18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Wyszukiwarka wyborcza

Wybory Parlamentarne

Sprawdź, gdzie możesz zagłosować

Do wyborów pozostało

  • 01dzień
  • 06godz.
  • 57min.
Odwiedź serwis wyborczy 

Dzieci z bruzdą. Zwierzenia matki bliźniąt poczętych metodą in vitro [REPORTAŻ]

Małgorzata Gradkowska
zdjęcie ilustracyjne
zdjęcie ilustracyjne www.sxc.hu
Gdybyśmy nikomu nie powiedzieli, życie byłoby dużo prostsze. Zwierzenia matki bliźniąt poczętych metodą in vitro.

Dowiedziałam się 26 maja. Pomyślałam - to znak, że jednak można, że ktoś lub coś w górze chce, żebym była matką. Bo dla mnie wtedy to nie było łatwe. Ale dzisiaj nie mam żadnych wątpliwości, że to była najlepsza decyzja mojego życia. Nie zmienią tego żadne wypowiedzi polityków czy księży. Patrzę na Alinę i widzę inteligentną dziewczynę, jej nauczyciele muzyki mówią, że ma talent, to po mnie. Patrzę, jak Aleks wraca z kolejnego meczu i chwali się, że nie wpuścił żadnej bramki. Jak mam nie być z nich dumna? Nie widzę u nich żadnych bruzd na twarzy, nie wydaje mi się, żeby mieli jakieś skazy charakterologiczne, zdrowe są, normalne 17-latki. Wszystko mi się wydaje w nich doskonałe, no ale ja, jako ich mama, nie jestem obiektywna.
Rzadko rozmawialiśmy o tym, że się urodziły dzięki in vitro. Dopiero teraz takich rozmów jest więcej.
Czy żałuję, że wiedzą? Pewnie, że żałuję. Tak sobie myślę, że może ta szczerość i otwartość w naszych stosunkach z dziećmi nie była potrzeba. Nie ze względu na siebie. Im byłoby łatwiej bez naszej prawdy.

No więc dowiedziałam się, że jestem w ciąży, dokładnie 26 maja o dziesiątej rano. Lubię wracać do tego wspomnienia, taki moment absolutnego szczęścia. Wcześniej lekarka mówiła, żeby się jakoś szczególnie nie nastawiać, bo może dłużej potrwać, zanim zajdę w ciążę. A udało się od pierwszego razu! I od razu dwoje, nie mogłam wyjść ze zdumienia, że tyle szczęścia na mnie spływa. Wtedy powiedzieliśmy sobie z Maćkiem, moim mężem, że nie będziemy robić tajemnicy z tego, jak zostały poczęte, bo przecież są dziećmi szczęścia!

Pamięta pani, jak kiedyś mówiłam, że staraliśmy się o dziecko kilka lat? Dokładnie siedem. Najpierw dwa razy poroniłam, potem były dwie ciąże pozamaciczne. To trwało. Potem lekarz powiedział, że jeśli chcę mieć dzieci, to powinnam się zdecydować na in vitro. Nie mówię tego, żeby mi ktoś współczuł - przecież to dawno poza mną. Ale to nie była nieprzemyślana decyzja, dwa lata się zastanawialiśmy, ja i mąż. Sama myśl o sztucznym zapłodnieniu wydawała mi się przerażająca. Nie myślałam o tym, że miałabym dziecko, tylko o tym, że to byłoby tak niezgodne z naturalnymi prawami, rządzącymi naszym życiem, z losem, jaki jest nam przypisany. Medycyna dokonuje coraz większej ingerencji w nasze przeznaczenie, wyrywając z chorób ludzi, którzy jeszcze kilka lat temu nie mieliby bez postępów w nauce szans, ale in vitro to było dla mnie zbyt wiele. I nie chodzi o to, że potępiałam taki sposób zapłodnienia, przeciwnie - uważałam, że jeśli kobieta chce mieć dziecko, to trzeba jej to umożliwić wszelkimi sposobami. Ale gdy sama miałam podjąć taką decyzję... Gdy podjęliśmy decyzję - ja i Maciek - powiedzieliśmy sobie, że to będzie tylko jeden raz. Jak się nie uda - trudno, nie będziemy mieć dziecka.
Jeszcze wtedy nie można był przeprowadzić zabiegu in vitro w Gdańsku, jeździliśmy do Warszawy. Nie mieliśmy oszczędności, sprzedaliśmy samochód, to nie było rozwiązanie dla niezamożnych.

Nie wiem, jak jest teraz. Wtedy u kobiety, która skończyła 35 lat - a ja miałam 37 - wprowadzało się trzy komórki jajowe. Lekarz wyjaśniał mi, że jeśli nie dojdzie do ciąży, to komórki zginą tak, jak to się zdarza przy naturalnym poczęciu. To było dla mnie bardzo istotne, to odwołanie się do naturalnego porządku rzeczy. Dużo rozmawiałam wtedy z psychologiem.
Alina i Aleks urodzili się w styczniu, trochę przed czasem. I od 17 lat nie było dnia, żebym za to nie dziękowała. Są jak największy cud świata.

Nigdy nie używaliśmy określenia "dzieci z próbówki". Dzieci są z nas. Zawsze mówimy, że pomogło nam in vitro.

Powiedzieliśmy im, gdy Alina zapytała, skąd się biorą dzieci. Maciek wyjaśnił, że rodzi je mama, ale czasami wcześniej muszą pomóc lekarze. Wystarczyło na rok czy dwa, potem, przy kolejnych pytaniach, wyjaśnialiśmy coraz dokładniej. Można więc powiedzieć, że właściwie od początku wiedziały. Mogliśmy im nie mówić, mogliśmy nikomu nic nie mówić. Moja rodzina nie mieszka w Polsce, nawet nie mówi po polsku, rodzina Maćka mieszkała wtedy prawie 700 kilometrów od nas, widywaliśmy się raz, dwa razy w roku. Ale wspólnie zdecydowaliśmy, że i nasi rodzice, i dzieci będą wiedziały.

Jak z panią rozmawiałam 16 lat temu, sąsiedzi pokojarzyli. Duże osiedle, wielki blok, co prawda mieszkaliśmy w Gdańsku od niedawna i praktycznie nikogo nie znaliśmy, ale okazało się, że niektórym nie przeszkodziło to w wydawaniu sądów. Czasami jak z XIX-wiecznej wsi. Co prawda jedna sąsiadka przyszła z prośbą, żeby jej dać kontakt do lekarza, który prowadził moją ciążę, dwa lata później urodziła śliczną dziewczynkę. Z Lilką, poznaną na placu zabaw, przyjaźnię się do dzisiaj. Dowiedziała się, gdy się zgadałyśmy na temat tego, w jakim wieku najlepiej zachodzić w ciążę. Ale była pani, która za każdym razem, jak nas spotykała, robiła znak krzyża. Kiedyś weszła za nami do windy i pokropiła dzieci święconą wodą, no, mówiła, że to święcona woda.

Kiedyś wróciły z podwórka z jakimiś niteczkami na nadgarstkach. Sąsiadka im zawiązała, podobno od uroku, bo "takie" dzieci są podatne na uroki bardziej niż "zwykłe". Ale miały wówczas po niespełna sześć lat, powtórzyły i zapomniały.

W szkole pani od religii skomentowała to, że dzieci nie przychodzą na jej lekcje. Nie chodziły, bo nie jesteśmy katolikami, mężowi zależało, żeby nie czuły, że coś się robi tylko dlatego, że tak robi większość. Ale widocznie jakoś dotarło do niej to, że Alina i Aleks zostały poczęte in vitro, bo zaczepiła je na przerwie i coś niefajnego powiedziała. Nie pamiętam już, co, coś o defektach umysłowych, Alinę trudno było potem uspokoić. Zrobiliśmy w szkole awanturę, ale to tylko spowodowało, że o sprawie się dłużej mówiło. Aleks kiedyś powiedział, że pan od wf. mówi, że "takie" dzieci mają podobno słabsze kości. I że on nie chce, żeby Aleks połamał się na jego lekcji, więc niech nie pajacuje.
***
To był czas, gdy mieliśmy z dziećmi z tego powodu trudne rozmowy. Jak wytłumaczyć dziecku, że nie jest "sztuczne", że nie pochodzi z hodowli?
Cieszę się, że ani ja, ani Maciek nigdy nie mieliśmy problemu z mówieniem im, że ich kochamy. Alina i Aleks wiedzą, że są kochane nad życie. Że są tak samo wartościowe jak ich koledzy z klasy, od wielu mądrzejsze i bardziej utalentowane. Ale gdy Maciek powiedział, że odziedziczyliśmy po jego wujku dom na południu Polski i musimy zdecydować, czy się przenosimy, czy sprzedajemy, małe po paru dniach powiedziały, że fajnie byłoby się przenieść. My też tak czuliśmy.

Mieszkamy w świetnym miejscu, ani przez chwilę nie żałowaliśmy, że wyjechaliśmy z Gdańska. O in vitro z nikim tutaj nie rozmawialiśmy.

Mam wrażenie, że teraz takich sąsiadów, którzy by potępiali, byłoby więcej niż tych, którzy by rozumieli. Mam wrażenie, że - jakby to powiedzieć delikatnie - atmosfera wokół in vitro się popsuła w ostatnich latach. Może jestem niesprawiedliwa, ale wolę tego nie sprawdzać.
Źle się czuję, czytając te wypowiedzi o Frankensteinach, potworach. Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, dlaczego ktoś uważa, że lepiej wie, że jego światopogląd jest bardziej wartościowy niż mój. Zapytam brutalnie - dlaczego ktoś uważa, że dziecko z gwałtu jest lepiej poczęte niż moje?

Bruzda wyszła znienacka. Porządkowaliśmy ostatnio stare kasety z filmami. Rozczuliłam się, oglądając je - dzieci w nosidełkach, Alina łapie Aleksa za nos, ten ją wali smoczkiem, Alina skóra zdjęta ze mnie, już wtedy to było widać, Aleks to taki miniaturowy Maciek...

I Aleks tak znienacka mówi - ale mama, bruzdy nawet wtedy nie miałem, nie?
Zaśmiał się zaraz, niby nic, tak niby lekko rzucone, właściwie mogliśmy tego nawet nie usłyszeć. Jakiej bruzdy? - ja na to, bo, proszę sobie wyobrazić, kompletnie nie miałam pojęcia, o czym on mówi, nie słyszałam nic o wywiadzie tego księdza de Berier. Na szczęście Maciek wiedział, o czym Aleks mówi, potem mi powiedział, że sporo w ostatnich dniach przeczytał o tej teorii. I dobrze, bo dzięki temu mogliśmy z dziećmi spokojnie porozmawiać. Właściwie pierwszy raz poważnie rozmawialiśmy o różnicach światopoglądowych między ludźmi, o tym, co kieruje naszymi poczynaniami, o tym, jak czasami trudno jest decydować się na coś wbrew powszechnemu poglądowi.

Są w takim wieku, że niemal dorosłe, ale jednak jeszcze trochę dzieci. Nagle Alina zapytała, dlaczego nie poczekaliśmy... Wydawało jej się, że może udałoby mi się zajść w ciążę naturalnie i dzisiaj nie byłoby żadnego problemu. Siedziałyśmy na łóżku w jej pokoju, płakałyśmy obie, ja jej wyjaśniałam, że czekanie nic by nie dało, że alternatywą było nie mieć dzieci w ogóle. Ona myśli, że to niemożliwe, żeby jej nie było. Ja wiem, że tak mogło być. Opowiadałam jej o hormonach, huśtawkach nastroju, o euforii w jednej chwili i rozpaczy w następnej. Że to wszystko wymaga nie tylko dużej siły psychicznej, ale i fizycznej. Ale że warto.
***
Kilka dni temu czytaliśmy razem wywiad z reżyserem Andrzejem Saramonowiczem, którego córka też jest dzieckiem poczętym za pomocą in vitro. Alina i Aleks przeczytali nawet dwa razy. Podoba im się jego radykalizm w obronie decyzji, jaką podjęli z żoną. My jesteśmy tak samo radykalni, ale wiemy już, że publiczna osoba może powiedzieć więcej. Ja nie czuję potrzeby wyjaśniania powodów swojej decyzji całemu światu, wystarczy mi, że moje dzieci i ich dziadkowie ją rozumieją. Dla mnie w tej rozmowie najważniejszy był wątek miłości między dwojgiem ludzi - tak wielkiej, że pozwala przejść przez to wszystko, co poprzedza narodziny dziecka.

Dla Aliny i Aleksa do tej pory było oczywiste, że jesteśmy razem, że okazujemy sobie czułość.

Jestem wściekła na siebie, że tak przeżywam tę rozmowę z panią. I że czuję się tak, jakbym musiała bronić i usprawiedliwiać decyzję swoją i Maćka sprzed lat. Gdybyśmy nic nikomu nie powiedzieli... Życie byłoby takie proste.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone ze względu na ciszę wyborczą i zostanie włączone po jej zakończeniu.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie