Lekarze z Gdańska uratowali 3-letnią Martynkę z Namysłowa, która miała... oderwaną głowę. CUD w Centrum Urazowym dla Dzieci w „Koperniku”

Jolanta Gromadzka-Anzelewicz
"Kiedy zobaczyliśmy wyniki badań obrazowych Martynki byliśmy przerażeni" – przyznaje prof. dr hab. Wojciech Kloc, szef oddziału neurochirurgii w gdańskim Szpitalu im. Mikołaja Kopernika. - Wyraźnie było na nich widać, że głowa dziecka została oderwana od kręgosłupa. Co prawda od dawna specjalizujemy się w leczeniu urazów w tej okolicy, opracowaliśmy nawet autorską metodę przezskórnej stabilizacji tego odcinka kręgosłupa i jesteśmy w tego typu zabiegach liderami w skali światowej, to jednak do tej pory naszymi pacjentami były osoby dorosłe. Kiedy okazało się, że inne ośrodki w Polsce odmówiły przyjęcia Martynki z Namysłowa, zadaliśmy sobie pytanie - Skoro potrafimy taki zabieg wykonać u dorosłego pacjenta to dlaczego nie mielibyśmy spróbować zrobić go u dziecka?

Tej niezwykle trudnej operacji podjął się neurochirurg z zespołu prof. Kloca, dr Wojciech Wasilewski wraz z asystującymi mu lekarzami; Patrykiem Kurlandem, Łukaszem Dylewiczem (neurofizjolog) oraz anestezjologiem Martą Bielewicz. To oni dokonali cudu. Dzięki nim trzylatka nie tylko żyje, porusza rękoma, chodzi, ale po rehabilitacji w dobrym ośrodku – ma szanse odzyskać pełną sprawność.

6 lipca 2021 r. jak co dnia media publikują kronikę wypadków. Przekaz jest lakoniczny i pozbawiony emocji. Bo taki musi być. Ale za każdą taką informacją kryje się dramat jakiejś rodziny.

„W Redzikowie pod Słupskiem Volkswagen Tuareg z niewyjaśnionych przyczyn zjechał z drogi i uderzył w drzewo. Na miejscu wypadku są służby ratownicze oraz policja. Ze wstępnych ustaleń wynika, że kierujący osobowym volkswagenem 57-letni kierowca stracił panowanie nad pojazdem, zjechał na przeciwległy pas ruchu, a następnie uderzył w drzewo. W wyniku zdarzenia śmierć poniósł 32-letni pasażer volkswagena, a 57-letni kierowca oraz dziecko zostali przewiezieni do szpitala w Słupsku. Największe obrażenia odniosła licząca trzy latka Martynka.

Tragiczny wypadek w Redzikowie. Nie żyje jedna osoba

Tylko skóra i mięśnie wytrzymały

- To cud, że dziecko w ogóle go przeżyło. Uratowały je pasy, którymi przypięta była do fotelika - tłumaczy dr n. med. Wojciech Wasilewski.

- Mechanizm urazu był następujący: pasy dobrze trzymały, ale dziewczynka spała, główka była bezwładna. Nagłe uderzenie było tak silne, że wyrwało jej głowę w sensie funkcjonalnym. Skóra i mięśnie wytrzymały, ale więzadła i kości zostały rozerwane. W badaniach obrazowych wyraźnie było widać, że odległość między głową a pozostałą częścią ciała zwiększyła się o 2 cm. Między czaszką a kręgosłupem był 1 cm odstępu i między pierwszym a drugim kręgiem drugi centymetr. Neurochirurgiem jestem od ponad 30 lat, wielokrotnie operowałem pacjentów z urazami w tej okolicy. Jednak żadnemu z nich głowy nie urwało. Z relacji ratowników, którzy udzielali pierwszej pomocy ofiarom wypadku, wiedzieliśmy, że dziecko porusza rączkami i nóżkami, co dawało nadzieję, że rdzeń kręgowy nie został przerwany. Rzadko zdarza się, by po tak ciężkim urazie funkcje życiowe były zachowane. Było więc o co powalczyć.

Wiadomo było, że Martynka ma szansę uniknąć wózka inwalidzkiego tylko wtedy, gdy trafi do najlepszego ośrodka. Ratownicy dzwonili więc do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, do Matki Polki w Łodzi, do szpitala w Szczecinie, ale wszędzie odmówiono przyjęcia dziecka. Jedynie Centrum Urazowe dla Dzieci w gdańskim Szpitalu im. Mikołaja Kopernika po konsultacji z neurochirurgami zgodziło się przyjąć je na leczenie.

Nie dojechali do domu dziadków

Iwona, mama Martynki, zobaczyła córeczkę dopiero następnego dnia po wypadku, gdy udało się jej dojechać do Gdańska spod Opola, gdzie mieszkają na stałe. Dziewczynka leżała na OIOM-ie. Była w śpiączce farmakologicznej. Iwonę wpuszczono tam tylko na chwilę, bo to oddział o zaostrzonym reżimie sanitarnym. Od kiedy jednak pacjentka z sali pooperacyjnej została przekazana na oddział chirurgii dziecięcej, mama non stop czuwa przy jej łóżeczku. Mała wyraźnie się uspokoiła.

- Martynka pojechała ze swoim tatą na wakacje do jego rodziców mieszkających pod Słupskiem - relacjonuje Iwona. Od miejsca ich zamieszkania w Namysłowie do domu dziadków dzieli ich odległość mniej więcej 500 km. Dziadek specjalnie przyjechał po wnuczkę swoim samochodem. Chciał zapewnić trzylatce bezpieczne i komfortowe warunki podróży. Ostatni raz widzieli się w styczniu br., oboje z babcią cieszyli się więc, że spędzą z Martynką oraz jej tatą, a swoim synem, dwa wakacyjne tygodnie. Z Namysłowa wyjechali ok. godz. 22. Liczyli, że nocą ruch na drogach będzie mniejszy i łatwiej uniknąć korków. Nad ranem, a dokładniej ok. 3:30 Iwona dostała wiadomość ze zdjęciem Martynki zrobionym na stacji benzynowej. Mieli taki zwyczaj, że podczas dłuższych podróży robili sobie przerwy, bo dziecko męczyła monotonna jazda, a oni chcieli rozprostować kości. Trasę do Słupska pokonywali często.

Mieli dwadzieścia kilometrów do domu, gdy w gęstej mgle samochód, którym podróżowali, rozbił się o drzewo. Ojciec dziewczynki zginął na miejscu, dziadek z licznymi obrażeniami trafił do szpitala w Słupsku, trzylatkę pogotowie lotnicze przetransportowało do Gdańska.

Specjalne śruby, haki, implanty

O tragicznym wypadku powiadomiono Iwonę, gdy jechała rano do pracy. Nie jest w stanie opisać, co wtedy czuła. - Dosłownie zwaliło mnie z nóg - wspomina. Była półprzytomna ze strachu o dziecko. Brat natychmiast zaofiarował się, że zawiezie ją do córki. Kiedy pakowała walizkę, nie wiedziała jeszcze dokąd i na jak długo jedzie. Kiedy wsiadała do samochodu, brat swoimi kanałami zdążył już ustalić, że do Gdańska. - Dziś, z perspektywy czasu jestem wdzięczna losowi, bo lepiej trafić nie mogliśmy - twierdzi Iwona. Doktor Wojciech Wasilewski wyjaśnił jej, że córka musi pozostać w śpiączce farmakologicznej aż do momentu, gdy uda się mu zdobyć wszystko, co potrzebne do jej operacji - implanty, narzędzia, sprzęt itd. Chodziło o to, by dziecko się nie ruszało. Nie było do końca wiadomo, jak wielkie obrażenia szyjnego odcinka kręgosłupa spowodował uraz podczas wypadku. Gdyby doszło do przerwania rdzenia, los dziecka byłby przesądzony.

- Zaczęliśmy organizować wszystko od początku - wspomina dr Wasilewski. - Potrzebne były implanty kręgosłupowe, śruby, haki, pręty specjalnie dedykowane dla dzieci, na szczęście duże firmy je posiadają. Problemem jest, jak dobrze zakotwiczyć implant w kości, która u tak małych dzieci jest mała i dość miękka, bo kostnina nie jest jeszcze dobrze wytworzona. Poza tym, przy tak niestabilnym kręgosłupie, problemem numer dwa jest wprowadzenie śrub. U dorosłych, aby wytworzyć dziurę w kości korowej, czyli twardej (w kości jest część gąbczasta - miękka), trzeba nabić otwór młotkiem lub zrobić go specjalną rozwiertarką, żeby śruba mogła się w niej w ogóle zakotwiczyć. Natomiast u dziecka, w sytuacji gdy kręgosłup jest tak niestabilny, jest to wręcz niemożliwe.

Operacja w dwóch etapach

Gdańscy neurochirurdzy wykorzystali więc własną technikę wprowadzania śrub przeznasadowych w kręgosłupie, która powstała na bazie ich doświadczenia, bo w tego rodzaju operacjach są pionierami na skalę światową. Otóż „zaadaptowali” od ortopedów śrubki, których oni używają do zespalania małych kostek palców rąk lub nóg. Śrubki mają dziurę w środku, przez którą można wkręcić tzw. drut Kirschnera. To metalowy, wytrzymały pręcik, który służy do stabilizacji odłamów kostnych. Można go zastosować do czasowej stabilizacji złamania po wykonanej repozycji, a później wymienić na płytkę lub śruby stabilizujące złamanie. Drut Kirschnera wkręca się pod kontrolą nawigacji specjalnym narzędziem, a ponieważ te małe śrubki dedykowane do tych małych kostek są na początku ostre jak brzytwa, to bez oporu wchodzą w kość dziecka i same się nagwintowują. W tak nagwintowaną kość wkręca się następnie normalne śruby kręgosłupowe.

Termin operacji wyznaczono na 12 lipca.

- Zarezerwowaliśmy na nią cały dzień - mówi prof. Wojciech Kloc, kierownik Oddziału Neurochirurgii w „Koperniku”. Tymczasem doktor Wojciech Wasilewski wraz z zespołem uporał się z nią w ciągu sześciu godzin.

- Operacja składała się z dwóch etapów. W pierwszym od przodu (Martynka leżała na plecach) „naprawiono” drugi kręg szyjny (uszkodzony był pierwszy i drugi). Drugi kręg, tzw. obrotnik (sprawia, że możemy obracać głową) miał złamaną i przesuniętą część zwaną zębem, która uciskała pień mózgu. Trzeba było ten złamany i przesunięty odłamek kostny sprowadzić na właściwe miejsce i połączyć z podstawą trzonu za pomocą śrub. Wykorzystano do tego wspomniane już małe śrubki ortopedyczne Operacja wymagała niezwykłej precyzji, każdy ruch neurochirurga kontrolowany był przez aparat tomografii śródoperacyjnej, tzw. neuronawigację oraz przez neurofizjologa.

Następnie odwrócono pacjentkę na brzuch. Wykonano badanie tomokomputerowe kręgosłupa szyjnego i po wprowadzeniu badań radiologicznych do nawigacji kontynuowano operację, posługując się obrazami wirtualnymi. Obustronnie, przez nasady trzonów kręgowych o grubości 3 milimetrów wprowadzono druty Kirschnera do bardzo małych trzonów kręgowych - 2, 3 i 4. Pomiędzy rdzeniem, nerwami a tętnicą kręgową. Po sprawdzeniu śródoperacyjnym tomografem komputerowym położenia drutów Kirschnera zrezygnowano ze stabilizacji drugiego kręgu z powodu zbyt małych rozmiarów i wprowadzono śruby tylko do 3. i 4. kręgu szyjnego. Umocowano do kości podpotylicznej specjalną płytkę, którą połączono prętami z śrubami umieszczonymi w 3. i 4. kręgu celem uzyskania stabilizacji umożliwiającej prawidłowy zrost kostny oraz szybką rehabilitację.

Prezent urodzinowy

- Jeszcze z miejsca wypadku otrzymaliśmy wiadomość od ratowników, że dziecko porusza wszystkimi kończynami, rączkami i nóżkami, co oznaczało, że rdzeń przetrwał sam moment wypadku i zachował swoje podstawowe funkcje - opowiada dr Wasilewski.

- Co będzie dalej - tego nikt nie wiedział. Dziecko było „zblokowane”, więc ocena neurologiczna nie wchodziła w grę. Robiliśmy więc wszystko, by dziewczynka mogła wstać, być rehabilitowana i chodzić. Gdyby nie udało się zapewnić stabilizacji od przodu, system stabilizacyjny odtworzony od tylnej strony mógłby okazać się niewydolny. W trakcie operacji neurofizjolog dr Łukasz Dylewicz badał czynność układu nerwowego i pilnował, czy nic nie uszkadzamy. Początkowo była tylko śladowa odpowiedź z ręki prawej. Kiedy kręgosłup szyjny był już odpowiednio poustawiany i przygotowany do założenia stabilizacji, poprawa funkcji pozostałych kończyn była już wyraźna. Z ulgą odetchnęliśmy jednak dopiero wtedy, gdy po wybudzeniu okazało się, że nasza mała pacjentka rusza zarówno rączkami i nóżkami - cieszy się dr Wasilewski.

Tak się złożyło, że 12 lipca, w dniu operacji, Martynka obchodziła trzecie urodziny. - Piękniejszego prezentu urodzinowego nie mogliśmy sobie wymarzyć - przyznaje ze wzruszeniem Iwona.

Minęły ponad trzy tygodnie od operacji.

- Córeczka nabiera sił, ładnie je, nie ma już sondy - cieszy się Iwona. Z każdym dniem widać poprawę. Zaczęła ćwiczyć, siedziała mi już nawet na kolanach. Wkrótce pojedziemy do szpitala we Wrocławiu na dalszą rehabilitację.

System ratownictwa zadziałał bezbłędnie

- Foteliki samochodowe nie do końca spełniają swoją rolę - uważa prof. Wojciech Kloc, wybitny gdański neurochirurg. - Masa głowy w stosunku do masy ciała dziecka jest duża i ta bezwładność głowy w momencie, gdy samochód nagle przyspiesza lub hamuje, jest tak wielka, że odbija się to na najbardziej delikatnym odcinku kręgosłupa - czyli odcinku szyjnym, a dokładnie połączenia szyjno-czaszkowego.

Zdaniem prof. Kloca wart podkreślenia jest fakt, że w przypadku Martynki bezbłędnie zadziałał cały system ratownictwa w województwie pomorskim. Już na miejscu wypadku dziewczynka z podejrzeniem urazu głowy i kręgosłupa została prawidłowo zaopatrzona przez ratowników, co nie jest takie oczywiste, i należą się im za to słowa uznania, bo aż 10 proc. urazów powstaje wtórnie z powodu niedostatecznego zabezpieczenia.

To prawda, Martynka miała szczęście, że trafiła pod opiekę neurochirurgów z „Kopernika”, którzy mają olbrzymie doświadczenie w leczeniu tego rodzaju urazów. Nikt inny takich zabiegów nie wykonuje.

Coraz więcej urazów głowy

- Na nasz dziecięcy SOR trafia w ciągu doby średnio 50 małych pacjentów, z czego ok. 30 to dzieci „urazowe” - szacuje dr n. med. Krzysztof Lewicki, chirurg dziecięcy z gdańskiego „Kopernika”.

W roku 2018 chirurgia dziecięca na SOR „obsłużyła” ponad 11 tys. małych pacjentów, w 2019 - ponad 10 tys., nieco mniej bo 8 tys. w roku 2020, czyli w roku pandemii.

- Dominują urazy głowy, następnie - narządów wewnętrznych, wbrew pozorom - złamania kości nie są dużym problemem, gdyż dzieci z tego powodu nie umierają - tłumaczy dr Lewicki. SOR dziecięcy jest oblężony przez małych pacjentów z niegroźnymi na ogół złamaniami wymagającymi leczenia tylko gipsem, bez konieczności hospitalizacji. A że złamania u dzieci goją się łatwiej niż u dorosłych, szybko wracają one do zdrowia i pełnej sprawności.

- Natomiast liczba groźnych urazów wymagających skomplikowanych operacji, pobytu w szpitalu, a często i żmudnej rehabilitacji, rośnie lawinowo, głównie wskutek dramatycznych wypadków komunikacyjnych - tłumaczy dr Krzysztof Lewicki. - Na pierwszy rzut oka na dane statystyczne może tego nie widać. Liczba ciężkich urazów jest obecnie porównywalna z tą, która była ponad 30 lat temu, gdy jako młody lekarz rozpoczynałem pracę w Klinice Chirurgii Dziecięcej. Tyle że dzieci mamy teraz dwa razy mniej. Wtedy rodziło się rocznie w Polsce 700 tys. dzieci, teraz w ciągu roku rodzi się ich w całej Polsce góra 350 tys. Tak „ciężkich” pacjentów jak Martynka trafia do kliniki w ciągu roku od 30 do 50.

Aktualnie w Klinice Chirurgii i Urologii Dzieci i Młodzieży w Szpitalu „Kopernik” (liczącej łącznie 28 łóżek) leży 12 pacjentów pourazowych. Niewątpliwie komfort pracy dyżurujących lekarzy jest obecnie o wiele większy. Kiedyś nie było ani tomografii komputerowej ani rezonansu, a „Kopernik” miał do dyspozycji aparat USG na co czwartym dyżurze. Dziś każdemu pacjentowi z poważnym urazem wykonuje się już na wstępie badania TK zwane potocznie „politraumą”, czyli scan całego ciała TK, by zidentyfikować ewentualne obrażenia, których nie widać gołym okiem.

Pierwsza przyczyna zgonów

Prof. dr hab. Janusz Bohosiewiecz, konsultant krajowy w dziedzinie chirurgii dziecięcej, podkreśla natomiast fakt, że to urazy, a nie nowotwory złośliwe czy wady rozwojowe, są pierwszą przyczyną zgonów dzieci. I dodaje: - Nie wiemy natomiast, jaki procent dzieci, które przeżyły ciężki uraz, zostaje inwalidami, ale jeżeli tak się dzieje, to trzeba zdawać sobie sprawę, jest to inwalidztwo na całe, długie życie.

Zdaniem profesora niezwykle ważna jest profilaktyka, czyli zapobieganie wypadkom, ale to leży w gestii całego społeczeństwa. Natomiast zadaniem krajowego konsultanta jest zadbanie, by system opieki medycznej był dobrze przygotowany do udzielania pomocy zarówno w przypadkach urazów mniejszych, jak i większych. Mniejsze urazy również muszą być w miarę szybko i sprawnie zaopatrzone, żeby dziecko nie miało, gdy dorośnie, dla przykładu bliznowca, krzywej ręki, niesprawnego kciuka, a do tego potrzebna jest sieć terenowych oddziałów chirurgii dziecięcej.

W całym kraju funkcjonuje ok. 60 kilku takich oddziałów - ile dokładnie, nie wie nawet krajowy konsultant, gdyż głównie z powodu niedoboru medycznego personelu, przede wszystkim lekarzy specjalistów w tej dziedzinie, z mapy Polski znikają kolejne oddziały. W ostatnim czasie zamknięto m.in. oddział chirurgii dziecięcej we Włocławku, w Cieszynie, zawieszono Kołobrzeg. Oddział ze Szpitala w Gdyni-Redłowie ma być reaktywowany w Szpitalu Miejskim w Gdyni, póki co uruchomiono tam jednak tylko czynne przez całą dobę ambulatorium chirurgiczne.

Zdaniem prof. Bohosiewicza - najkorzystniej jest, gdy oddziały chirurgii dziecięcej mieszczą się w szpitalach dziecięcych, tam gdzie wszystko nastawione jest na małych pacjentów. W szpitalach dla dorosłych oddziały dziecięce są zwykle spychane na margines. Tam, gdzie chirurgii dziecięcej nie ma, pediatrzy mają problem, bo zdarzają się liczne, spóźnione rozpoznania, których by nie było, gdyby chirurg był na sąsiednim piętrze.

W dużej części zasługą prof. Bohosiewicza jest sieć centrów urazowych dla dzieci, której budowa zaczęła się trzy lata temu. Do tej pory powstało 8 CUD-ów, docelowo ma ich być 12. CUD to wydzielona część szpitala, w której są diagnozowani i leczeni pacjenci do ukończenia 18. roku życia z najcięższymi urazami, np. po wypadku komunikacyjnym czy upadku z wysokości. W centrum odbywa się kompleksowa, szybka diagnoza, wielospecjalistyczne leczenie; po zakończeniu zabiegów ratujących życie, centrum kieruje małoletniego pacjenta na inny oddział lub do innej placówki leczniczej, żeby kontynuować jego leczenie lub rehabilitację. Zgodnie z definicją, CUD zabezpiecza świadczenia dla co najmniej 1 mln mieszkańców, którzy mieszkają w odległości pozwalającej na dotarcie z miejsca zdarzenia do centrum w ciągu 1,5 godziny.

- Ponieważ dziecko nie zawsze bezpośrednio po urazie manifestuje uszkodzenia, dlatego przyjęliśmy zasadę, że do Centrum Urazowego powinno trafić każde dziecko, które uczestniczyło w wypadku samochodowym, w którym zginęła inna osoba lub które upadło z wysokości powyżej 3 m - tłumaczy prof. Bohosiewicz. - Sytuacja, gdy dziecko po urazie stoi i nic nie mówi, źle wróży, bo może oznaczać, że wpada ono we wstrząs, mniej groźna jest sytuacja, gdy stoi i płacze.

Dzięki temu, że są centra urazowe dla dzieci, nikt już nie błądzi, wszystkie służby wiedzą, gdzie takie dziecko powinno trafić. CUD-y działają w oparciu o SOR-y dziecięce. Z przeznaczonych na ich powstanie 200 mln zł w wielu szpitalach wybudowano m.in. lądowiska na dachu.

- Od początku tego roku wprowadzono również zasadę, że wszystkie procedury dziecięce są nielimitowane - dodaje konsultant krajowy. - Może ten fakt sprawi, że dyrektorzy zaczną przyjaźniej patrzeć na chirurgię dziecięcą.

Tajemnica Marchewki

Wideo

Komentarze 10

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

D
Danuta Wawrzyniak-Maślanka
Martynce z okazji urodzin szybkiego powrotu do zdrowia .
D
Danuta Wawrzyniak-Maślanka
Gratulacje dla chirurgów z Kliniki Gdańskiej. Oby jak najwięcej takich lekarzy było. Pozdrawiam serdecznie
G
Gość
Artykuł rzeczowo, profesjonalnie napisany.

A aż miło czytać, że w naszym regionie są jeszcze lekarze z pasją.

Wyrazy szacunku dla całego zespołu opiekującego się dziewczynką.

A Martynce z okazji urodzin od tej pory to już samych zdrowych i radosnych dni życzę
F
Fx
Brawo dla lekarzy:)
P
Piotrr
wieeelki szacunek dla tak kompetentnego zespołu medycznego. Brawo, brawo, brawo !!!!!
E
Erg
Jedni rartują życie, inni życie niszczą.

Zarówno nagle, jak i powoli...
G
Gość
6 sierpnia, 13:39, Gość:

nieodpowiedzialny dziadek i takie nieszczęście

6 sierpnia, 16:40, Wypadkowy:

Każdemu może zdarzyć się tak dramatyczny w skutkach wypadek

Przeznaczenie?

M
Marek Major
Gdańsk w trudnych przypadkach nie odmawia nikomu. Zawsze jest szansa. Super
W
Wypadkowy
6 sierpnia, 13:39, Gość:

nieodpowiedzialny dziadek i takie nieszczęście

Każdemu może zdarzyć się tak dramatyczny w skutkach wypadek

R
Respector
Wielki szacunek dla zespołu ratujacego zdrowie tej dziewczynki. Od ratowników na miejscu zdarzenia, po cudotwórców przy stole operacyjnym.

RESPECT!!!

PS.nawigacja do operacji, ale czad. Nie miałem pojęcia, bo niby skąd, że są takie rzeczy.
Dodaj ogłoszenie