Krystyna Łubieńska: Nie grałam w jego sztukach. Zagrałam w jego życiu [ROZMOWA]

Gabriela Pewińska
Krystyna Łubieńska Od 1958 - aktorka Teatru Wybrzeże. Organizatorka spotkań poetyckich, promotorka młodych twórców, zaangażowana w działalność charytatywną na rzecz zwierząt. Laureatka wielu nagród, w tym Sopockiej Muzy i Gloria Artis. fot. ze zbiorów muzeum narodowego w Gdańsku
- Jak już nic nie mógł wskórać, to mi się oświadczył - Krystyna Łubieńska o przyjaźni z dramaturgiem Ireneuszem Iredyńskim. - Nigdy nie patrzyłam nań jak na mężczyznę, z którym mogłabym być. Strasznie kosił dziewczyny! Dla mnie taki rwacz się nie liczył - mówi aktorka.

Pani ponoć dobrze znała Ireneusza Iredyńskiego.

Ktoś mi powiedział, że jest w niedawno wydanej książce o nim fragment o aktorce Teatru Wybrzeże, z którą się spotykał...

To o Pani?

I tak, i nie. Pada tam określenie „flama”. Flamą Iredyńskiego nie byłam.

A kim?

Trudne pytanie.

To może zacznijmy od początku...

Pamiętam, gdy jako dramaturg zadebiutował w Teatrze Wybrzeże sztuką „Męczeństwo z przymiarką”. Był 1960 rok. Reżyser Jerzy Jarocki zasugerował dyrektorowi Hübnerowi, bym to ja zagrała Martę. Ale brałam już udział w próbach do „Królowej przedmieścia”, grałam w „Nosorożcu”, w „Weselu”, no i w „Hamlecie” - Ofelię. Uznano, że występuję w tylu sztukach, że w kolejnej nie dam rady. Śmieszna sprawa, bo po latach, bodaj w 1995 roku, dostałam propozycję roli w innym spektaklu według dramatu Iredyńskiego - „Dziewczynkach” w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Trwały już próby, wszystko gotowe do premiery, a tu - pech! - z dnia na dzień odszedł z teatru reżyser przedstawienia, a i dyrektor gdyńskiej sceny Henryk Rozen. „Dziewczynki” diabli wzięli!

W sztukach Iredyńskiego nie udało się Pani zagrać, ale w jego życiu...

Owszem. Kiedy się poznaliśmy, Irek miał 21 lat, a i ja niewiele więcej.

To była przyjaźń? Miłość?

Właściwie nie wiadomo co. Chyba bardzo mu się podobałam. Mnie, młodej aktorce, też szalenie imponował. Miał już za sobą udany debiut poetycki. Jakiś czas po gdańskiej premierze ofiarował mi tomik „Moment bitwy”. Wiedział, że kocham wiersze, że jestem wrażliwa na słowo, wiadomo, młoda, romantyczna dziewczyna... Pochodziłam z dość dziwnego domu. Mój ojciec siadał do fortepianu i przy muzyce recytował mamie poezję.

Od Iredyńskiego też oczekiwała Pani, że będzie mówił Pani wiersze przy fortepianie?

Wiedziałam, jaką ma opinię. Uważany był za brutala, w najlepszym wypadku za kogoś szalenie kontrowersyjnego, wobec mnie był jednak szalenie subtelny. Czuły.

Ale ponoć, mimo iż bywał w kontaktach, także z kobietami, trudny, te, z którymi się związał, zawsze mówiły o nim z czułością.

Przyjaciółka ostrzegała mnie przed nim, że bywa przykry. Ale nasze spotkania były naprawdę bardzo poetyckie. Ta jego wrażliwość połączona z nadzwyczajną inteligencją szalenie mnie pociągała. W rozmowach - niebywale kolorowy. Jego teksty, zwłaszcza słuchowiska radiowe, to była dla wielu szkoła uczuć. Kochał słowo. Z wzajemnością.

Łaził za Panią?

Łaził.

Nie sądzę, żeby tylko słowo go interesowało.

Co tu dużo gadać, zrywał dziewczyny garściami. Lgnęły do niego jak osy do miodu. Leciały, jak tylko kiwnął palcem.

Na Panią też kiwnął?

Dla mnie był inny. Zastanawiam się, dlaczego? Tak czy siak, kosił, kosił, ale mnie nie wykosił... Jak już nic nie mógł wskórać, to po prostu mi się oświadczył...

Krok desperacki.

Była zima. Jechaliśmy samochodem. Zaskoczył mnie tym nagłym wyznaniem... I rąbnęliśmy w zaspę śniegu. Długo nie mogli nas odkopać. Wcale nie miałam ochoty za niego wychodzić. Poza tym, zdaje się, był żonaty.

Ponoć to żaden argument.

Ale nie mogliśmy być razem. Mogliśmy być tylko tak...

Jak?

Dzwonił, przyjeżdżał, zwierzał się, emocjonował. Gdy siedział w Gdańsku, w więzieniu, dziś - a i wtedy było wiadomo - prowokacyjnie posądzony o próbę gwałtu, woziłam mu wódkę, bez której nie umiał żyć. Wódkę woziłam, ale wtedy byłam już zakochana w kimś innym. Powiedziałam mu o tym. Niedługo potem przysłał mi list opatrzony więzienną pieczątką. Przechowuję go do dziś. W liście był wiersz dedykowany mnie i - proszę sobie wyobrazić - mojemu ukochanemu - Piotrowi: „W skupiskach samotnych mężczyzn kobiety wychodzą ze ścian/Podłoga z łoskotem wali się pod nimi/ Kobiety stoją na postumencie z pyłu/ I wagina u czoła jak gwiazda im świeci/ Mężczyźni się budzą, odpluwają flegmę, ktoś pierdnie, ktoś zapali, ktoś zaklnie/Leżą z otwartymi oczami, ściany są szczelne, gwizd parowozu daleko się niesie...”.

Był 1968 rok. Chyba czuł się bardzo samotny.

Kobiety, z którymi był, ponoć kochały go do końca, ale były szczęśliwe, gdy odchodził, jakby zrzucały z siebie słodki ciężar.

Nigdy nie patrzyłam nań jak na mężczyznę, z którym mogłabym być. Kręcił się koło mnie, bo byłam młoda, jak każda młoda - śliczna i... wciąż nie do zdobycia. Trwał przy mnie tak długo może przez to, że nie stałam się jego spełnieniem. Że byłam niespełnioną miłością. Może za dużo powiedziane. Jakimś niespełnionym uczuciem po prostu. I na dodatek pokochałam kogoś innego. A pokochałam szaleńczo! W ogóle nie wiedziałam, że można kochać aż tak. Irka nie mogłam pokochać, bo on strasznie pił. Pamiętam nasze wypady do sopockiego Spatifu. Widziałam te niekończące się tyrady butelek... Tym bardziej mnie to bolało, bo ja w ogóle nie piję alkoholu.

Jeszcze do tego...

Bardzo mi się to jego chlanie nie podobało. Pozwalałam sobie nawet na uwagi...

Uwagi?

Chciałam go ratować. Do dziś, jak ktoś za dużo pije, mówię: Szkoda zdrowia. Wiem, że mężczyźni takiego gadania nie lubią, ale Irek, o dziwo, to znosił, choć oczywiście pić nie przestawał. Pamiętam, jak spotkaliśmy się kiedyś w Warszawie. Nie wiem, jak to się stało, ale wylądowaliśmy w domu aktorki Elżbiety Czyżewskiej. Wchodzimy, a tam w kuchni Czyżewska wraz ze swym mężem uprawiają seks. Zresztą to był ponoć czas, że nie robili niczego innego. Nie wiem, po co mi ich pokazał, myślał, że też się skuszę? Skutek był odwrotny. Wściekłam się, natychmiast wyszłam, on, oczywiście, za mną. Poszliśmy do Bristolu...

Do Bristolu? Po co?

Na herbatę.

???
Cóż, po latach widzę, że zachowywałam się jak dziecko, jak pensjonarka. Takie wychowanie. Gdy w domu kiedyś wyrwało mi się , że coś jest „do dupy”, mama omal nie zemdlała. Stąd ten Bristol. Ojciec przed wojną był dyrektorem Banku Cukrownictwa w Warszawie, Bristol do banku należał. To eleganckie wspomnienie było mi wtedy potrzebne, by się oczyścić po tamtym widoku... Byłam inna. Może to go intrygowało?

Dziewczynka trochę z innej bajki?

Podarował mi kiedyś książkę „Bajki nie tylko o smoku”. Na okładce chłopak z dziewczyną, na koniu. W środku dedykacja: „Krystynie bajecznej. Ireneusz. 1964 rok”. Bohaterem jednej z tych bajek jest Kris, który wyzwolił pewne miasto spod złych rządów. Kiedy przekroczył bramy, poczuł, że ktoś dotyka jego nogi w strzemieniu. Ujrzał Iris. „Wróciłeś? - szepnęła Iris. Wróciłem do ciebie. Chwycił ją w pół, posadził na koniu i tak wjechali do miasta. Razem z nim wróciły w te okolice ptaki. Na twarzy Krisa raz po raz pojawiał się uśmiech. Odtąd życie płynęło tu w spokoju, bez wojen i nikt już małpom nie mógł zarzucić kłamstwa, gdy na pytanie, co słychać, odpowiadały: Po staremu. No chyba jeden koń mógł odpowiedzieć inaczej, ale on zawsze lubił się kłócić”. Taki był Irek! Wyjątkowy talent!

Nie byliście parą, ale ponoć pomieszkiwał u Pani?

Sporadycznie. Spał na tapczaniku w pokoju gościnnym. Ale to nie ja byłam w niebezpieczeństwie, tylko moja... dracena.

Nie rozumiem.

Dracena, doniczkowy kwiat, do którego nasiusiał, by w nocy nie budzić mnie - idąc do łazienki.

Elegant!

Rozczuliło mnie to. (śmiech) Te spotkania u mnie w domu to były - dziś może komuś wydać się to dziwne - tylko długie rozmowy. Dla mnie, młodej aktorki bardzo inspirujące. Miał wyczucie teatru, wiedziałam, że w końcu nim zawojuje. Przyciągał, nie pozostawiał ludzi obojętnymi na swoją osobę. Chociaż opinia, jaka się niosła za nim, sprawiała, że trzymałam dystans.

Słynna piosenka Połomskiego, do której napisał słowa: „Moja miła, moja cicha, moja śliczna,/lekki powiew i muzyka, zapach nocy,/ przypomnienie, przytulenie,/ noc liryczna,/moja miła, moja cicha, moja śliczna...” już chyba nie była dla Pani?

Raczej nie... Myślę sobie, że wszystko co pisał było jakoś szlachetne. Ta szlachetność mnie fascynowała.

Ponoć kobiety czuły się przy nim ważne.

Był wobec mnie zawsze pełen atencji. Uroku. Czułam, że jest w nim jakaś zadziwiająca bezradność. Ale i siła.

To właściwie dlaczego nie chciała Pani z nim być?

Nie podobał mi się. Nie było chemii. Poza tym wiedziałam, że strasznie kosił dziewczyny. Dla mnie taki rwacz się nie liczył. Tak zostałam wychowana.

Jak długo to trwało?

Po jego wyjściu z więzienia w 1968 roku widywaliśmy się coraz rzadziej. Czasem dzwonił. Słyszałam, że z kimś się związał, ale mnie już to nie interesowało. Ja żyłam swoją miłością. O jego śmierci dowiedziałam się z radia. Pomyślałam wtedy: Odszedł przyjaciel. Dziś zastanawiam się, jak go właściwie nazwać? Jaką rolę grał w moim życiu? Mężczyzna, który przysyłał czułe dedykacje, adorował, oświadczył się... Tyle.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Patty

Nazywam się Patty, jestem z Rzymu we Włoszech, chcę podzielić się moją najszczęśliwszą historią o tym, jak udało mi się rozwiązać wszystkie moje problemy, moja była dziewczyna zostawiła mnie dla innego mężczyzny na ponad 7 lat, szukam pomocy wszędzie , wszystko, co widzę, to fałszywi ludzie, w zeszłym tygodniu znajduję komentarz w Internecie udostępniony przez kobietę o imieniu Sonia, która mówi ludziom o dr Ogundele, wielkim rzucającym zaklęcia. Kontaktuję się z dr Ogundele o pomoc, natychmiast znajduję jego kontakt w Internecie, on odpowiada i powiedział, żebym nie martwił się, że pomoże mi ze wszystkimi moimi problemami i obiecał, że w ciągu 24 godzin przywiezie moją byłą dziewczynę, byłem szczęśliwy aby usłyszeć to od dr Ogundele, czekałem 24 godziny, jak wielkim cudem moja była dziewczyna zadzwoniła do mnie z telefonu, prosząc, żebym jej wybaczył, zaakceptowałem ją i poprosiłem, aby wróciła do domu, byłam bardzo szczęśliwa zgadzam się z dr Ogundele, że podzielę się jego nazwiskiem w Internecie, aby ludzie mogli dowiedzieć się o nim więcej i uhonorować go, dlatego dotrzymuję słowa, dzieląc się tą prawdziwą historią życia, aby ludzie również mogli znaleźć rozwiązanie. Możesz się z nim skontaktować przez: ogundeletempleofsolution@gmail.com. Czat WhatsApp i Viber: 27638836445.

Dodaj ogłoszenie