Jerzy Janeczek: Ja już czas czekania mam za sobą [ROZMOWA]

Ryszarda Wojciechowska
Zdjęcie wykonano podczas spotkania w Klubie Gdyńskiej Szkoły Filmowej, w Gdyńskim Centrum Filmowym, 20 listopada 2019. Anna Rezulak / KFP
Aktor zawsze czeka. Ja już czas czekania mam za sobą - mówi Jerzy Janeczek, któremu wielką popularność przyniosła rola w „Samych swoich”. Dziś możemy go zobaczyć w filmie „Supernova”.

Na wieki wieków Witia Pawlak. Jest pan już pewnie tym zmęczony?​
- Teraz już mnie to nie męczy. Ale po studiach w łódzkiej szkole filmowej i po roli w w filmie „Sami swoi”, zaangażowałem się do pracy w teatrze we Wrocławiu. Na ziemiach zachodnich, tam gdzie mieszkali repatrianci zza Buga...​

Czyli „Sami swoi” właśnie.​
- I po tym filmie stałem się rozpoznawalny. Przy mojej naturze, człowieka raczej nieśmiałego, ta popularność i rozpoznawalność uwierała mnie. Bo jak tylko gdzieś się pojawiłem, słyszałem czasami szydercze: - Witia, podejdź no do płota i inne cytaty. Nie było to przyjemne. Zamykałem się więc w domu. Na szczęście dużo częściej słyszałem od fanów podziękowania za ten film. ​

Czytaj także

Który stał się kultowy i wiele pokoleń się na nim wychowało. ​
- To film atrakcyjny także dzisiaj. Bo jest jak dokument. Zawsze lubiłem oglądać westerny, w których jest dobrze pokazany obraz pionierskich czasów w Ameryce. Kiedy po latach patrzę na „Samych swoich”, to myślę: - Naprawdę kiedyś tak było? Jak to się wszystko zmieniło. Pamiętam scenę z filmu, kiedy spoglądałem z dachu domu i widziałem dokoła tylko łany zbóż. Pusto było jak na morzu... Teraz wszystko jest w tamtym miejscu zabudowane. ​

Pan wspomniał o westernie, a w „Samych swoich” jest scena, w której ujeżdża pan dzikiego konia. Czy ten koń był rzeczywiście taki dziki?
- Mieliśmy dwa ogiery do tej sceny. Jeden był niezwykle wrażliwy na pociągnięcia uzdą. I wystarczyło, że tylko leciutko szarpnąłem, a on natychmiast reagował, stając dęba. Drugi koń, znacznie starszy i stateczniejszy, był do ujeżdżania. Przez dwa tygodnie ćwiczyłem woltyżerkę i ujeżdżanie w stadninie koni koło zamku w Książu. Wiem, że reżyser Sylwester Chęciński na początku chciał użyć kaskadera do tej sceny. Zaczynaliśmy dopiero zdjęcia do filmu. I wiadomo, że gdyby aktorowi coś się stało, to produkcja poniosłaby wielkie koszty ze względu na przerwane zdjęcia. A były to sceny niebezpieczne. Raz się tak zdarzyło, że koń przewrócił się ze mną. Ale w porę udało mi się odskoczyć. Obaj wyszliśmy z tej przewrotki cało. Wtedy zresztą byłem dość sprawnym człowiekiem, bo przed studiami aktorskimi ukończyłem pierwszy rok Studium Wychowania Fizycznego w Katowicach, gdzie miałem m.in. gimnastykę na przyrządach. Wiedziałem więc jak upadać. ​

Pan był debiutantem w filmie, w którym roiło się od gwiazd tamtych lat - Władysław Hańcza był „królem” teatru. Ale i tak przebił go Wacław Kowalski.​
- Ich losy i pochodzenie były różne. Wacław Kowalski pochodził zza Buga. I do końca zachował ten swój leciutki zabużański akcent. Nawet jeśli potem pojawiał się na scenie ucharakteryzowany nie do poznania, to kiedy się odezwał, wiadomo było od razu, że to... Pawlak. On w „Samych swoich” trafił na rolę życia. Lepszej już potem nie zagrał. I nie musiał. Bo on był sobą. ​

Jest coś, co utkwiło panu mocno w pamięci z tamtego planu?​
- Ja sobie ten plan utrwalam co roku na festiwalu „Samych swoich” w Lubomierzu. I jeżdżę tam, bo jestem jednym z nielicznych, który jeszcze może się tam doczołgać (śmiech). Zawsze podczas spotkań z publicznością wracają wspomnienia. Ale dla mnie fantastyczne jest przede wszystkim to, jak mimo upływu pół wieku od premiery, ten film ma nadal tylu entuzjastów.​

Fan cluby, jak byśmy dziś powiedzieli.​
- Jeden z entuzjastów otworzył w swojej pizzerii małe muzeum „Samych swoich”. Zbiera wszystkie gadżety, fotografie, śledzi co można kupić i od kogo. Zdarza mu się małe oszustwo, jak w przypadku sztachety, która jak dowodził, pochodzi z tego słynnego płotu niezgody Pawlaka i Kargula. A przecież wiadomo, że tego płotu nie ma już od lat i sztacheta się nie zachowała.​

Kota z miasta Łodzi też już nie ma.​
- Ale przetrwał rower tyle, że znajduje się w muzeum Kargula i Pawlaka w Lubomierzu. Jest też fan zbierający wszystkie materiały o filmie, które ukazały się przez lata. Prowadzi taką encyklopedię „Samych swoich” z danymi, datami. Wszystko ma zanotowane. A wracając do pracy na planie, to... dowcipnie raczej nie było. To widzowie mieli się śmiać. Pamiętam jak reżyser Chęciński nam tłumaczył, że aby rozbawić takim absurdalnym komizmem, trzeba zagrać śmiertelnie poważnie. ​

Pan pamięta swój zapał aktorski z czasów młodości?​
- Pamiętam czasy studiowania. Aktorzy dostawali się do szkoły filmowej po maturze. Ale już dla reżyserów, Filmówka była drugim fakultetem. I tam byli wybrani, piekielnie inteligentni, dowcipni ludzie. Ten dystans między nimi i nami był dosyć duży. Oni traktowali nas z dużą rezerwą. To wyrobiło w nas odruch obronny. Wywołało nawet lekkie kompleksy. Kiedy ja studiowałem aktorstwo, równolegle w naszej szkole reżyserię studiowali m.in: Krzysztof Kieślowski, Grzegorz Królikiewicz czy Marek Piwowski.​

To niebywałe, że zamiast zbijać od popularności kapitał, pan od niej uciekał. Dzisiaj młodzi o niczym innym nie marzą tylko o popularności właśnie. ​
- Życie wiele rzeczy weryfikuje. Myślałem, że po premierze i wejściu do kin „Samych swoich” będzie w Filmówce szał. Że będzie dyskusja, może pochwały. Ale to był już czas szkoły moralnego niepokoju. Kultem otaczano Bressona, Antonioniego, Felliniego. Gdzie tam komu w głowie była komedia. Nawet mówiono o komedii z pewną pogardą. Nie odczuwałem zainteresowania ze strony kolegów. Może ono było ze strony dziewczyn. Tak, tu wyczuwałem zainteresowanie. ​

Nie jest pan człowiekiem rozżalonym, że wiele innych ról przysłoniła właśnie ta?​
- Ależ skąd. Moim kolegą jest Henryk Talar. Obaj wychowaliśmy się na dobrym teatrze. Obaj ten teatr kochaliśmy. Kino to była odskocznia, dla niektórych nawet... chałtura. Tam można było zarobić, trochę się zabawić. A teatr był poważny. I tego się trzymaliśmy. Kiedy ja byłem w Ameryce, to on w tym czasie robił karierę aktorską w Polsce. I kiedy po latach, po moim powrocie się spotkaliśmy, usłyszałem od niego: - Wiesz co, podziwiam cię, że wracając z Ameryki nie masz tego parcia na granie. Że się pogodziłeś z tym, że tych ról wiele nie dostajesz. Ale ja wiem, ile mam lat. Na kogo dzisiaj głównie nastawiony jest teatr i film. Już swoje zrobiłem. I przetrawiłem to.​W tym zawodzie zawsze można czuć niedosyt. Aktor zawsze na coś czeka. Ale ja już czas czekania mam za sobą. ​

Teraz młode pokolenie jest inne.
- Jestem zachwycony młodymi ludźmi, których widzę w filmie i teatrze. Są tak odważni, walczą o swoje. My w młodości krępowaliśmy się zadzwonić do produkcji z pytaniem, czy nas przypadkiem nie potrzebują? Myśleliśmy, że nas trzeba odkryć. Ale jak odkryć, skoro nas nie widać?​ Dzisiaj młoda aktorka, którą niedawno przygotowywałem do egzaminu do szkoły teatralnej, mówi mi: - Słuchaj, ja wiem dokładnie co jest dzisiaj grane, jakie produkcje są przygotowywane, jakie są w toku. Dzwonię i pytam, czy nie potrzebują do roli takiej aktorki. Oni ciężko walczą o to, żeby zaistnieć.​

Właśnie w kinach wyświetlany jest film pt. „Supernova”, w którym oglądamy pana w drugoplanowej roli. ​
- Reżyser Bartosz Kruhlik zaskoczył mnie telefonem i propozycją roli. Zapytałem go: - Panie Bartku, jak to się stało, że pan właśnie o mnie pomyślał? A on na to: - Przeglądając zdjęcia aktorów, przypomniałem sobie o panu. Dzięki tej roli zdobyłem nowe doświadczenie. Zagrałem w... tłumie, w którym aż gęsto od różnych emocji. Ten tłum, który jest jednym z bohaterów filmu, przypomina dymiący wulkan.​

​„Supernovej” miało nie być w konkursie gdyńskiego festiwalu. Jednak po awanturze wokół „Mowy ptaków” też dostał się do konkursu i wyjechał... z nagrodą za debiut dla Kruhlika. To film niewygodny dla władzy?​
- Jeśli ktoś chce zobaczyć w tym filmie polityczne układy, to je zobaczy. Ale, moim zdaniem, to przede wszystkim film o pewnym zepsuciu, które panuje w naszym świecie, o znieczulicy, agresji i śmierci, która nie jest już traktowana z szacunkiem...Ładnie wytłumaczył tytuł Tomasz Raczek. Powiedział, że „Supernova” to gwiazda, która nie eksploduje, tylko imploduje. Zapada się. Tak jak zapada się nasza cywilizacja. A to prowadzi do buntu. I ten bunt jest pokazany w naszym filmie. Bunt rodzący się w małej społeczności, która nie godzi się na to, co się wokół niej dzieje. ​

Stany Zjednoczone to była dobra szkoła życia?​
- Stany nauczyły mnie odpowiedzialności. Pojechałem w 1989 roku z kabaretem na kilka miesięcy i zostałem na kilkanaście lat. Najpierw były jakieś przyjaźnie, potem się człowiek zakochał, zaczął robić plany. ​

Ale było w Stanach łatwo?​
- Ja od razu wiedziałem, że Stany Zjednoczone to nie jest miejsce na robienie kariery. Niejeden połamał tam na tych chęciach zęby. Tylko Joannie Pacule udało się przebić w Hollywood. Więc poświęciłem się pracy polonijnej. Stałem się promotorem naszej kultury. Polonia jest ubogo traktowana w przypadku wysokiej kultury. Jeśli się jej coś z kraju serwuje, to rozrywkę kabaretową i koncerty. Ale ludzie potrzebują też teatru i poezji. Mieliśmy grupę zapaleńców, która wystawiała sztuki. Pod wpływem tej mojej działalności inny aktor z Polski, mój kolega Michał Anioł też stworzył teatr tylko w kanadyjskim Vancouver, gdzie wtedy mieszkał. Potem pojechał do Hollywood, bo Polonia mu zafundowała tam roczne stypendium aktorskie. Po skończeniu tego kursu mówił potem gorzko: - Przecież to ja mogę ich uczyć aktorstwa. A teraz spotkaliśmy się z Michałem na planie „Supernovej”. ​

Najważniejsze wydarzenia ostatnich dni:

POLECAMY w SERWISIE DZIENNIKBALTYCKI.PL:

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

T
Tomi

Supernova to świetnie zrobiony, emocjonalny i trzymający w napięciu film. Choć akcja dzieje się w jednym miejscu,to film bardzo dobrze się ogląda. Nagroda w Gdyni jak najbardziej się należała

Dodaj ogłoszenie