Koniec spektaklu! Ludzie, idźcie, bo się facet wykończy

Gabriela Pewińska
Robert Ninkiewicz: W tym spektaklu świadomie zrezygnowaliśmy z czegoś, co dla aktorów jest bardzo ważne - z braw
Robert Ninkiewicz: W tym spektaklu świadomie zrezygnowaliśmy z czegoś, co dla aktorów jest bardzo ważne - z braw Dominik Werner
- Dziwne, że wszystko, co Chrystusowi zadawało na krzyżu ból, mnie pozwala wytrwać w roli... - aktor Teatru Wybrzeże Robert Ninkiewicz o scenie ukrzyżowania w spektaklu „Kreacja” Ireneusza Iredyńskiego.

W finale wystawianej w Teatrze Wybrzeże „Kreacji” Ireneusza Iredyńskiego Pański bohater zostaje ukrzyżowany. Scena rozgrywa się w teatralnym foyer. Jest tylko Robert Ninkiewicz na krzyżu i skierowani tu z Czarnej Sali widzowie, niepewni, czy to już koniec spektaklu, czy coś się jeszcze wydarzy. Niektórzy, mocno zaskoczeni całą sytuacją, wychodzą. Inni klaszczą. Są tacy, którzy czekają… Czekają cierpliwie. Przetrzymują Pana na tym krzyżu w nieskończoność.

Sam nie wiem, jak długo tak wiszę. Zupełnie tracę poczucie czasu. Wyłączam się. Gdybym skupił się na tym, co wnosi do tej sceny widz, obserwując tę naszą Golgotę, wśród ustawionych we foyer kilkunastu krzyży, w odgłosie pralek piorących pokrwawione koszule mojego bohatera, zwanego tu Panem, byłoby mi pewnie trudniej. Kilka z tych krzyży jest podnoszonych niejako przy otwartej kurtynie. Na jednym z nich - ja. Długo dyskutowaliśmy z reżyserem, czy w scenie tej mam patrzeć na widza, obserwować, co się wokół dzieje, czy nie. Do ostatniej chwili ważyliśmy, co będzie bardziej znaczące. Czy moje oczy mają być zamknięte, czy otwarte? Niektórzy widzowie mają nam za złe, że ten Pan z krzyża na nich nie patrzy, że gdyby spojrzał, to może byłoby to jeszcze mocniejsze, że może to spojrzenie byłoby rodzajem przekazu?

Jakiego przekazu?

Też wciąż się nad tym zastanawiam. Inni uważają, że bardzo dobrze, że wisząc tak, mam oczy zamknięte, bo chyba nie wytrzymaliby, gdyby w tym podniosłym - nie tylko dosłownie poprzez podniesienie krzyża - momencie jeszcze jakiś przekaz tym spojrzeniem miał im prezentować.

I tak nie wytrzymują. Szepczą po kątach. Odwracają wzrok. Patrzą na zegarek.

Jedni nie wytrzymują tego stania tak blisko krzyża i biją brawo. Żeby przerwać wiszące w powietrzu napięcie. Brawa w spektaklu bardzo często zamykają refleksję, choć najlepiej byłoby, by refleksja wynikająca z tej akurat sceny towarzyszyła widzom jeszcze długo potem, gdy wyjdą z teatru. Jednak ludzie nie są na tę ciszę, na ten rodzaj skupienia przygotowani.

My sami nie byliśmy na nią tak do końca gotowi, dlatego świadomie zrezygnowaliśmy z czegoś, co dla aktorów jest bardzo ważne - z braw. Ten moment tuż przed oklaskami jest zawsze czymś niesamowitym. Każdy, kto występował kiedyś publicznie, dobrze wie, o czym mówię. My odpuściliśmy sobie brawa na rzecz kontemplacji. Czasem widzowie rekompensują nam ten brak, czekając na nas po spektaklu, chcąc się podzielić wrażeniami, jakie to było dla nich przeżycie, jakie to było mocne. Zwłaszcza teraz, w tym zmaterializowanym świecie, w tym zagubieniu pomiędzy brakiem czasu a trwonieniem go na zarabianie pieniędzy ludzie potrzebują wyciszenia z tego pędu. Scena ukrzyżowania w tym spektaklu daje im tę ciszę. Oddech.

Skonsternowani czekamy na finał. Nagle podchodzi pan z obsługi i szepcze nam do ucha: „To już koniec spektaklu”. A kiedy nikt się nie rusza z miejsca, dodaje: „Dopóki tu będziecie stać, dopóty artysta na tym krzyżu będzie tkwił”. Ktoś rzucił: „Ludzie, idźcie do domu, bo się facet wykończy”.

Bywają wśród widzów tacy, którzy chcą wystawić mnie na próbę. Kuszą, bym poszedł na rekord. Szepczą: „Zobaczmy, ile wytrzyma!”. Jeśli ktoś chciałby spróbować, możemy powalczyć! Wytrzymam długo. Ten mój krzyż jest ciężki, z solidnego drewna. Robi wrażenie. Gdybym miał przebyć z nim drogę krzyżową, myślę, że cierpiałbym podobnie jak Chrystus. A ponoć nie był to siłacz. Dźwiganie kilkudziesięciu kilo na plecach przez dobrych parę kilometrów wydaje się czymś nie do wytrzymania.

Scenograf zadbał o to, bym dał radę dźwignąć tę scenę fizycznie. U dołu krzyża zamontowano podpórkę, na której stawiam stopy. Dzięki niej mogę ulokować się na tyle wygodnie, by długo wytrzymać, ale też by spokojnie przygotować się do tej sceny, zanim publiczność zejdzie do foyer. Może się przecież okazać, że podczas któregoś ze spektakli jakiś widz będzie chciał wytrzymać ze mną kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt minut.

Przed wiekami ta podpórka pod stopy przedłużała agonię ukrzyżowanego, Panu pozwala wytrwać w roli.

Doczekać do finału. Myśląc o ukrzyżowaniu, mamy przed oczami dzieła słynnych artystów, na nich ciało Chrystusa jest na krzyżu niejako rozciągnięte. Badania, które przestudiowałem, przygotowując się do tego spektaklu, mówią o tym, że inaczej to wyglądało, że ciało na krzyżu było jakby skulone. Gdybyśmy w tej scenie moje ciało rozpostarli, tak jak przedstawiali to na obrazach artyści, odpowiednio umocowali, rozciągając na krzyżu, też dałoby radę sporo wytrzymać. Inaczej, gdy ciało było skulone, wtedy owa podpórka, jeśli ją stosowano wtedy, a stosowano, za wiele nie pomagała. Przy takim osłabieniu tylko potęgowała wycieńczenie. Człowiek z natury swej będzie próbował jak najdłużej bronić się przed śmiercią. Dlatego podpórka to był pomysł iście szatański. Sprytnie wymyślony przez speców od tortur. Jeśli skazańcowi wydaje się, że dzięki niej będzie mógł trochę odetchnąć, odpocząć, to chwyta się jej jak tonący brzytwy. Próbuje się podnieść, bo ona daje nadzieję. I czas. Ale z mojego doświadczenia, jakiego nabrałem poprzez ten spektakl, okazuje się, że ciało tak ustawione jeszcze bardziej się męczy i że człek szybciej opada z sił. Zaczyna się dusić, bo przepona wkrótce zostaje ściśnięta, niejako podciągnięta pod żebra. Nieszczęśnik dusi się, i to powoli. Powolna śmierć przez uduszenie musi być czymś strasznym. Modlimy się: „Od śmierci nagłej zachowaj nas, Panie”. Nie wiem, co w tym wypadku jest lepsze. Na pewno nikt nie chce umierać w mękach. Wtedy modlimy się o rychłą śmierć. Zasnąć i już. Takie myśli przychodziły mi do głowy, gdy myślałem nad tą sceną.

Wymagała specjalnych przygotowań fizycznych?

Widz stoi, ja też, opierając stopy na podpórce, stoję na tym krzyżu. Dzięki temu mogę swobodnie oddychać. Trudniej jest wtedy, gdy ten krzyż wraz ze mną się podnosi, wtedy moje ciało zostaje lekko podrzucone do przodu i jedyny wysiłek, który muszę zrobić, to silnie trzymać się wbitych w ramiona krzyża gwoździ. Są długie, choć nie dziewięciocalowe, robią wrażenie. Ale też mają wesprzeć aktora. Dziwne, że wszystko, co Chrystusowi zadawało na krzyżu ból, mnie w teatrze pomaga.

To Pana pierwsze „ukrzyżowanie”?

Pierwsze. Wcześniej widziałem ich kilka, głównie w sztukach pasyjnych. Ale sceny te, muszę przyznać, nie robiły na mnie specjalnego wrażenia. Może też dlatego, że nikt nie chciał mocno ich eksponować, tonęły we mgle, przesłonięte muzyką, rozproszone światłem. Resztę zostawiano widzowi, każdy ma swoje wyobrażenie na ten temat.

Strasznie bałem się tej mojej sceny. Krzyż stoi bardzo blisko widza, jakieś dwa, trzy metry. Cała ta sytuacja jest bardzo prawdziwa, teatralne foyer usiane krzyżami mogłoby wyglądać podobnie jak tamto wzgórze zwane Czaszką. Czaszka… Znam dwa takie miejsca, jedno katolickie, jedno prawosławne. Obydwa, gdy je zobaczyłem, zostały we mnie na długo, tkwią w zasadzie do dziś. Ich obraz czasem pojawia się w głowie w nieoczekiwanych sytuacjach, jakby sam nie pozwalał o sobie zapomnieć. Dziwi mnie, gdy widzę, jak niektórzy umieszczają na Facebooku czy Instagramie selfie z pobytu w tamtych miejscach. I jaką to budzi powszechną wesołość tak autora, jak i oglądających . A to przecież miejsca kultu. Symbol cierpienia.

To zawsze już będzie dla Pana ważna rola?

Trudna scena. Ale nie pod względem fizycznym, raczej z racji symbolu krzyża. Obawiałem się, jak ludzie, zwłaszcza ci wierzący, odbiorą ten moment w spektaklu. Niepotrzebnie. Podczas każdego z przedstawień czułem jedynie skupienie obecnych w foyer. To też pomagało mi wyłączyć się z rzeczywistości, z teatru, z życia. Traciłem poczucie czasu.

Jak mówił Juliusz Osterwa: „Bóg stworzył teatr dla tych, którym nie wystarcza kościół”…

Coś w tym jest. Bywa, tak mi się wydaje, że ludzie długo, w skupieniu przeżywają tę scenę, trwają w tym ukrzyżowaniu wraz ze mną, po czym nagle z tego mojego snu nie snu wyrywa mnie głos kogoś z obsługi: „Już nikogo nie ma. Wszyscy dawno poszli. Koniec na dziś”.

Ta cisza, w której jestem sam na sam z moim krzyżem, wyzwala uczucie - takie mam czasem wrażenie - że ktoś mnie wciąż obserwuje. Z góry?

Robert Ninkiewicz Ukończył Wydział Aktorski PWSFTviT w Łodzi w 1990 roku. Od 2009 roku aktor Teatru Wybrzeże. Zagrał tytułową rolę w „Broniewskim”.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie