Jak pomagać potrzebującym w krajach Trzeciego Świata?

Tomasz SłomczyńskiZaktualizowano 
A czy tu  jest prąd? Warto sprawdzić, czy nasze pieniądze na pomoc dla mieszkańców           Trzeciego Świata są wydawane sensownie
A czy tu jest prąd? Warto sprawdzić, czy nasze pieniądze na pomoc dla mieszkańców Trzeciego Świata są wydawane sensownie Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata Maitri
Za 13 euro miesięcznie można zapewnić utrzymanie, naukę i opiekę zdrowotną afrykańskiemu dziecku w ramach programu Adopcja Serca. Czy Polacy chcą pomagać innym i jak mają to robić, by mieć pewność, że ich pieniądze nie zostaną zmarnowane?

Większość ludzi na świecie żyje w nędzy. Po ludobójstwie w Rwandzie w obozach dla sierot znalazło się kilkaset tysięcy dzieci. Na filmie o pracy polskich sióstr misjonarek widzimy je czekające w kolejce na posiłek. Lektor informuje: większość z tych dzieci nie jadła od dwóch dni. WWF alarmuje: w ciągu ostatnich 60 lat wyginęła połowa populacji orangutanów żyjących na Borneo, które jest najważniejszą ostoją tego gatunku.

Co z tego wszystkiego wynika dla Kowalskiego? Nie wynika nic, czy też wręcz przeciwnie? Czy wzruszy się i chętnie sięgnie do kieszeni?

***
Trzy dni temu "rodzina orangutanów" wspięła się na elewację domów towarowych Wars Sawa Junior w Warszawie i rozwinęła wielkoformatowy baner z apelem do Polaków o pomoc. Media obiegły zdjęcia przebranych za małpy aktywistów, w towarzystwie krajowych celebrytów.

- Orangutany potrzebują naszej pomocy! Nielegalna, ogromna w swoim zasięgu, wycinka lasów tropikalnych spowodowała, że te wspaniałe zwierzęta, tak podobne do ludzi, mogą już wkrótce wyginąć - zaapelowała Kayah, ambasador kampanii WWF na rzecz orangutanów. Zachęca Polaków do przekazywania darowizny na rzecz ochrony tego gatunku, a wraz z nim ochrony całego, unikalnego w skali światowej ekosystemu.

W każdej kampanii społecznej, również i w tej, nie obędzie się bez emocji:
- Kiedy wycinają las i gdy zostaje już ostatnie drzewo do ścięcia, na jego szczycie szuka schronienia samica orangutana z małym. Za żadne skarby nie da sobie odebrać dziecka. Jedynym sposobem, żeby dobrać się do matki, jest ją zabić. Więc strzelają. Zabita samica spada na ziemię, a dziecko wczepione w sierść, nie chce jej puścić - mówi Anna Dereszowska, która "na własne oczy widziała osierocone orangutany na Borneo".

***
Gdy mamy powódź, tornado lub inną krajową katastrofę, Kowalski jest hojny. Nie odmówi SMS-a braciom Polakom. Ale jeśli już ma pomóc potrzebującym na drugim końcu świata, to... No właśnie - pomaga, czy nie?

- Bardzo wiele zależy od mediów, które mają możliwość nagłośnienia sprawy - mówi Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. - Z mojego doświadczenia wynika, że Polacy chętnie pomagają, jeśli sprawa jest odpowiednio nagłośniona. Przykładem niech będzie susza w Somalii - przy odpowiednim zaangażowaniu mediów, które szeroko relacjonowały tragedię, zebraliśmy prawie 3 mln zł w ciągu miesiąca.
Kto więc daje pieniądze? Pierwsze, co się nasuwa na myśl - potentaci finansowi, wielkie instytucje, które potem pochwalą się swoją biznesową odpowiedzialnością.

- W jednym przypadku była to pani, która przeznaczyła na ten cel 100 tys. zł, w kolejnych czterech czy pięciu przypadkach - po 10 tys. zł, było jeszcze kilka wpłat po 5 tys. zł - relacjonuje Ochojska. - Reszta to drobne wpłaty indywidualne. Co to może oznaczać? Że pieniędzmi dzielą się osoby niezbyt zamożne.

Nie zawsze jednak media są tak łaskawe dla obcych tragedii. Janina Ochojska podaje przykłady:
- W przypadku powodzi w Bangladeszu nie było relacji z tej katastrofy i nie udało się nam zebrać prawie nic. Inny przykład: Libia i Japonia. Konflikt w Libii miał miejsce mniej więcej w tym samym czasie, co trzęsienie ziemi w Japonii. Jednak tragedia Japonii - ze względu chociażby na spektakularne zdjęcia fali powodziowej, skuteczniej przedostawała się do mediów. Dla Japonii zebraliśmy 1 milion 300 tys. zł, dla Libii - zaledwie 40 tys. zł. Tymczasem w Libii potrzeby były nie mniejsze, a może nawet większe - biorąc pod uwagę jej sytuację w tym momencie.

***
Rola mediów w informowaniu o potrzebujących na świecie wzbudza szeroką dyskusję. Bo to temat kontrowersyjny.

- Mieszkańcy Afryki mają do nas, Europejczyków, żal, że przedstawiamy ich w najgorszym z możliwych świetle - twierdzi Paweł Wróbel Wróblewski, podróżnik, który pokonał na rowerze 13 tysięcy kilometrów afrykańskich bezdroży. - Zarzucają nam, że interesują nas tylko wojny i epidemie głodu. A tymczasem głodu tam nie widziałem. Głód w Afryce nie objawia się w śmierci z głodu. Objawia się w niedożywieniu. Jesz za mało, zarówno pod względem jakościowym, jak i ilościowym. Nie umierasz z głodu, ale słabniesz, wydajność ci spada. Weź się teraz ucz... - mówi Wróblewski w wywiadzie zamieszczonym w książce "Do ciepłych krajów".

Tymczasem obrazy dramatów są najbardziej skuteczne - i najchętniej przez media "kupowane". Przykładem niech będzie wspomniana przez Ochojską Somalia.

- Tak, to rzeczywiście działa. Jednak czas najwyższy, żeby uczyć ludzi wrażliwości, ale niekoniecznie wrażliwości na "wydęte brzuszki"... Czy my chcielibyśmy, żeby pokazywać w ten sposób np. powódź w Polsce? Czy chcielibyśmy być pokazywani w tak upokarzających sytuacjach? Dlatego na stronach Polskiej Akcji Humanitarnej nie znajdzie pan takich zdjęć - twierdzi szefowa organizacji.
Aktywiści na rzecz pomocy humanitarnej przekonują, że trzeba wskazywać, że dla ubogich krajów najważniejszy jest impuls do rozwoju, a nie tylko pomoc w postaci transportów żywności. Chodzi też o świadomość, że ludzie potrzebujący mają prawo do szanowania ich godności. I wciąż trwa dyskusja, jakie przyjąć sposoby na informowanie o problemach krajów rozwijających się - jak to robić, żeby nie naruszać godności ich mieszkańców z jednej strony, z drugiej zaś - żeby skutecznie pozyskiwać dla nich pieniądze. Czy cel w tym przypadku uświęca środki?

***
Zdjęć zagłodzonych śmiertelnie dzieci nie znajdziemy również w filmie "Bilet do nieba", wydanym przez Gdański Ośrodek Ruchu Maitri. Chociaż film jest przejmujący - pokazuje pracę polskich misjonarek, sióstr pallotynek. Zbliżenia na jedzące dzieci. Kocioł pełen manioku. Komentarz: "od dwóch dni nie jadły...". Jednak dzieci nie wyglądają na bliskie śmierci głodowej, nikt nie odziera ich z godności.

Gdański Ośrodek Ruchu Maitri jest naszą lokalną specjalnością, choć stosunkowo mało mieszkańców Pomorza wie o jego działalności.

Organizacja zatrudniająca trzech pracowników i kilkudziesięciu wolontariuszy co roku pozyskuje trzy miliony złotych, które przekazuje potrzebującym w kilkudziesięciu miejscach na świecie. Programem flagowym (choć nie jedynym) ośrodka jest Adopcja Serca.

Inicjatywa pojawiła się bodajże w najbardziej dramatycznym momencie współczesnej historii Afryki - po ludobójstwie w Rwandzie. Po masakrze pozostały setki tysięcy dzieci mieszkających bez rodziców - sierot, umierających z chorób i głodu. Pierwsza wizyta Ruchu Maitri w Rwandzie miała miejsce w roku 1995 i wtedy zapadła decyzja o poszukiwaniu odpowiedniej dla tych dzieci formy pomocy.

Pomysł był genialny w swojej prostocie. Wykorzystywał emocje (które zawsze leżą u podstaw gestów dobroczynności) - w sposób daleki od epatowania tanią sensacją z powodu "wydętego brzuszka".

Adopcja Serca polega na tym, że każde potrzebujące pomocy dziecko posiada w Polsce swojego adopcyjnego rodzica. Dodajmy: konkretne dziecko, znane z imienia i nazwiska, ma swojego konkretnego polskiego rodzica. Korespondują ze sobą. Wysyłają sobie zdjęcia. To gwarantuje emocje: piszą do siebie: "kocham cię mamo, tato", "kocham cię córeczko, synku". I naprawdę żywią ciepłe, serdeczne uczucia. Chociaż nigdy się nie spotkają.

- Te dzieci są dumne z tego, że mają w Europie rodziców. Noszą ze sobą ich zdjęcia. Chwalą się nimi - mówi jedna z sióstr, które prowadzi afrykańską szkołę z podopiecznymi Ruchu Maitri.
Ale nie tylko o serdeczne uczucia tu chodzi. Najważniejsze jest konkretne wsparcie. Polska rodzina wpłaca "na konto" tego dziecka konkretną sumę - od 13 do 17 euro miesięcznie. Czyli ok. 50-60 zł. Za to dziecko może być spokojne, że głód nie zajrzy mu w oczy, że w razie potrzeby zaopiekuje się nim lekarz, że będzie mogło skończyć szkołę, zdobyć zawód.

To drastyczne porównanie i trudno wobec niego przejść obojętnie: 50 zł to koszt np. jednego worka karmy dla europejskiego psa, którą zjada w ciągu miesiąca. To również miesięczne wynagrodzenie pielęgniarki w Rwandzie.

Wracając do pytania postawionego na początku artykułu - czy chętnie pomagamy potrzebującym na drugim końcu świata? Niech za odpowiedź posłużą liczby: Gdański Ośrodek Ruchu Maitri koordynuje w całej Polsce adopcje dla 4 tys. dzieci, z czego w samym Gdańsku jest 400 rodziców adopcyjnych. Inaczej mówiąc: mieszkańcy Gdańska utrzymują 400 afrykańskich dzieci. Można dalej żonglować liczbami: jeden gdańszczanin na tysiąc utrzymuje afrykańskie dziecko, gdyby proporcję tę przełożyć na całą Polskę, to zapewnilibyśmy przyszłość 38 tysiącom afrykańskich dzieci...

***

Adopcja Serca jest rozwiązaniem, które przekonuje ludzi, że warto przeznaczyć w sumie niewielkie pieniądze na pomoc dla najuboższych - przekonuje poprzez konkretność pomocy i namacalność efektu. Bo wokół pomocy dla tzw. krajów rozwijających się jest wiele kontrowersji.

- Najbardziej popularne zdanie na temat pomocy oferowanej przez świat Afryce, najbardziej popularne zdanie Afrykańczyków, jest takie: "wy nam nie pomagajcie, wy nas traktujcie uczciwie, traktujcie nas partnersko" - relacjonuje swoją podróż Paweł Wróblewski. A jeśli chodzi o działalność organizacji humanitarnych, mówi: Jeśli chcesz wspomóc jakąś organizację pomocową, wymagaj od niej, żeby wyspowiadała się z tego, co robi z tymi pieniędzmi. Wybierz taką organizację, która cię przekona. Sam gest dania pieniędzy to jest za mało, by pomóc.

Skąd taka opinia? Wydawałoby się, że wystarczy wysłać SMS pod wskazany w telewizji numer - i już... Ludzie profesjonalnie zajmujący się pomocą humanitarną zdają się potwierdzać opinię Wróblewskiego. Przywołują dane, które mogą szokować.

- Jeśli chodzi o koszty tzw. administracyjne, to organizacje krajowe mieszczą się zwykle w przedziale między 20 a 30 proc., a międzynarodowe - to zależy od formy pomocy - od 50 proc. kosztów administracyjnych wzwyż. Szacuje się, że w przypadku dużych programów pomocowych, realizowanych w strefach konfliktów, jedynie 40-30 proc. środków dociera do finalnego beneficjenta. - twierdzi Tadeusz Makulski z gdańskiego Ośrodka Ruchu Maitri, koordynator programu Adopcja Serca.
Janina Ochojska jest jeszcze bardziej krytyczna wobec pomocy świadczonej przez organizacje międzynarodowe.

- Według moich informacji do krajów potrzebujących ze środków ONZ-owskich agend trafia 20 procent środków niektórych organizacji charytatywnych, do samych beneficjentów - już tylko 6 procent.

Skąd ta różnica: do kraju 20 proc., do potrzebującego - tylko 6 proc...? Straty są ponoszone przy dystrybucji pomocy. Są związane z napadami na konwoje, z kradzieżami, z łapówkami, z nepotyzmem - czyli z dystrybucją środków według reguł ustalanych przez miejscowych notabli. Część środków pomocowych trafia w ręce np. partyzantów albo członków gangów, którzy - gdyby byli głodni - być może zaniechaliby walki.

Tadeusz Makulski, który od lat odwiedza Afrykę, opowiada, jak patologia wygląda na miejscu.
- W Demokratycznej Republice Konga widziałem dystrybucję żywności z World Food Programme, prowadzonej przez agendy ONZ. Ludzie w wiosce dostawali żetony od administracji, te żetony służyły do odbioru pomocy od organizacji humanitarnych. Problem jest w tym, że ci ludzie nie posiadają dokumentów identyfikacyjnych, że żetony krążyły w drugim obiegu, jeden człowiek miał masę żetonów i wynajmował ludzi, którzy przychodzili, żeby odbierać tę pomoc, oni oddawali później otrzymaną pomoc, zostawiali sobie np. 10-20 proc. zawartości takiej paczki, którą otrzymali, resztę musieli oddać.

Jednak Makulski daleki jest od druzgocących ocen:
- Rozumiem, że w rejonach konfliktów jest to ciężkie do opanowania i wręcz nie ma takiej siły, która mogłaby wyegzekwować tak klarowne reguły, jakich byśmy oczekiwali.

Bo jest to koszt, który w niektórych sytuacjach trzeba ponieść. Alternatywą jest zaniechanie pomocy - i w konsekwencji, np. śmierć głodowa mieszkańców. To jest rzeczywistość np. obozów dla uchodźców. Wtedy nie ma czasu na zastanawianie się: "czy dać wędkę, czy rybę?". Trzeba dać rybę, bez względu na koszty. Ale zaraz potem pomyśleć o wędce.

- Oczywiście są sytuacje, w których żywność trzeba dostarczyć i to natychmiast, mam tu na myśli klęski, takie jak ta w Somalii. Ale teraz najważniejsze jest, żeby obozy te nie stały się trwałym miejscem zamieszkiwania ludzi uzależnionych od dostaw pomocy.
***
Co więc ma zrobić Kowalski? Zanim wyśle SMS albo wypełni druk przelewu, powinien zwrócić uwagę przynajmniej na jeden wskaźnik - jaka część przeznaczonej przez niego złotówki trafi do rąk potrzebującego.

Każda organizacja pomocowa powinna przejrzyście spowiadać się tym, którzy ją utrzymują.
- Z 13 euro, które pozyskujemy dla naszych podopiecznych z Adopcji Serca, 1 euro przeznaczamy na "obsługę", 12 euro trafia do nich. Generalnie koszty administracyjne sięgają u nas 6 proc. kwot, które przekazujemy - mówi Tadeusz Makulski z Ruchu Maitri.

Nieco inaczej jest w przypadku Polskiej Akcji Humanitarnej. Dociera z konwojami w trudne rejony, gdzie często brakuje infrastruktury, tuż po katastrofach. Potrzebuje samochodów, telefonów satelitarnych - wynika to ze specyfiki działań tej organizacji.

- U nas wskaźnik ten wynosi 10 proc. To znaczy, że 90 groszy z każdej złotówki trafia do potrzebujących.

***
Janina Ochojska twierdzi, że Polacy są hojni i jest z tego dumna. Tadeusz Makulski nie kryje satysfakcji, wymieniając kwotę 3 milionów budżetu jego niewielkiej w sumie organizacji, wskazując 4 tysiące dzieciaków, które przetrwają i będą miały przyszłość.

Czyli: Kowalski potrafi dać pieniądze na cel "globalny", jeśli wie, że zostaną dobrze wydane. Są jednak dwa warunki, żeby tak się stało: musi się, choćby na chwilę wzruszyć i mieć zaufanie do tego, komu powierza swoją złotówkę.

O tym z kolei wiedzą specjaliści z WWF. Dlatego nie dziwi obecność popularnej piosenkarki i aktorki w otoczeniu orangutanów.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

d
doświadczony frajer

szczególnie efektowna i bardzo obfita była pomoc polski dla Haiti, po trzęsieniu ziemi. Wynoisła dokładnie: 0 zł i 0 gr !! Swiat przecierał oczy, bo niby polska aspiruje do G 20 !! ponadto, tzw pomocą pozarządową, zajmuje się żydówka ochojska. Zajmuje się w ten sposób, że przez cały rok rozbija się mercedesem po Paryżu, bierze zabiegi w renomowanych klinikach, a o polsce i polakach prypomina sobie raz do roku, przy okazji wypełniania pitów, aby zgarnąć od niedoświadczonych frajerów 1% podatków !!

Dodaj ogłoszenie