Grudzień '70: Żaden z oskarżonych nie przeprosił [ROZMOWA]

rozm. Barbara Madajczyk-Krasowska
Karolina Misztal
Widziałem smugi pocisków, które szły z tych helikopterów w dół - wspomina Bogdan Szegda, prokurator Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku, oskarżyciel w procesie Grudnia ’70.

Premiera książki "Pogrzebani nocą" o ofiarach grudnia '70 na Wybrzeżu Gdańskim już 14 grudnia - kliknij w obrazek i dowiedz się więcej:

KLIKNIJ I KUP KSIĄŻKĘ - KSIĘGARNIA INTERNETOWA "DZIENNIKA BAŁTYCKIEGO"

Zajścia w Gdyni 17 grudnia oglądał Pan, będąc chłopcem?
Miałem wówczas niespełna 11 lat. Mieszkałem niedaleko wiaduktu Gdynia Stocznia. Obudziło mnie klaskanie, jakby ktoś strzelał z bicza. Potem usłyszałem potężny huk, kanonadę, jak się okazało, z armaty czołgowej. Przez okna zobaczyłem także, jak z helikopterów strzelano w dół. Paradoksem jest, że w czasie postępowania żadne dowody nie wskazywały, że strzelano z helikopterów, które krążyły nad demonstracją w rejonie przystanku Gdynia Stocznia.

Dlaczego nie udało się udowodnić, że z helikopterów zrzucano nie tylko petardy?
Z dokumentów, jakimi dysponowaliśmy w toku tego postępowania, nie wynikało, żeby została użyta broń pokładowa. Tylko świadkowie o tym mówili. Ustaliłem załogi, które kierowały tymi helikopterami, ale one zaprzeczyły, by oprócz petard używały broni. A ja widziałem wyraźnie smugi pocisków, które szły z tych helikopterów w dół.

Widziałem także otwarte drzwi w helikopterach i stojące w nich postacie, od których szły te smugi. Należy domniemywać, że to były strzały.

Świadkowie, wśród nich Roman Stegart, działacz gdyńskiej Solidarności, widzieli także strzały z helikopterów w okolicach dzisiejszego Urzędu Miasta Gdyni i przystanku Gdynia Wzgórze Nowotki, obecnie Maksymiliana Kolbego.
Demonstrujący widzieli strzały z helikopterów, natomiast nie było żadnych dowodów, które wskazywałyby, że na skutek tych strzałów ktoś doznał obrażeń lub poniósł śmierć. Podczas sekcji nie wykazano obrażeń spowodowanych strzałami z góry do dołu. To były rykoszety, strzały bezpośrednie na wprost lub z niewielkiego wzniesienia, czyli strzały oddawane prawdopodobnie z wozów bojowych.

Jak to wytłumaczyć?
Albo strzelano ślepymi nabojami, albo tak się złożyło, że z powodu tych strzałów nie zginęła żadna osoba. Praktycznie wydaje się to niemożliwe, ale jednak żadna z ofiar nie doznała obrażeń, które wskazywałyby, że wlot kuli był od góry. Można teoretycznie domniemywać, że kule, które wystrzelono z góry, odbiły się od bruku i zraniły jakieś osoby. Natomiast biegli nie byli w stanie rozstrzygnąć, w jakiej pozycji był oddawany strzał, gdy rana czy śmierć następowały na skutek rykoszetu. Całkowicie zdeformowane były i kule, i rany. Adam Gotner miał sześć ran po bezpośrednim strzale na wprost. Inny obraz miała rana w następstwie bezpośredniego strzału; była to rana gładka, niewielka, i takie miał pan Gotner. Rany na skutek rykoszetu były to rany niszczycielskie, szarpane.

Co Pan pomyślał, kiedy dowiedział się, że to Panu powierzono sprawę Grudnia ‘70?
Pomyślałem, że to wielka, historyczna i prawna sprawa. Akta dotarły do mnie w październiku 1993 roku.

Akt oskarżenia przygotowywał Pan z prokuratorem Maciejem Szulzem.
Prokurator Szulz zajmował się zajściami 18 i 19 grudnia w Szczecinie, a ja wydarzeniami w Gdańsku, Gdyni i Elblągu. Włączyłem się również w wątek szczeciński i sporządziłem akt oskarżenia.

Pan tej sprawie poświęcił ponad dwadzieścia lat swojej pracy. Mimo to sąd nie skazał - poza dwoma niższej rangi wojskowymi, i to na karę w zawieszeniu - nikogo odpowiedzialnego za śmierć ponad 40 osób. Okazało się, że w normalnym trybie nie można było nikogo skazać. Czy oskarżeni powinni być sądzeni przez specjalny trybunał na wzór tego w Norymberdze?
To parlament decyduje o kształcie ustaw. Uważam, że w tym procesie prokuratura zdała egzamin, po półtora roku wnieśliśmy akt oskarżenia. Sąd natomiast bardzo długo zapoznawał się z aktami, następnie sprawa została przekazana do Warszawy. Prokuratura nie miała wpływu na procedowanie sądu. Nasze wnioski, między innymi dotyczące wyznaczenia sędziego zapasowego, były odrzucane.

Nie było w Polsce sprawy, w której jeden prokurator przez ponad 20 lat domagał się ukarania sprawców takiej tragedii, śmierci kilkudziesięciu ofiar, młodych mężczyzn, niektórzy jeszcze byli dziećmi. Jak Pan radził sobie z emocjami?
Wielokrotnie spotykałem się z sugestiami, abym odszedł, zdegradowano mnie z prokuratury apelacyjnej do okręgowej. Zawsze jednak uważałem, że moim obowiązkiem jest doprowadzić sprawę do końca. Miałem głębokie przekonanie, że jeśli nie będę oskarżał w tym procesie, to on nigdy się nie skończy.

Ale jak Pan dawał sobie radę z emocjami wobec ogromnego cierpienia rodzin ofiar?
Rolą oskarżyciela publicznego jest bronić pokrzywdzonych. Kiedy patrzyłem na krzywdę tych ludzi, wiedziałem, że trzeba to postępowanie doprowadzić do końca. Oni byli bardzo rozgoryczeni i osamotnieni. Miałem świadomość losów pani Drywy, rodziców Zbigniewa Godlewskiego czy rodzin Sieradzana, Wycichowskiego, wszystkich. Rozmawiałem z większością pokrzywdzonych. Oni żyli tą tragedią i tym, że przez tyle lat nikt im nie pomógł. Mówiłem o tym w mowie oskarżycielskiej, że żaden z oskarżonych, który miał taką możliwość, zwłaszcza jeden z nich, w latach 80. czy 90. nie wystąpił z jakąkolwiek inicjatywą ustawodawczą, żeby zadość-uczynić materialnie krzywdzie rodzin.

Osobą, która mogła wystąpić z taką inicjatywą, był oskarżony generał Wojciech Jaruzelski, pierwszy prezydent RP?
Ograniczył się do jedynie przejęcia odpowiedzialności politycznej. Pokrzywdzeni zostali sami. W mowie oskarżycielskiej mówiłem, że o tych osobach trzeba pamiętać i ująć się za nimi. Docenił to „Dziennik Gazeta Prawna” i w 2014 zostałem przez tę redakcję ogłoszony prokuratorem roku.

Jest Pan zawiedziony wyrokiem sądu?

Zawiedziony wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie, który był sprzeczny z tym, co przedstawił materiał dowodowy. Potem byłem bezsilny, jak usłyszałem

Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który nawet nie odniósł się do mojej apelacji.

Ale Pana determinacja spowodowała, że „kat Trójmiasta”, wicepremier Kociołek, nie odszedł jako uniewinniony.
Byłem przekonany, że kasacja zostanie uwzględniona. Miałem satysfakcję, że Sąd Najwyższy podzielił wszystkie moje argumenty. Byłem przekonany, że w państwie prawa, cały czas żyję w tym przekonaniu, to musiało tak się skończyć. Mimo wszystko doprowadziłem do tego, że oskarżeni zostali poddani osądowi prawnemu, dwie osoby zostały skazane, a wobec osoby, która zmarła, miał ponownie być wznowiony proces.

Miał Pan inne drobne satysfakcje, pomagał Pan twórcom filmu „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł” oraz autorom poruszającej książki „Pogrzebani nocą”.
Zawsze staram się pomagać w poznaniu materiałów poszerzających wiedzę o Grudniu.

Autorzy biogramów ofiar w publikacji „Pogrzebani nocą”, zwłaszcza historycy IPN, sugerują, że nie zostały wyjaśnione wszystkie okoliczności śmierci.
Mam przekonanie, że Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku wyjaśniła w należyty sposób okoliczności śmierci każdej z tych osób, które poległy w wydarzeniach w grudniu 1970 roku. Opierałem się na zeznaniach uczestników wydarzeń oraz funkcjonariuszy milicji, wojska, przedstawicieli władz państwowych, samorządowych.

Historycy IPN powątpiewają w oficjalną liczbę zabitych, sugerują, że było więcej ofiar.
Jestem pewny, że nie było więcej ofiar niż te osoby, które zostały wykazane jako poległe w wydarzeniach grudniowych. Trudno było mi przyjąć, że tyle lat po wydarzeniach, w sytuacji kiedy zmieniła się rzeczywistość polityczna w naszym kraju, gdy postępowanie było prowadzone w demokratycznej Rzeczypospolitej, żeby nie zgłosiły się osoby bliskie czy dalsi krewni bądź znajomi, sąsiedzi, koledzy z pracy, szkoły, uczelni, podwórka, ulicy dzielnicy, nie powiedziały o zaginionych.

Historycy sugerują też, że efektem grudniowej rewolty było kilka późniejszych zgonów.
Mieliśmy wątpliwości co do zgonów trzech osób, które nastąpiły w późniejszym czasie. Te przypadki były szczegółowo wyjaśniane, zwłaszcza w oparciu o ich dokumentację lekarską i zeznania służby medycznej, która udzielała im pomocy. Nie potwierdziło się, że ich zgon był następstwem grudniowych wydarzeń.

Ale ciągle jest kwestionowana oficjalna liczba ofiar.
Może niektórzy chcą zwrócić uwagę na jakieś aspekty Grudnia, które w ich przekonaniu nie zostały wyjaśnione lub budzą wątpliwości. Zawsze proponuję, by te osoby zapoznały się z aktami sprawy. Kwerenda dotycząca ustalenia liczby zmarłych była bardzo szeroka: od dokumentacji służby zdrowia, poprzez dokumenty archiwum akt nowych i starych oraz dokumentację w sądzie, milicji, ministerstwach: spraw wewnętrznych, obrony narodowej, po materiały w prokuraturze, aresztach śledczych... Wszędzie natrafialiśmy na informacje dotyczące osób, których zgon już ustaliliśmy.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

#
w imięswojej emerytury oraz ustawionej przyszłości potomków.
G
Gość
W '70 r. demony ludzkiej natury zostawiły piętno zdrady na lata. W imię sierpa i młota kazano bratu zabijać brata... Kim byli ci "j. demokraci" którym służba jako wasal, droższa okazała się od Nas? Od zwykłych Polaków nadziei... Sortem ludzi upadłych? Czy zwykłą bandą złodziei...
Dodaj ogłoszenie