wojsku Polskim oficerem społeczno-wychowawczym.

Honor noszenia munduru

„Miałam kiedyś mundur
Był jak rusztowanie
Po którym wspinałam się byle dalej
Od siebie i od ziemi.”

Pierwsza połowa lat 90. Aleksandra Perycz-Szczepańska studiuje na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego. Na drugim roku studiów trafia na staż, najpierw do Radia Gdańsk, potem do „Dziennika Bałtyckiego”. Pisze o wojsku, o służbach specjalnych. Dostaje propozycję etatu w „Banderze”, piśmie wydawanym przez Marynarkę Wojenną.
- Od dziecka nauka patriotyzmu łączyła się dla mnie z honorem noszenia munduru- mówi drobna blondynka. - Jako dziennikarka miałam szansę popłynąć okrętem. I już wiedziałam, że służba w wojsku jest tym, co chcę robić. Magia morza, okręty, przestrzeń wolności...

Nie było łatwo spełnić marzenia. Wojsko to hermetyczny organizm. Dopiero po zaproszeniu Polski w 1999 roku do NATO zaczęto mówić o realnym uczestnictwie kobiet w polskich siłach zbrojnych. - Nagle uchyliły się drzwi - wspomina Aleksandra. - Okazało się, że wojsko może przyjmować kobiety na stanowiska w specjalnościach, w których nie kształcą uczelnie wojskowe. Bardzo mi pomógł ówczesny dowódca Marynarki Wojennej admirał Ryszard Łukasik, który się przychylnie odniósł do mojej prośby o przyjęcie do służby.

W 2001 roku otrzymała stopień podporucznika, mundur i przydział służbowy. Jednak zamiast służby na okręcie, czekała ją praca oficera społeczno-wychowawczego. Najpierw w dowództwie MW na Oksywiu, potem z żołnierzami zasadniczej służby wojskowej, w batalionie transportowo-przeładunkowym na Obłużu.
- Moim dowódcą był doświadczony liniowiec, od którego wiele się nauczyłam - mówi. - Nie chciałam jednak pracy za biurkiem, chciałam pływać. Niewiele stało na przeszkodzie - mogłam ukończyć kursy pozwalające na pracę na morzu. Znalazłam się na etapie realizacji marzeń.

Stała się jednak rzecz ważniejsza. Aleksandra wyszła za mąż. W 2002 roku, w 27 tygodniu ciąży w szpitalu na gdańskiej Zaspie urodziła syna.

Pytanie

„Chcę pisać o miłości
o miłości do Syna
piorunującej jak posocznica
wywołana szpitalną bakterią
rozległej
jak krwawienie do śródmózgowia”
Są wcześniaki, które rosną w inkubatorach, przybierają na wadze i dobrze się rozwijają. Szymonowi nie było to dane.
- Będzie pani miała cesarskie cięcie - powiedział lekarz. - Dziecko jest za małe, by przeżyć.
Po porodzie zatrzymało się serce chłopca. Lekarze przywrócili jego pracę i podłączyli maleńkie ciałko do respiratora, wspomagającego oddech. Matce powiedzieli, że jeśli dziecko przeżyje, to będzie - jako niepełnosprawne - wymagać stałej opieki.

Poszła na OIOM, by popatrzeć na syna. - Wyglądał jak strudzony wędrowiec - wspomina.
Kilka dni później doszło do krwawienia sródczaszkowego IV stopnia. To jedno z najczęstszych powikłań występujących u wcześniaków. W 90 proc. przypadków prowadzi do śmierci dziecka.

- Pani syn umrze, to kwestia godzin, najwyżej dni - usłyszała. - Trzeba go ochrzcić.
Przyszedł ksiądz kapelan. Nadała chłopcu imię Szymon. Dopiero później przeczytała, że oznacza ono „Bóg wysłuchał”. W oczekiwaniu na to, co nieuniknione, stała nad inkubatorem. Dotykała maleńkiej twarzyczki, rączek, nóżek. Opowiadała w myślach o swojej nieprzebranej miłości do dziecka, miłości nie na lata, ale takiej, która jest tu i teraz.
Naprawdę usłyszała to pytanie. Pojawiło się w jej głowie i zabrzmiało głośno i wyraźnie: - Czy chcesz tego dziecka?
Nie wie, kto pytał. Sam Pan Bóg, Anioł Stróż, a może przemęczony mózg zestresowanej kobiety, która znalazła się na skraju wytrzymałości nerwowej.
- Tak - odpowiedziała.

Dwa dni później lekarze powiedzieli, że zdarzył się cud. Szymon ożył.
Kolejne miesiące były walką o utrzymanie maleństwa przy życiu. A kolejne lata batalią, by to życie było najlepsze z możliwych. O to, by Szymek mógł - choć jak przez mgłę, nie do końca wyraźnie - widzieć zaatakowanym retinopatią okiem. Jednym, bo widzenia w drugim nie udało się uratować. O to, by nie zabrały go sepsa, zapalenie płuc, infekcja układu moczowego. O drobne sukcesy osiągnięte żmudną rehabilitacją, które stają się sukcesem na miarę zdobycia Mount Everestu.
Do walki przystąpiła sama, przy wsparciu rodziców. Ojciec nie podołał wyzwaniu.

Od początku wiedziała, że Szymon nie będzie mówił, chodził, bawił się z rówieśnikami, a w przyszłości nie przyniesie dumnej matce świadectwa ukończenia szkoły. Liczyło się jedno - fakt istnienia.

Dwa światy

„Rodzaj pewności:
Amare necesse est
Navigare non est necesse”
Napierw próbowała żyć w dwóch światach. Tym pierwszym, związanym z Marynarką Wojenną i z marzeniem o pracy na morzu, i tym drugim - na szpitalnym krześle, z głową opartą o łóżeczko Szymka. Dziś mówi, że w pierwszych, trudnych chwilach wojsko stanęło za nią murem. Admirał Łukasik i kmdr Jerzy Chłopecki pomogli przy zbiórce pieniędzy na operację oczu Szymka, dowódcy z wyrozumiałością traktowali przynoszone przez nią kolejne zwolnienia lekarskie.
Nie chciała zrezygnować z pracy. Była jej odskocznią, lekko uchyloną furtką do świata niezrealizowanych marzeń. Postanowiła, że dotrwa do wcześniejszej wojskowej emerytury.

- Szymon miał lepsze i gorsze okresy - mówi Aleksandra. - Trudno było przewidzieć, czy nagle nie dojdzie do załamania. A żołnierz, pełniąc służbę, nie może przecież powiedzieć, że wszystko zostawia i jedzie z dzieckiem do szpitala.
Było ciężko. Nieprzespane noce, wypełnione krzykiem Szymona. Batalia, by nie bolało, by się nie pogorszyło, by pomógł kolejny lek.

Jak to wytrzymała? - Nigdy nie zadawałam sobie pytania „dlaczego?” - mówi Aleksandra. - Przyjęłam do świadomości fakt, że są chore dzieci, a mój syn jest jednym z nich. Nie byłam też nigdy optymistką. Nie powtarzałam sobie „musi być dobrze”, bo wiem, że nie musi. Jeśli już padało pytanie, to brzmiało ono: „po co?”. Kiedyś rozmawiałam z księdzem Janem Kaczkowskim o sensie cierpienia. A raczej o tym, że to my sami nadajemy cierpieniu sens.

Aleksandra cytuje Viktora Frankla, twórcę humanizmu psychologicznego, który napisał, że człowiekowi można odebrać wszystko, oprócz jednej rzeczy, czyli ostatniej z ludzkich wolności: wolności wyboru.
Do wypracowania emerytury w wojsku Aleksandrze zabrakło trzech lat. Odeszła z wojska w stopniu kapitana w 2011 roku.
Alicja obserwuje świat
„podobnie jak bezruch
bywa największą udręką mięśni
a cisza torturą dla uszu
tak słabość
jest twoją siłą”

Przychodnie, szpitale, lekarze, pielęgniarki. Szarpanina, brak snu. Każdy krok wydawał się wysiłkiem ponad siły. I wtedy, jakby w odpowiedzi na niewypowiedziane żale matki Szymona, pojawiła się szansa na pomoc gdańskiego hospicjum im. ks. Dutkiewicza.

- Od tego momentu skończyły się nasze tułaczki po szpitalach - mówi Aleksandra. - Wsparcie wspaniałych, życzliwych ludzi z hospicjum sprawiło, że mniej jest w moim życiu lęku i bezsilności.
Aleksandra, dzięki pomocy mamy, skończyła podyplomowe studia na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Dawna dziennikarka i kapitan MW zdobyła kolejny zawód - jest arteterapeutą, czyli specjalistą leczenia przez sztukę.
Pracować nie może, bo pobiera 1200 zł zasiłku pielęgnacyjnego na dziecko. Przepisy, co trudno zrozumieć, zakazują w takiej sytuacji matce dorobienia nawet złotówki.

Pisze więc za darmo artykuły do kwartalnika hospicyjnego. Tworzy opowiadania. Założyła blog, na którym zamieszcza wiersze. Bardzo dobre wiersze.

Na blogu wyjaśnia: „Połączeni jak dwa brzegi rzeki - mój niepełnosprawny Synek i ja. Pomiędzy nami wspólnym krwiobiegiem płyną uczucia. Próbuję je nazywać. Słowo to logos, logos znaczy sens. Pisząc, poszukuję sensu”.

W opowiadaniu „Książę i Alicja” otwiera przed nami świat Małego Księcia - Szymka, obserwowany otwartymi oczami jego zadziwionej matki - Alicji. Pisze o pijakach, którzy podczas jej spacerów po osiedlu często zatrzymują się nad wózkiem chłopca. Bełkocząc, próbują coś ważnego powiedzieć Szymkowi - jedynemu człowiekowi, który ich nie osądzi. O złodziejach, którzy przez całą drogę w autobusie do Jelitkowa przechwalali się w coraz bardziej wulgarnych słowach kradzieżami alkoholu. I gdy już wszyscy przestraszeni pasażerowie w pośpiechu z autobusu uciekli, złodzieje wstali z miejsc, spojrzeli na Aleksandrę - Alicję i z uśmiechem zaproponowali, że pomogą wynieść wózek z Małym Księciem.
Aleksandra mówi, że w tym jej pisaniu jest trochę samouzdrawiania.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

A
Anna
ojoj
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie