Choć foki szare, bobry i kormorany to w Polsce gatunki chronione, zwierzęta te nie mogą czuć się do końca bezpieczne. Powodują olbrzymie straty w gospodarce, dlatego pojawiają się pomysły, jak ograniczyć ich populację. Nie jest nawet wykluczone, że część osobników zostanie odstrzelona.

W ministerstwie gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej oraz w resorcie środowiska powstać ma zespół ekspercki, który przeanalizuje, jak poradzić sobie z problemem fok szarych, kormoranów i pozostałych "szkodników".

- Przedstawimy ten problem i wnioski na forum Komisji Europejskiej - zapowiada Jerzy Materna, wiceminister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej.

Wiceminister Materna podczas omawiania problemu na jednej z ostatnich, sejmowych komisji gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, oświadczył posłom i zebranym gościom, że w Bałtyku żyje obecnie 30 tysięcy fok szarych, a ich populacja ciągle rośnie.

Zdaniem rybaków, którzy na obecności tych ssaków w morzu tracą najwięcej, ssaków może być nawet 50 tysięcy. Foki notorycznie wyżerają im ryby podczas połowów. Dlatego rybacy jeszcze w tym roku spodziewać mogą się rekompensat za taki stan rzeczy.

- Będziemy rekomendować wypłatę odszkodowań dla nich – mówi Jerzy Materna. - Szczegóły ustalimy podczas konsultacji z rybakami. Możliwości takie stwarza Program Operacyjny Ryby i Morze na lata 2014 -2020.

Czytaj także: To żarłok, kłusownik i czarna rozpacz wędkarzy! Zobacz, kto nim jest

Zdaniem specjalistów z ministerstwa gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej nie ma natomiast żadnych szans, aby zrekompensować finansowo rybakom straty, czynione przez kormorany. W Programie Operacyjnym Ryby i Morze nie znalazły się środki na ten cel. Na rekompensaty wodno-środowiskowe w wysokości 729 zł za jeden hektar liczyć mogą jedynie właściciele stawów hodowlanych. Będą mogli też ubiegać się o dofinansowanie połowy kosztów ubezpieczenia zasobów akwakultury.

Odszkodowanie wypłacane jest w momencie, kiedy kormorany narobią strat większych, niż 30 procent rocznego obrotu, liczonego jako średnia z trzech lat. W zeszłym roku takie straty były bardzo duże, sięgnęły nawet 50-60 procent. Dla wielu przedsiębiorców oznaczało to prawdziwy dramat.

- Zdajemy sobie sprawę, że gatunki chronione powodują dotkliwe straty, związane z gospodarką rybacką – mówi Marek Kajs, zastępca generalnego dyrektora ochrony środowiska. - Jako resort podejmujemy działania, aby te uciążliwości ograniczać i wspomagać rybaków w prowadzonej gospodarce stawowej.

GDOŚ rekompensaty wypłaca jednak tylko za szkody, poczynione przez bobry, nazywane przez właścicieli stawów hodowlanych kolejnym "szkodnikiem". Te sympatycznie wyglądające ssaki uszkadzają groble i spuszczają wodę. Dlatego w ministerstwie i GDOŚ trwają właśnie analizy, jak ograniczyć ich populację. W stosunku do bobrów, ale także innych, „szkodliwych” gatunków, możliwe są nawet radykalne i siłowe rozwiązania, czyli strzelanie do nich. Marek Kajs dodaje, że rocznie wydawana jest zgoda na odstrzał 9-10 tys. osobników kormorana, ale ponadto i czapli siwej oraz wydry. Zezwolenia te wykorzystywane są jednak w zaledwie 20-30 procentach.

- Trudność stanowi fizyczna eliminacja kormorana – mówi Marek Kajs. - Powinniśmy pracować nad innymi sposobami rekompensaty. W odniesieniu do bobra podpisaliśmy porozumienie z zarządem Polskiego Związku Łowieckiego. Zobowiązaliśmy regionalnych dyrektorów ochrony środowiska do wydawania zarządzeń, które dotyczą redukcji bobra. W ciągu trzech lat na obszarach, gdzie straty są największe, odstrzelonych ma być aż 27 tys. osobników.

U pochodzącego z Rumi posła Jana Klawitera w sprawie bobrów interweniował samorząd województwa pomorskiego.

- Znakomicie czują się w umocowaniach i wałach, powodując zagrożenie powodziowe – mówi Jan Klawiter.

- W najbliższym czasie zostanie podpisane rozporządzenie ministra środowiska, które będzie określało tryb szacowania szkód, wyrządzanych m.in. przez bobry - dodaje Marek Kajs.

Czytaj także: Fok jest coraz więcej. Rybakom się to nie podoba

W temat fok szarych, bobrów, i kormoranów mocno zaangażowani są także rybacy. To oni w związku z działalnością tych gatunków czują się najbardziej poszkodowani.

- Trzeba zdefiniować, jak duża może być populacja kormorana na obszarze całej Europy - mówi Michał Kohnke, członek zarządu Północnokaszubskiej Lokalnej Grupy Rybackiej z Władysławowa. - Inaczej walka nie ma sensu, jeśli poszczególne kraje będą ją prowadzić osobno. Rozrost populacji po wpisaniu tego ptaka na listę chronionych sięgnął tak horrendalnego rozmiaru, że dziś rzeczywiście stanowi olbrzymi problem. Jeśli chodzi o rybołówstwo przybrzeżne i jeziorowe, kormoran wydobywa obecnie pięć razy więcej ryb, niż ludzie. To są bardzo niepokojące dane.

Kohnke chciałby usunięcia kormorana z listy gatunków chronionych, bo niszczy on też lasy.

- Drzewa umierają stojąc – mówi Michał Kohnke.

- Straty w rybostanie są ogromne, a nie dostajemy nic w zamian - dodaje Lech Staniszewski ze Związku Producentów Ryb.

Rybacy w swojej walce mogą liczyć na pomoc parlamentarzystów. Zadeklarowali ją także posłowie z Pomorza.

- Nie może być tak, że szkodnik otaczany jest większą opieką, niż rybacy – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk, gdyńska posłanka Prawa i Sprawiedliwości. - Powinno być zawarte porozumienie ministerstwa środowiska z kołami łowieckimi w sprawie odstrzałów.

Gdyńska poseł dodaje, że nie wyobraża sobie, aby przez działalność zwierząt tak ważna, w tym historycznie, gałąź przemysłu w Polsce, jak rybołówstwo i hodowla ryb, miała ucierpieć.

- Problem nadmiernego rozrostu gatunków ptaków rybożernych jest coraz mocniej dostrzegany i częściej dyskutowany na forum Unii Europejskiej – dodaje Marek Kajs. - Nie tylko my mamy problem z kormoranem, ale też Niemcy i inne kraje. W ciągu kilku najbliższych lat takiej dyskusji uniknąć się nie da. Jednak dopóki nie zmieni się dyrektywa ptasia, gatunek ten będzie objęty ochroną. Nie jest jednak ściśle chroniony i są możliwości likwidacji tych ptaków. Pozostaje tylko pytanie, jak to robić. Odstrzały są mało skuteczne. Olejowanie jaj jest drogie.

Czytaj także: Niespodzianka! W Gdyni zamieszkały bobry!

Rybacy alarmują tymczasem, że stada kormoranów dziesiątkują ryby w rzekach i stawach. Podobnie według ich słów czynią to foki szare w morzu.

- Problem fok w południowym Bałtyku, czyli w naszej strefie ekonomicznej, rozpoczął się na dobre dziesięć lat temu i cały czas narasta – mówi Henryk Indyk, rybak z Helu z 30-letnim stażem. - Jak dotychczas jesteśmy zdani tylko na siebie, bez żadnej pomocy państwa. Departament rybołówstwa poinformował, że dostaniemy jako właściciele kutrów rekompensaty za straty w wysokości 50 procent, a rybacy z łodzi przybrzeżnych w wysokości 80 procent według ceny ryby z dnia sprzedaży. Są one potężne w odniesieniu do wszystkich gatunkach, dorsza, łososia, troci, sandacza. Foki to jest dla nas bardzo depresyjna sytuacja. Potrafią zjeść nawet 75 procent połowu. Niektórzy rybacy obawiają się, że nie wykorzystają z tego względu kwoty połowowej. Monitorujemy te straty w dziennikach połowowych, na kutrach w dziennikach elektronicznych, na łodziach w dziennikach papierowych. Przesyłamy raporty, ale nie dostajemy żadnej pomocy finansowej. W 2014 roku za okres jesienno -zimowy straty wynosiły 300 sztuk, czyli około 1,5 tony. Przy obecnej cenie ryby jest to 60 tys. zł. Te pieniądze traci armator i załoga. Na skutek tej sytuacji nie jesteśmy w stanie inwestować w sprzęt.

Danymi, przekazywanymi przez rybaków, zbulwersowana jest Dorota Arciszewska-Mielewczyk. Domaga się ona od reprezentantów administracji rządowej zdecydowanych działań w te sprawie.

- Foka to ewidentny szkodnik, a Bałtyk nie jest jej naturalnym środowiskiem – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk. - Przed wojną płacono rybakom za zabicie foki. Jej pojawienie się u nas to wymysł WWF-u i ekologów, głównie niemieckich, którzy chcieliby nam tutaj przeflancować rezerwaty. Musimy zacząć coś robić. Nie ma innego wyjścia.

Zdaniem posłanki z Gdyni resort środowiska dysponuje olbrzymimi pieniędzmi, aby „z fokami, kormoranem i innymi szkodnikami zrobić porządek”.

- To jest być albo nie być dla wielu tysięcy rodzin na całym wybrzeżu – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk.

Ekolodzy: Foka szara była w rejonie Bałtyku przed nami

Tymczasem ekolodzy organizacji WWF, wywołani przez poseł Dorotę Arciszewską-Mielewczyk do tablicy, informacje na temat fok, upubliczniane przez polityków, nazywają nieprawdziwymi.

- Foka szara była w rejonie Bałtyku przed nami - podkreśla Maria Jujka-Radziewicz, specjalista ds. ochrony ekosystemów morskich WWF. - Człowiek rości sobie prawo do całych zasobów przyrody. Dla zwierząt dziko żyjących jest tylko jedna kara za to, że muszą jeść, przypadkowo to samo, co człowiek - kara śmierci. Już raz postawiliśmy ten gatunek na skraju wyginięcia. Znowu chcemy zrobić to samo? - pyta zaniepokojona.

Od specjalistów z WWF usłyszeliśmy, że foki szare żyły w Bałtyku już dziewięć tysięcy lat temu i to one, a właściwie chęć polowania na nie, sprawiła, że nad jego brzegiem pojawili się pierwsi osadnicy. W tym kontekście ekolodzy uznają, że mówienie przez ludzi, iż Morze Bałtyckie nie jest naturalnym środowiskiem tego ssaka, jest oburzające i wprost komiczne.

- Na przełomie XIX i XX wieku w Morzu Bałtyckim żyło ok. 90-100 tysięcy fok szarych - informuje Maria Jujka-Radziewicz. -Zamieszkiwały cały akwen, od północnych wybrzeży Finlandii i Szwecji, aż po południowe brzegi Polski i Niemiec. W rejonie Pomorza Gdańskiego żyła kolonia, licząca około tysiąca osobników. W wyniku tępienia tych ssaków pod koniec lat 70. pozostało zaledwie 3-4 tysiące fok szarych. Z południowego wybrzeża zniknęły całkiem. Przy tak aroganckim podejściu do świata przyrody człowiek dąży do tego, że jego gatunek pozostanie na świecie sam.

Polska ratyfikowała ponadto Konwencja Helsińską o ochronie środowiska morskiego obszaru Morza Bałtyckiego. "Foki stanowią niepowtarzalne i cenne składniki ekosystemu Morza Bałtyckiego, a ich przetrwanie i dobro są nierozerwalnie związane z jakością środowiska Morza Bałtyckiego i od niego zależne. Foki są istotnym elementem wspólnego dziedzictwa naturalnego Regionu Morza Bałtyckiego, w związku z czym za dalsze istnienie i pomyślny rozwój populacji fok, a w ślad za tym - za jakość ich siedliska, odpowiadają Strony Konwencji Helsińskiej." - przeczytać można w tym dokumencie.

Przedstawiciele WWF dodają też, że kondycja fok w Polsce wcale nie jest tak dobra, jak to niektórzy przedstawiają. Według organizacji ekologicznych dalsza ochrona tego ssaka jest koniecznością, a o żadnych odstrzałach i ograniczaniu populacji nie ma mowy.

- W polskiej części Bałtyku mamy jak dotąd tylko jedno miejsce lądowe, gdzie foki obserwowane są regularnie - zauważa Maria Jujka-Radziewicz. - Są to tworzące się dynamicznie piaszczyste łachy w ujściu Wisły, które ze względu na ciągły proces migracji podłoża są siedliskiem bardzo niestabilnym, a jego dostępność dla fok zależy choćby od pogody, czy stanu morza.

POLECAMY NA DZIENNIKBALTYCKI.PL: