Małgorzata Żerwe: Interesują mnie przedmioty, które ludzie przynoszą na groby swoich bliskich

Dariusz Szreter
Dariusz Szreter
Z czułością patrzę na groby dziś opuszczone, które też przecież mają jakąś swoją historię. Niektóre z nich opisałam w postaci mikroreportaży. Są też historie nieopowiedziane pozostawiające miejsce dla wyobraźni - mówi Małgorzta Żerwe, dziennikarka radiowa, autorka książki „Życie grobowe”.

„Życie grobowe” - tak brzmi tytuł twojej książki, która nie jest albumem z fotografiami cmentarzy, ale książką do oglądania, czytania i słuchania.
Długo szukałam tego tytułu. Żaden, z tych jakie wcześniej przychodziły mnie i wydawcy do głowy, nie był adekwatny. Bo ta książka nie ma nic wspólnego z eschatologią, z życiem pozagrobowym. Jest ona wyrazem mojej fascynacji cmentarzami, którą przejawiałam właściwie od dziecka. Wychowywałam się w Lublinie przy pięknym, wielkim cmentarzu...

Przy ul. Lipowej?
Tak, przy Lipowej.

Uwielbiam jego część prawosławną.
To taki dziwny konglomerat różnych wiar. Jest część prawosławna, ale jest też ewangelicka. I oczywiście katolicka, z grobami powstańców styczniowych. Są tam groby żołnierzy z drugiej wojny światowej, ale i z pierwszej.

Austriackich. Zaraz przy bramie. Przechodząc obok, żartowaliśmy z kolegami, że leży tam Ludwig Wittgenstein, który walczył na ziemiach polskich i został ranny. Ale na szczęście przeżył i mógł napisać swoje genialne dzieła filozoficzne.

Ja chodziłam odwiedzać grób jakiejś Berty. Jako dzieciaki mieliśmy takie ulubione miejsca.

Przy tym cmentarzu mieszkałam do matury. Ale i potem tak się jakoś składało, że często mieszkałam przy cmentarzach. W Gdańsku przez prawie 10 lat mieszkałam na przeciwko cmentarza na Zaspie, tego gdzie leżą więźniowie Stutthofu i pocztowcy. W Berlinie mam dwa kroki do cmentarza, na którym jest pochowany Mendelssohn-Bartholdy.

W swojej twórczości plastycznej wykorzystywałam wysuszone truchła rybie, ptasie, jakieś kosteczki… Więc „Życie grobowe”, tytuł który wymyśliłam w ostatniej chwili, tuż przed oddaniem książki do korekty, odnosi się nie tylko do jej zawartości, ale i mojego życia.

A w którym momencie zaczęłaś fotografować groby?
Zawsze je fotografowałem, ale to nie były z założenia zdjęcia tzw. artystyczne, tylko takie fotografie-notatki, żeby uwiecznić, to co widziałam. Nie zapomnieć. Nigdy nie myślałam o wystawie, a co dopiero o książce. Któregoś razu w luźniej rozmowie wspomniałam o tych zdjęciach Małgosi Taraszkiewicz-Zwolickiej, szefowej Gdańskiej Galerii Fotografii w Zielonej Bramie, a ona na to: „pokaż, może zrobimy wystawę”. I zrobiłyśmy, a na wernisażu, któryś z kolegów z zespołu Nagrobki, bodaj Maciek Salamon, zasugerował, żeby to wydać w formie książki.

Jaki był klucz doboru tych zdjęć?

Staram się zwracać uwagę na rzeczy, które właściwie się mija. Na różne bizarne sprawy: kształt nagrobków, treść epitafiów, przedmioty, które ludzie przynoszą na groby swoich bliskich. Z czułością patrzę na groby dziś opuszczone, które też przecież mają jakąś swoją historię.

Niektóre z nich opisałam w postaci mikroreportaży. Są też historie nieopowiedziane pozostawiające miejsce dla wyobraźni. Na przykład zdjęcie z Cmentarza Osobowickiego we Wrocławiu, gdzie w jednym z grobów spoczywa „Unknown Biker”. Tyle tylko możemy odczytać z tej tablicy. Ale dlaczego ten nieznany motocyklista został pochowany w polskim grobie, z tą angielskojęzyczną inskrypcją? Cóż, nie stawiałam sobie za cel wyjaśnienia każdej takiej historii. Czytelnik, czy raczej oglądacz może ją sobie interpretować dowolnie. Jest też w mojej książce trochę miejsc, powiedzmy stereotypowych. Odwiedzam sławne cmentarze i groby sławnych ludzi. Ale nie ma w książce grobu Chopina na Pere-Lachaise. Są za to inne grobowce z tamtego cmentarza, na przykład rodziny Macdonald. Z grobem Chaplina wiąże się kryminalna historia, ten mikroreportaż też czytelnik znajdzie w książce.

Zdjęcia są bez żadnego opisu. Podajesz tylko współrzędne geograficzne tego miejsca, jakbyś chciała zmusić czytelnika posługiwania się GPS-em.
Bez przesady, na końcu jest indeks, w którym wszystkie lokalizacje są podane. Zastosowanie współrzędnych zamiast podpisów, które estetycznie zaburzają obraz wymyśliła projektantka książki Ania Witkowska. Ona też zasugerowała, żeby zamiast na płycie, dźwięk pojawił się za pomocą kodu QR. Zdjęcia układają się w pewien logiczny ciąg, który nadała im Małgosia Ogonowska, wspólnie z Arturem Rogosiem, czyli wydawnictwo #części proste. Podążamy śladem tej narracji. Dopiero potem ewentualnie można zajrzeć do indeksu i sprawdzić w jakim miejscu dany grób się znajduje. A są tam zdjęcia z prawie całej Europy, z RPA, z Ameryki Środkowej (Meksyk), z Ameryki Południowej (Brazylia) oraz bardzo dużo zdjęć z USA, zarówno z Południa, jak i z Zachodu oraz Nowego Jorku.

Jeżeli o Stanach mowa, to z filmów znamy głównie cmentarze bardzo ascetyczne, gdzie jest tylko prosta płyta wkopana w trawę. Na twoich zdjęciach amerykańskie nekropolie wyglądają zupełnie inaczej.
Tak, zwłaszcza na Południu bogaci plantatorzy mieli fantastyczne grobowce, niczym pałacyki. Jest w „Życiu grobowym” mikroreportaż z Florydy, z Apalachicoli, gdzie zupełnie przez przypadek odkryłam grób niewolnicy, który zachował się w doskonałym stanie, dużo lepszym, niż grób jej właścicieli. To zaskakujące, bo raczej nie zdarzało się, żeby niewolnicy w ogóle mieli imienne groby. Piękne są grobowce na cmentarzu w Atlancie, gdzie jest pochowana Margaret Mitchell, autorka „Przeminęło z wiatrem”. O Stanach i tamtejszych grobach mogę mówić bardzo długo, bo zjeździłam wiele tamtejszych cmentarzy. Zawsze, kiedy zatrzymuję się w większym mieście od razu sprawdzam gdzie jest cmentarz.

Natomiast bardzo niewiele jest w „Życiu grobowym” współczesnych cmentarzy polskich, które są po prostu paskudne, tak jak estetyka większości polskich wsi i małych miasteczek.

Grobo-polo?
Tak, pod dyktando miejscowego kamieniarza. Każdy chce mieć trochę większy, trochę lepszy, trochę bardziej bogatszy grób niż inni. Przy czym one są zadbane, wypolerowane - bo co sąsiadka powie? W dużych miastach jest łatwiej o anonimowość. Miejski cmentarz z wieloma zaniedbanymi grobami, jest jakimś odpowiednikiem naszego miejskiego życia.

Nasi czytelnicy pamiętają cię jako dziennikarkę Radia Gdańsk. Ale od kilku lat już nie pracujesz dla Polskiego Radia, za to dla radia niemieckiego - tak.
Z radiem niemieckim i australijskim współpracowałam od dawna. Obecnie także z kanadyjskim. Niestety, jeśli chodzi o radio, to nie mam możliwości pracy w moim ojczystym języku. Chyba, że podejmuję temat polsko-niemiecki, tak jak teraz, w wypadku reportażu „Tramwaj zwany Danzig”- o tym, jak wygląda kampania PiS-u przeciwko miastu Gdańsk.

Dużo masz takich polsko-niemieckich tematów?

W ubiegłym roku zrobiłam dla niemieckiej rozgłośni publicznej Deutschlandfunk reportaż o urodzonej w Gdańsku berlińskiej pisarce Magdalenie Parys, która pisze po polsku o sprawach niemieckich. Otrzymałam za niego Polsko-Niemiecką Nagrodę Dziennikarzy imienia Tadeusza Mazowieckiego, z patrona nagrody jestem szczególnie dumna.

A ty teraz mieszkasz bardziej w Gdańsku, czy bardziej w Berlinie?
Bardziej we Wrzeszczu. To jest moje miejsce. Zawsze mówię jestem z Gdańska, chociaż Berlin to fantastyczne miasto, gdzie trochę odpoczywam od trudnych polskich spraw, zwłaszcza od kiedy opuściłam Radio Gdańsk i nie wiąże mnie stała praca zawodowa. Robię za to zupełnie nowe rzeczy. Wydałam swoją pierwszą książkę, o której rozmawiamy, a teraz realizuję film dokumentalny.

Polski czy niemiecki?
Polski, ale o uchodźcy z Tadżykistanu, gdzie był więźniem politycznym. Teraz w ramach programu ICORN mieszka w Gdańsku, opiekuje się nim Gdańska Galeria Miejska, która zaproponowała mi zrobienie tego filmu.

Za co konkretnie siedział ten twój bohater?
Wiesz jak to jest, jak chcą zamknąć, to jakiś pretekst zawsze się znajdzie. On akurat został oskarżony o nieprawidłowości finansowe. I mimo że adwokaci udowodnili jego niewinność, to jednak został skazany na 12 lat łagrów. Odsiedział 9 miesięcy, wyszedł za kaucją, którą uzbierała jego rodzina, no i uciekł. Mało wiemy o Tadżykistanie, tymczasem tam prezydent rządzi już od 27 lat i ostatnio wydał zakaz, że nie wolno o nim źle mówić.

U nas też nie wolno mówić źle o prezydencie.
Ale jeszcze nie zamykają za to do więzienia. Jak zaczną, to wtedy będzie naprawdę ciężko. No i zaczęliśmy od cmentarza, a kończymy na polityce.

W Polsce zawsze wszystko się tak kończy...

Małgorzata żerwe - „Życie grobowe”
Wydawnictwo #części proste, Gdańsk 2020.
Cena 89 zł

Na polskim rynku drożeje piwo

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie