MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Jacek Michalski, burmistrz Nowego Dworu Gdańskiego, o szansach i wyzwaniach miasta

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Jacek Michalski, burmistrz Nowego Dworu Gdańskiego
Jacek Michalski, burmistrz Nowego Dworu Gdańskiego materiały prasowe / Dziennik Bałtycki
Mamy potencjał dobrego położenia przy komunikacyjnej arterii, dający możliwości handlowe, usługowe, a mobilność m.in. dzięki kolei zapewni jeszcze większą atrakcyjność. Ktoś może zarzucić, że Nowy Dwór Gdański będzie sypialnią Gdańska, ale ja się nigdy takiego określenia nie wstydziłem. Można być całkiem zadowolonym mieszkańcem sypialni – mówi Jacek Michalski, burmistrz Nowego Dworu Gdańskiego.

Jakie wyzwania stoją przed samorządem Nowego Dworu Gdańskiego w najbliższych latach? W kampanii wyborczej miał pan hasło „Jesteśmy na dobrej drodze”.

- Dziś to hasło jest bardziej aktualne, niż by się mogło wydawać. I to nie w kontekście celów wyborczych, bo czy to, co zrobiliśmy to już inni będą oceniać, a pewnie i historia to zrobi. Chodzi jednak o to, że jesteśmy dość daleko w kwestii pewnych działań planistycznych. Mamy 58 milionów złotych w projektach na najbliższe lata, m.in. infrastrukturalnych, na które mamy zagwarantowane pieniądze z obecnej perspektywy finansowej EU, ale też Polskiego Ładu. Nie liczę środków z KPO. Natomiast uwzględniając procent dofinansowania poszczególnych zadań oraz wzrost cen to myślę, że będziemy potrzebowali ok 30 - 40 mln zł by móc owe 58 mln zł obiecanych środków skonsumować. Pieniądze te będziemy musieli znaleźć w miejskim budżecie albo pozyskać w montażach finansowych. Wykorzystanie owych niemal 100 mln zł czekać nas będzie w przeciągu 4,5 lat. I to jest potężne wyzwanie. Ma też minus taki, że możemy nie dać rady zrobić , przy takim zaangażowaniu finansowym, nic innego.

Inna kwestia jest taka, że fundusze zewnętrzne nie zawsze są szczytem marzeń. Sięgamy po nie, bo zapewnią nam realizację inwestycji, które są istotne, natomiast niekoniecznie trafiają w najpilniejsze potrzeby – mam tu na myśli np. remonty i budowę dróg lub innej infrastruktury, której jeszcze nie mamy. Natomiast jest tu jeszcze jedno wyzwanie, bardzo dla mnie ważne. Będę przekonywał Radę Miejską, żebyśmy nawet w czasie najbardziej napiętych wydatków wybudowali świetlice wiejskie. Wszędzie tam, gdzie się da. Być może ktoś powie, że to nie są już czasy na takie inwestycje, na takie obiekty. Ja uważam jednak, że w każdej miejscowości świetlice są potrzebne, a w tych najmniejszych, najbardziej. Chodzi o miejsca, w których ludzie mogliby się spotkać. Z jednej strony swego rodzaju centrum kulturalno-społeczne, z drugiej takie, w którym można zorganizować np. osiemnastkę, chrzciny, urodziny. Nie chcemy by ludzie z mniejszych miejscowości „zamykali się w domach”, byli pozbawieni szans na aktywność.

Na takie inwestycje nie ma raczej pieniędzy zewnętrznych, będziemy musieli je sfinansować z własnych środków, ale uważam, że są to zadania po prostu konieczne do zrealizowania. Zwłaszcza, że np. w wielu miejscowościach popegeerowskich gminach nie może zapewnić innej oferty – choćby zmodernizować dróg, bo te są powiatowe, ani nie ma żadnej działki, na której mogłaby zbudować plac zabaw dla dzieci. I nawet jeśli na 9 zbudowanych świetlic połowa okaże się projektami nieudanymi, to i tak będzie warto taką szansę mieszkańcom stworzyć.

Kiedy obejmował pan po raz pierwszy fotel burmistrza Nowego Dworu Gdańskiego, w 2010 roku, problemem było zadłużenie miasta.

- 14 lat, które minęło od 2010 roku były okresem, w którym można było zrobić bardzo dużo w samorządach, bo takie możliwości zapewniały środki zewnętrzne napływające za sprawą m.in. unijnych funduszy. Oczywiście wszystkie inwestycje oznaczały wysiłek finansowy, bo poszczególne zadania miały określony poziom dofinansowania, przy których gmina musiała zapewnić wkład własny. Na niektóre z inwestycji, np. ścieżki rowerowe, gmina szczególnie mocno się „wykrwawiała”. Natomiast ja nigdy nie uważałem, że samorząd musi swój poziom zadłużenia wyzerować, nie widzę powodu, dla którego miasto nie miałoby zaciągać kredytów – znaczna część biznesu realizuje swoje zadania na bazie kredytów. Różnica jest jednak taka – w 2010 roku zadłużenie miasta było na poziomie 30 mln zł w budżecie liczącym 55 mln zł. Teraz ma dług również na poziomie 30 mln zł, ale przy budżecie 120 mln zł.

Jaki będzie motor napędowy miasta i gminy Nowy Dwór Gdański w kolejnych latach? Załóżmy perspektywę średnioterminową.

- Przed gminą są dwa etapy, po których mam nadzieję, Nowy Dwór Gdański zyska silne impulsy rozwojowe na kolejne lata. Pierwszym jest ustawa metropolitalna dla Pomorza. Wiodącym elementem łączącym w tym projekcie samorządy jest transport publiczny. I to moim zdaniem będzie pierwszy etap, który podniesie atrakcyjność Nowego Dworu Gdańskiego – zarówno miasta jak i gminy. Zostaniemy włączeni do trójmiejskiej sieci połączeń komunikacyjnych. Oznacza to, że symboliczny czerwony autobus miejski z Gdańska będzie kursował do Nowego Dworu Gdańskiego. To był zresztą także i plan śp. Pawła Adamowicza, dyskutowaliśmy o tym.

Bardzo ważne jest dla nas to, że w sieci metropolitalnej Trójmiasta ujęty został Elbląg. Ma to bowiem związek z kolejnym etapem rozwoju naszego samorządu, już bardziej dalekosiężnym. Chodzi o budowę zupełnie nowej linii kolejowej – Gdańsk – Nowy Dwór Gd. – Elbląg – mniej więcej w korytarzu trasy S7. Taki szlak był już w planach „wyrysowany”, przy okazji inwestycji związanych z CPK. Byłby to znaczny bodziec rozwojowy. Co ważne – ja nigdy nie mówiłem w kampaniach wyborczych, że doprowadzę do powstania w mieście fabryk, które dadzą tysiąc miejsc pracy. Po prostu chcę trzymać się realnych możliwości. Mamy potencjał dobrego położenia przy komunikacyjnej arterii, dający możliwości handlowe, usługowe, a mobilność m.in. dzięki kolei zapewni jeszcze większą atrakcyjność. Ktoś może zarzucić, że Nowy Dwór Gdański będzie sypialnią Gdańska, ale ja się nigdy takiego określenia nie wstydziłem. Można być całkiem zadowolonym mieszkańcem sypialni.

Wielu dawnych nowodworzan, którzy np. wyemigrowali za granicę mówi, że w porównaniu do lat 90 XX w. czy dwutysięcznych mówi, że miasto bardzo się zmieniło, na lepsze. Mówią o tym także i mieszkańcy sąsiednich miejscowości.

- Myślę, że cała Polska jest zupełnie inna. Wykorzystaliśmy swoją szansę, to pewne. Kto normalnie funkcjonował, nie miał hamulców rozwojowych, poszedł do przodu. Tak było w przypadku Nowego Dworu Gdańskiego.

Jednak jest kilka budowli w mieście, które mogą kłuć w oczy – to zabytkowa wieża ciśnień, tereny dawnego dworca PKP, teren dawnego portu nad rzeką z nabrzeżem czy teren po wyburzonym domu podcieniowym w centrum. Te wszystkie nieruchomości nie są własnością miasta, ale pytanie czy samorząd jest w stanie coś z tym zrobić?

- Wątpię, by zmieniło się coś w kwestii terenu w centrum miasta, na działce po domu podcieniowym. Właściciel tej nieruchomości kieruje się, takie jest moje zdanie, kalkulacją komercyjną, a nie sentymentalną czy regionalną. Z kolei sprawa zabytkowej wieży ciśnień ciągnie się od pierwszej kadencji samorządu, już po 1989 roku. Było wówczas duże parcie, by ówczesne tzw. mienie państwowe, którego było dużo, zagospodarowywać. Nie zawsze, jak się okazywało po latach, robiono to szczęśliwie. Obok wieży ciśnień to także obiekty „starówki” (dawnych spichlerzy nad rzeką, w centrum miasta – red.). Trochę na siłę nieruchomości te trafiły w ręce osób, które nie miały finansowego zaplecza i potencjału ekonomicznego. Nie były w stanie zrobić z tymi obiektami tzw. kolejnego kroku, przy własnych, ograniczonych możliwościach.

Wiemy o przynajmniej jednej próbie przejęcia wieży ciśnień przez samorząd, jeszcze przed rokiem 2010. Porozumienia nie było, z uwagi na zbyt wygórowane warunki właścicieli. Mówiąc brutalnie, gminy nie stać jeszcze, by wyłożyć kilka milionów złotych, żeby taki obiekt, który nie ma potencjału biznesowego, ładnie wyglądał. To jeszcze nie jest ten moment, choć nie mówię, że on nigdy nie nastąpi. Natomiast myślę, że „starówka” doczeka się dobrych dni w normalnym obiegu biznesowym. W tym obiekcie jest potencjał, podobny do obiektów w Gdańsku nad Motławą. Podobnie jest w kwestii działki z przystanią przy ul. Morskiej. Ja uważam, że samorząd nie jest najlepszym podmiotem do prowadzenia działalności gospodarczej. Przedsiębiorcy z wiedzą i doświadczeniem zrobią to lepiej. Z drugiej strony dobrym przykładem jest Żuławski Park Historyczny, historyczny obiekt należący do samorządu, który ani przez moment nie był zarządzany przez gminę, a ludzi z pasją.

Mówił pan o Zielonym Ładzie, a mieliśmy niedawno protesty rolnicze, między innymi mieszkańców Żuław, pod Nowym Dworem Gdańskim, przeciwko założeniom unijnej polityki.

- Temat jest trudny. Myślę, że rolnicy mają swoje racje. Wiele z rozwiązań Zielonego Ładu jest przesadzona, niezrozumiała, trudna do zaakceptowania dla logicznie myślących ludzi i to nie tylko w założeniach dotyczących rolnictwa. Przyznam, że osobiście nie czuję kwestii typu ugorowanie itp. Do wielu z rozwiązań proponowanych w Zielonym Ładzie nie jesteśmy przygotowani i ekonomicznie i społecznie. Poza tym Europa w swoich standardach klimatycznych nie może być sama – są jeszcze Chiny, Indie, Brazylia i wiele innych szkodzących planecie państw na świecie, które muszą się włączyć do tej gry.

Z drugiej strony rolnicy są jednymi z największych beneficjentów wejścia Polski w Unii Europejskiej. I moim zdaniem, jeśli ktoś mówi na spotkaniu z ministrem Kołodziejczakiem, że „wystarczyło 20 lat w Unii, żeby zarżnąć polskie rolnictwo”, to albo nie wie co mówi albo, co gorsza, robi to specjalnie. Pamiętajmy, że rolnictwo to też biznes, i raz są lepsze momenty, kiedy płody rolne mają wysoką cenę, ale też są i gorsze, gdy cena spada. Ja natomiast mam wrażenie, że część rolników dała się wciągnąć w ewidentne gry polityczne. Czy rzeczywiście, przez 8 lat, w czasach rządów PiS w rolnictwie było w porządku? Większość rolników przecież nie protestowała. I czy nagle, po zmianie rządu, z dnia na dzień zrobiło się w branży tak bardzo źle, że trzeba było wyjść na ulice?

W wielu samorządach, z którymi wspólne projekty prowadzi gmina Nowy Dwór Gdański doszło do zmian włodarzy. Czy odbyły się już spotkania w sprawie wspólnych przedsięwzięć z nowymi burmistrzami czy wójtami?

- Takie spotkania już się odbywają. Rzeczywiście, jest kilku nowych włodarzy, którzy będą się we wszystkie, wspólne działania wdrażać, m.in. w metropolitalnym stowarzyszeniu czy Stowarzyszeniu Żuławy. Natomiast bardzo się cieszę z czegoś, co już się dzieje, czyli utworzenia parlamentarnego zespołu ds. Żuław. To m.in. efekt determinacji poseł Magdaleny Kołodziejczak, ale też innych parlamentarzystów. I widzę, że nie jest to twór, który ma się jedynie dobrze sprzedawać w mediach, ale realizować konkretne działania. Jego zadaniem będzie w głównej mierze zapewnianie pieniędzy na funkcjonowanie systemu zabezpieczeń przeciwpowodziowych na Żuławach. Środków na ten cel brakuje, a te które są rozdysponowywane są na całe Pomorze.

Nie mówię, że to coś złego, chodzi jednak o to, by została zapewniona stała, minimalna kwota przeznaczona tylko i wyłącznie na potrzeby naszego regionu. Pamiętajmy, istnienie Żuław, bezpieczeństwo jest uzależnione od tego systemu. Jeśli on będzie niedofinansowany to zacznie się psuć. A wtedy wróci tu woda. Zatem utrzymywanie systemu przeciwpowodziowego ma znaczenie nie tylko społeczne, ale i rozwojowe, bo biznes chce mieć przecież minimalną pewność, że potencjalne inwestycje w danym regionie będą bezpieczne.

W ostatnich wyborach samorządowych był pan jedynym kandydatem na burmistrza, a pamiętam kampanie, w których startowało po 6 czy nawet 7 kontrkandydatów starających się o fotel włodarza Nowego Dworu Gdańskiego. Jak pan to odbiera? Fajnie jest nie mieć żadnego rywala?

- Zupełnie niefajnie. W kampanii konkurencja zmusza do bardziej wytężonego działania. Poza tym wybory z jednym kandydatem stają się referendum, a to jest zupełnie inna jakość debaty. Czułem dyskomfort, a uważam też, że wynik, jaki osiągnąłem też nie jest rewelacyjny. On pokazywał, że co piąta wyborczyni i wyborca już mnie nie akceptuje, albo w tym dniu wyborów nie akceptowali. Będę się starał, by taki osąd się zmienił. Martwi też to, że co najmniej sześciu kandydatów na radnych nie miało żadnej konkurencji – niemal połowa składu Rady Miejskiej. To niedobrze, bo poziom motywacji bardzo spada w takiej sytuacji. To bardzo zły sygnał także z punktu widzenia przyszłości samorządu. On pokazuje, że jest coraz mniej chętnych do pracy w samorządzie, że bardzo wielu mieszkańców problemami swojego miasta się nie interesuje lub miało obawy związane ze startem w wyborach, z możliwą porażką.

Ewidentnie potrzeba w mieście i gminie większego wysiłku obywatelskiego. Zadanie domowe związane z budową społeczeństwa obywatelskiego wciąż nie jest odrobione. Chciałbym, żeby przedstawiciele naszej społeczności czynnie uczestniczyli w życiu miasta i gminy, by dbali nie tylko o swoje najbliższe otoczenie, swoje domy i podwórka, lecz poszli trochę dalej, żeby wzięli cząstkę odpowiedzialności za nas wszystkich. Wierzę, że tak się stanie, a nadzieja jest w młodych ludziach.

Jesteśmy na Google News. Dołącz do nas i śledź "Dziennik Bałtycki" codziennie. Obserwuj dziennikbaltycki.pl!

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Strefa Biznesu: Ceny złota na nowym, historycznym poziomie

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikbaltycki.pl Dziennik Bałtycki