Filip Ignatowicz, laureat Czerwonej Róży 2013: Kocham życie...

    Filip Ignatowicz, laureat Czerwonej Róży 2013: Kocham życie nawet za bardzo [ROZMOWA]

    rozm. Gabriela Pewińska

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Filip Ignatowicz
    1/5

    Przejdź do
    galerii zdjęć

    ©Przemek Świderski

    Z Filipem Ignatowiczem, studentem malarstwa gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, laureatem Czerwonej Róży dla Najlepszego Studenta Pomorza - rozmawia Gabriela Pewińska.
    Najlepszy student Pomorza dostał w nagrodę samochód. Nieźle.
    Kiedyś myślałem, że aby dostać nowy samochód, trzeba iść do telewizji i zrobić z siebie głupka. A tu się okazuje, że doceniają człowieka za coś, co robiłby i tak, bez marzeń o laurach. Nagroda Czerwonej Róży spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Już wielkim sukcesem było zostać nominowanym do niej. Wcale nie liczyłem na więcej. Ale namówiłem rodziców, by towarzyszyli mi podczas uroczystości ogłoszenia laureatów.
    Poszliśmy spontanicznie, bez aparatu, bez kamery. Po prostu nie spodziewaliśmy się takiego obrotu sprawy. Nie przypuszczałem, że mam szansę wygrać, bo grono nominowanych to był zbiór absolutnie niezwykłych osób! Perły po prostu. Ludzie, którzy osiągnęli niebywałe sukcesy! Myślałem stereotypowo, jakie szanse ma sztuka z dziedzinami, które mogą mieć rzeczywisty wpływ na nasze życie, zdrowie?

    A jednak...
    Sam konkurs to były sześciominutowe prezentacje - rodzaj autoreferatów na żywo i dokumentacja całej działalności i osiągnięć. Udało mi się przekonać jury, jak bardzo sztuka może wpływać na naszą rzeczywistość, na społeczeństwo. A oni uwierzyli tym słowom, to jest moje największe zwycięstwo.

    Rodzice wzruszeni?

    Szczególnie zaskoczyło mnie wzruszenie ojca. Częściej widzi się kobiece łzy. I też łatwiej je dostrzec, bo kobieta "płacze z makijażem". Ale kiedy widzę, że tacie broda się trzęsie, a oczy ma wilgotne, (uronił nawet kilka łez), to jest to niezwykły widok. Kiedy wyczytano moje nazwisko - mama opowiadała mi później, bo ja z tych emocji niczego nie słyszałem - ponoć pierwszy wrzasnął z radości właśnie ojciec.

    Sztuka zwyciężyła. Naprawdę niesamowite!
    I to sztuka w najczystszej postaci, czyli malarstwo, które reprezentuję, ale także sztuki interdyscyplinarne i multimedialne. Wygrana cały czas mnie dziwi, a poza nią zbieg ciągłych fantastycznych projektów, w których mogę uczestniczyć. Myślę, że jestem szczęściarzem.

    Szczęściarzem?
    Od jakiegoś czasu na pewno. Robię to co chcę, to o czym zawsze marzyłem. I nieważne jak źle w moim życiu by się układało, ja to zawsze będę robił. Jestem człowiekiem na swoim miejscu i w swoim czasie. A przez to, że mnie tyle dobrego spotyka w życiu mam poczucie, że muszę komuś coś oddać, bo wiem, że jest na świecie wielu ludzi, którym się nie szczęści. A bez szczęścia w życiu nie udaje się tak łatwo. Współpracuję więc ze Specjalnym Ośrodkiem Szkolno-Wychowawczym nr 2 w Gdańsku, w Nowym Porcie. Uczy się tam młodzież upośledzona mentalnie i ruchowo w różnym stopniu. Staram się z nimi dzielić tym, co mnie dobrego spotkało. Jest to rodzaj wolontariatu. To niesamowita satysfakcja móc z nimi pracować. Nie przewidują tylko działają, mają niesamowitą wrażliwość, brak hamulców. Realizuję z nimi różne pomysły. W tym roku zrobiliśmy razem kolejny film animowany. Film o ludziku, człowieczku, który biegnie przez pejzaż Gdańska, od Nowego Portu, przez Stocznię, starówkę, aż po surrealistyczne, "ichnie" klimaty. Bo wielu z nich nie jest w stanie narysować czegoś rzeczywistego. Moja praca z nimi to właściwie nie jest żaden wysiłek, a kop energetyczny, ogromny zastrzyk emocjonalny.

    Inspiracja?
    Ich patrzenie na świat otwiera mi oczy na wiele spraw. A prace plastyczne ich autorstwa są świetne, zdarza się, że w ładunku emocjonalnym lepsze od realizacji kształconych artystów. To co mówię, to nie jest żadne marudzenie, ale hołd, który składam dla otwartości tych wrażliwych osób, dla ich niczym nieskażonego postrzegania świata.

    Ojciec, grafik, też jest dla Pana inspiracją?
    Może nawet od ojca wszystko się zaczęło. Ale cała moja rodzina mnie inspiruje. Jedna siostra jest tancerką baletu, druga skończyła historię sztuki. Można powiedzieć, że kształtowanie się mojej tożsamości i świadomości zawdzięczam rodzinie, a tacie na pewno to, że widząc jak wielokrotnie borykał się z projektami, tworząc sztukę użytkową, postanowiłem, że ja chcę od sztuki użytkowej uciec jak najdalej. Chcę tworzyć sztukę czystą, choć, rekreacyjnie, razem z tatą robimy na przykład okładki gazet.

    Jedna z nich wygrała nawet prestiżowy konkurs.
    Już niejedna! Jesteśmy z ojcem laureatami Grand Frontu i dwóch Artfrontów. Chyba w tej dziedzinie zdobyłem już prawie wszystko, co mogłem zdobyć, a na pewno bardzo wiele jak na osobę w moim wieku. "Zderzenie się" z tatą, spędzenie z nim miłego czasu podczas tej pracy to była frajda. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest świadomość, że nie muszę, że to nie jest moja praca, za którą dostaję pieniądze. Ja to robię wyłącznie dla przyjemności.

    "Zderzenie się z tatą". Łagodne?
    Czasem i ostre, ale zawsze satysfakcjonujące w skutkach. Wielokrotnie o koncepcję, ideę. W wyrażaniu poglądów estetycznych jesteśmy obaj szalenie apodyktyczni. Każdy broni jak lew swojego gustu. Szukamy sytuacji, w której oba gusty się pokrywają.

    Od kiedy ma Pan własny gust?
    Wyrażać swoje opinie i "kłócić się" z ludźmi o swoje poglądy zacząłem pewnie już w liceum. Zresztą w liceum przeżyłem ogromny skok świadomościowy. Głównie za sprawą spotkań w kółku filmowym. Jako młodziak obejrzałem "Obywatela Kane'a" i wiele innych genialnych dzieł. Takie drobnostki teraz zbierają plon. W dziedzinie, którą reprezentuję, czuję się dobrze wykształconym człowiekiem i czerpię z tego, ile się da. Korzystam z całego bagażu doświadczeń. Kolejnym przełomem było zderzenie się z pedagogami mojej uczelni. Świadomie uczestniczyłem w życiu kulturalnym już przed studiami, chodziłem na wernisaże, oglądałem wystawy. Już w liceum wiedziałem, do jakich pracowni chcę iść, na zajęcia których profesorów uczęszczać. To, że zostałem studentem ASP w Gdańsku to nie była decyzja wynikająca z wygody, że akurat mieszkam w tym mieście. Mnie się po prostu tak cholernie spodobały prace, spojrzenia na życie niektórych osób związanych z tą uczelnią, ich widzenie świata, sposób konstytuowania wypowiedzi artystycznych, że musiałem być wśród nich. Poszedłem dokładnie torem, jaki podpowiadało serce. Zawsze trzeba iść tam, gdzie serce bije ci mocniej. To bicie serca wyznacza rytm i kierunki życia. Wtedy nie ma miejsca na jakikolwiek fałsz. Zostaje czysta szczerość, niezbędna przy tworzeniu sztuki.

    Studiowanie miesza się z pasją. Rzeczywiście szczęściarz z Pana.
    Ja nie studiuję , ja po prostu żyję! To że chodzę do tej szkoły, to jest część mojego życia. Wszystko jest wpisane w świadomą decyzję, którą podjąłem na zasadzie marzenia. Naprawdę, nie mogłoby być w tej chwili lepszego miejsca dla mnie niż ta uczelnia. Śmieszne, bo już teraz ludzie do mnie dzwonią z propozycjami pracy nad projektami, z zamówieniami. A ja przecież jestem jeszcze studentem! (śmiech). Próbuję to ogarnąć. Czas mojego spania skrócił się dramatycznie.

    W Pana wieku się nie śpi.
    Ostatnie trzy tygodnie były tak pracowite, że mogłem zdrzemnąć się tylko przez chwilę, w miejscach przypadkowych, a w zasadzie tam gdzie organizm sam to wymuszał, gdy już nie dawał rady. Zasypiałem nad stołem z nożyczkami w rękach, najbliżsi budzili mnie leżącego z głową na klawiaturze lub nad kalendarzem, gdzie padałem w trakcie robienia notatek.

    Tyle się dzieje, że szkoda czasu, by spać.
    Ale ja uwielbiam spać. Śnienie, zwiedzanie własnych marzeń sennych, to jest coś! Zresztą zdarza się, że zapisuję swoje sny. Choć częściej też to, co ciekawego dzieje się na ulicy, sytuacje, usłyszane słowa czy frazy. Wszystko przydaje się później w etiudach filmowych. Twórczość malarska to zwykle jest zderzenie, impuls. Najczęściej maluję po przedmiotach, a nie po czystych płótnach. Stare deski, drzwi, znalezione ramy okienne, mapy, a ostatnio w szczególności wnętrza starych książek. To są obiekty mojego malarstwa. Malując, nie powielam jakiejś rzeczywistości (np. z mojego snu). To jest moment, wyrwanie kawałka z duszy tu i teraz. Ten obiekt staje się formą mojego przetrwania, to cząsteczka energii, która była w tamtym momencie i już się nigdy nie powtórzy.

    Swego rodzaju portret minuty? Tak zatytułował Pan zresztą jedną ze swoich etiud filmowych.

    Była nawet pokazywana na TVP Kultura!

    Minuta jest pewnie dla Pana bardzo cenna. Potrafi ją Pan zmarnować?
    Uwielbiam marnować czas! Są chwile, kiedy wiem, że całkiem przyjemnie mi się ten czas marnuje.

    To też może być inspirujące.
    Do momentu, gdy nie trafi mnie szlag i nie wezmę się sam w ryzy. Leniuchować jednocześnie lubię i nie lubię, i kocham, i nienawidzę. No, ale jestem człowiekiem, muszę czasem odpoczywać. Poza tym mam swój ukochany świat poza uczelnią i go pielęgnuję, uwielbiam spotykać się z przyjaciółmi. Chociaż większość z nich jest i tak zanurzona w świecie, w którym i ja żyję, także nawet gdy się bawimy, to właściwie też pracujemy. Wielokrotnie z pubów, z knajp i imprez wychodziłem z rękami zapisanymi w gotowe scenariusze. Ilość wiadomości wysłanych do samego siebie z telefonu komórkowego czasem mnie zaskakuje...

    Na okrągło Pan notuje?
    Boję się umykania czasu. To jedyna rzecz, której się lękam w jego marnowaniu. Marnowanie jest przyjemne, ale nie do końca satysfakcjonujące. A korzystanie z wolnego czasu jest przyjemne, bo daje satysfakcję. To są dwa światy. Przyjemność z lenistwa i przyjemność z satysfakcji spełnionego zadanie. Cokolwiek by to nie było, zawsze coś się dzieje.

    Czyli najlepszy student nie jest jednak kujonem.
    Nigdy bym siebie tak nie nazwał, za dobrze w życiu się bawię. Bardzo lubię też na przykład wernisażowe wino... (śmiech) To nie jest tajemnica, ani przeszkoda w twórczym życiu. Uwielbiam biesiadować, gotować, kocham dobre jedzenie zestawione z fajnym winem. Sam gotuję całkiem nieźle. Nie jem mięsa, a jednym z moich popisowym dań jest na przykład szpinak z bobem i kozim serem na oliwie, pizzę też robię ponoć świetnie. Gotuję z takim samym sercem, jak maluję. Nie potrafiłbym wybrać jednej spomiędzy tych dwóch dziedzinami.

    Gdańsk, w który Pan wsiąkł na dobre, determinuje Pana twórczość?
    Mam wiele prac poświęconych memu miastu. Choćby te dotyczące Stoczni Gdańskiej. Kiedyś z przyjacielem, Marcinem Szuszkiewiczem pozbieraliśmy na terenach postoczniowych złom, wszystkie pozostałości po dawnej świetności tego miejsca, a potem skręciliśmy je na kształt trzech strachów na wróble i ustawiliśmy tuż za bramą nr 2. Trzy strachy na wróble przypominające stoczniowców, na ich głowach, zamiast kapeluszy były kaski. Powstał rodzaj "strachów na": na ZOMO, jeśli cofnąć się w czasie. Na tych, którzy czyhają, by zniszczyć ten teren albo czerpać z niego kasę, bo lokacja jest niesamowita. Nasze strachy miały bronić ducha tego miejsca, genius loci tej przestrzeni. Zostawiliśmy je tam i nigdy po nie nie wróciliśmy.

    Długo tam stały?
    Parę miesięcy. Dopiero po zimie jakiś złomiarz pewnie się nimi zainteresował. Niestety. Boli trochę. Stało ich trzech, w kontekście Trzech Krzyży. Poza tym mam na koncie mnóstwo projektów związanych z miastem. Nie jestem w stanie się odciąć od jego tożsamości, od tego co mnie w tej przestrzeni, którą kocham, napędza. Moje wnętrze, myślenie odbija się w tym, co robię. Chcę tu żyć, to musi być miejsce mojej twórczości. Nie ma opcji. Na prezentacjach Czerwonej Róży chciałem pokazać, że nie stoję w miejscu bezimiennym, że to w Gdańsku bije moje serce, że to jest moje miasto. Chcę bronić jego historii, głównie tej współczesnej oraz obrazu wygenerowanego w mojej głowie na jego temat. Bo ja lubię ten obraz. Zwiedzam go wciąż, wyciągając różne wnioski, najdziwniejsze pewnie o niezwykłych, porannych godzinach.

    Poranny kac?
    (śmiech) Wspólnie z przyjacielem stworzyliśmy także realizację na temat odjechanych zdarzeń na ulicy Piwnej. Zdobyła wyróżnienia na EUROSHORTS - festiwalu filmów krótkometrażowych. A kac? To jest stereotyp, że artysta to musi być od razu pijak albo menel. Fakt, potrafimy używać życia, bo życie kochamy, nawet czasem za bardzo. Może stąd się biorą te stereotypy. Ale też jest po prostu mnóstwo ludzi, których zalewa żółć. Ledwo zdobyłem ostatnią nagrodę, a już na stronach internetowych zaatakowano mnie, moją rodzinę, a przede wszystkim szkołę! Najbardziej ludzi bolało, że ktoś z ASP dostał laur Czerwonej Róży. Nie traktuje się tego, co tam studiujemy jako naukę. A najbardziej chyba denerwuje ludzi to, że my, studenci artystycznej uczelni, mamy odwagę żyć, jak chcemy.

    Ten film poświęcony Piwnej. O czym jest?

    Abstrakcyjna historia. W którymś z porannych smsów wysłanych do samego siebie znalazłem zdanie: "Alpinista wspina się na Mariacki". Stąd inspiracja. Film zaczyna się sondą uliczną. Ktoś mówi: "Na Piwnej może się wszystko wydarzyć... Nie zdziwiłbym się, gdyby wspinał się tu alpinista...". W kolejnych scenkach pojawiają się ludzie, którzy, chcąc wyciągnąć fajkę od alpinisty (granego przez Macieja Konopińskiego), zagadują go, przekonując, że powinien na kościół, bazylikę się wdrapać. No to się wspina. Absurdalna fabuła, kontaminacja przeżyć związanych z tą ulicą. Często przypadkowych, ale z przypadków też należy korzystać. One generują znaczenia, konteksty. Jeśli człowiek jest niewrażliwy i ich nie dostrzega, to nic mu się nie uda. Taka wrażliwość na losowe zdarzenia jest potrzebna w życiu. Moja prezentacja podczas finału Czerwonej Róży to też był taki krótki apel o wrażliwość.

    Niedawno debiutował Pan też jako scenograf.
    Ostatnio podczas spektaklu dyplomowego Studium Wokalno-Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni, który zrealizowaliśmy z przyjaciółmi, moją dziewczyną i konkretnymi dramaturgami. Reżyserował go Maciej Konopiński (aktor z Teatru Wybrzeże). Ale to nie jedyny mój projekt teatralny. Ten, z którego do dzisiaj jestem dumny to "Hamlet transgatunkowy" w reżyserii Roberta Florczaka, na przedprożach budowy Teatru Szekspirowskiego. Do dziś czuję satysfakcję z realizacji pojedynku Hamleta z Laertesem, pojedynku, który zmontowałem z gier komputerowych, westernów, pojedynków bokserskich oraz fragmentów ekranizacji różnych "Hamletów". Wideoscenografia w spektaklach to coś co mnie naprawdę fascynuje. Nie mówiąc o tym, że "Hamlet" już w liceum był dla mnie ważnym tekstem. W różnych momentach życia różnym "Hamletem" się mówi, często nieświadomie. Chyba każde pokolenie ma swojego "Hamleta".

    g.pewinska@prasa.gda.pl


    Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo